Nie każdy jest Kubicą

Już na poziomie lektury tekstu prof. Hartmana można dostrzec przyczyny stanu ducha dzisiejszych młodych ludzi: brak komunikacji międzypokoleniowej, względnie mówienie różnymi językami.
Czyta się kilka minut

W jednym z tekstów Woody Allena pt. "Pan B." prywatny detektyw Kaiser ma odnaleźć pana Boga na zlecenie pewnej młodej profesor fizyki, podszywającej się pod studentkę ostatniego roku filozofii. Gdy ta krótka forma osiąga swoje dramatyczne, acz żartobliwe apogeum (zleceniodawczyni umiera od rany postrzałowej) Kaiser mówi konającej kim jest Bóg: "Manifestacja w sobie uniwersum jako złożonej idei przeciwstawiona bytowi wewnątrz lub poza jego prawdziwą istotą jest inherentnie konceptualną nicością czy też Nicością w relacji do dowolnej abstrakcyjnej  formy istnienia aktualnego bądź przeszłego w ciągłości niepodległej prawom fizykalizmu ani ruchu, ani też idei związanej z poza-materią lub brakiem obiektywnego Bytu i subiektywnej odmienności" (W. Allen, Obrona szaleństwa, przeł. Piotr W. Cholewa, Poznań 2008, s. 120).

Przypomniałem sobie o tym prześmiewczym tekście, kiedy przeczytałem skróconą diagnozę dzisiejszej młodzieży najeżoną różnymi "izmami", z całą pewnością niezrozumiałą dla najbardziej zainteresowanych, a przecież stanowiącą jądro eseju Jana Hartmana. Nie ujmując nic Autorowi uważam, że już w tym momencie można dostrzec przyczyny tego, według Autora, tragicznego stanu ducha dzisiejszych młodych ludzi: brak komunikacji międzypokoleniowej, względnie mówienie różnymi językami.

Od dziesięciu lat jestem związany ze szkolnictwem. Pięć lat przepracowałem w jednym z warszawskich gimnazjów, a od sześciu lat prowadzę zajęcia na UMK w Toruniu. Miałem do czynienia z najróżniejszymi grupami młodzieży i mogę stwierdzić, że dość dobrze znam przedstawicieli przedziału wiekowego 14-19 lat. Traf chciał, że z jednym takim zupełnie obcym mi dziewiętnastolatkiem jechałem pociągiem w jednym przedziale na trasie Warszawa-Toruń. Byłem pochłonięty lekturą, natomiast młodzieniec prowadził ożywione rozmowy przez telefon. W pewnej chwili pojawił się pan sprzedający napoje i zamiast przywitać się zwyczajowym "kawa, herbata, słodycze" niemal wykrzyknął: "To ty śpiewałeś wczoraj u Wojewódzkiego!" Nie chodziło bynajmniej o mnie i ja za moją kawę musiałem zapłacić. Gdy minęła ta chwila zwyczajnie ludzkiej zawiści i frustracji, że "człowiek książki i artykuły pisze dla kolegów po fachu", zastosowałem moją sprawdzoną metodę w takich sytuacjach: retrospekcja ostatnich trzystu lat naszych dziejów. Zawsze wtedy dochodzę do wniosku, że oto wreszcie po trzech wiekach mamy takie czasy, że młodzież może się swobodnie wyrażać i kreować.

Wśród młodzieży, podobnie jak i w całym społeczeństwie, są jednostki różne. Tak było dawniej i tak jest teraz. Zapewne - "grzeczne pensjonarki i kawalerowie" wypowiadali rzeczy dla Jana Hartmana bardziej znośne (choć nie wiem, gdzie słyszał ich wypowiedzi, skoro jest z rocznika `67). Faktycznie czasami słyszy się wśród profesorów starej przedwojennej daty apologię przedwojennej edukacji, kiedy to absolwenci gimnazjów biegle władali greką i łaciną oraz dwoma językami nowożytnymi. Borykając się z rękopiśmiennymi tekstami średniowiecznymi zazdroszczę często starszym uczonym tych umiejętności. Jednakże ówczesny model edukacji był, jak zakładam, skrojony na tamte czasy. Model obecny znajduje się w stanie nieustannej gonitwy za galopującą rzeczywistością hi-tech.

Też mam kontakt ze studentami pierwszego roku i zazwyczaj zadaję im pytania na pierwszych zajęciach: co panią/pana najbardziej interesuje? Co pani/pan ostatnio przeczytał? Gdybym chciał oceniać te odpowiedzi, to pewnie bym się załamał, bo oto okazuje się, że studenci pierwszego roku historii interesują się w 90 % II wojną światową, a ostatnia rzecz jaką czytali to "Zmierzch" Stephenie Meyers albo jedną z lektur obowiązkowych na egzamin maturalny z języka polskiego. Część z nich po jakimś czasie rezygnuje ze studiów, część zaczyna studiować inny kierunek, a z innymi spotykam się po dwóch trzech latach, by skonstatować, że oto mam do czynienia z absolutnie inną osobą. Te osoby, które gdzieś tam w głowie zakwalifikowałem do grupy intelektualnie miałkich i infantylnych przychodzą nagle i deklarują chęć działalności w kole naukowym, organizują spotkania z ciekawymi ludźmi, organizują się sami (ostatnio członkowie Studenckiego Koła Naukowego Historyków Kościoła zaproponowali comiesięczne spotkania, by dzielić się tym co obejrzeliśmy, posłuchaliśmy i przeczytaliśmy).  W odstępie dwóch-trzech lat zauważalna jest różnica w dojrzałości emocjonalnej oraz intelektualnej; młodzi ludzie, często pochodzący z odległych miejscowości muszą odnaleźć się zarówno w wymiarze ogólnoludzkim jak i w systemie uniwersyteckim. Pozostawieni w takiej sytuacji samym sobie szybko osiągają pułap, na którym możliwe jest prowadzenie równorzędnego dialogu.

Inaczej jest natomiast z młodzieżą szkolną. Jan Hartman krytykuję mantrę "własnego zdania" i ma w tym zapewne trochę racji, jeżeli oczekuje, że student pierwszego roku, świeżo upieczony maturzysta po czterech miesiącach wakacji (podczas których zapewne nie zaczytywał się w "Dialogach" Platona ani w "Końcu historii" Fukuyamy) będzie ciekawym interlokutorem. Sytuacja studenta pierwszego roku to jednak typowa faza separacji w obrzędzie przejścia. Faza, której towarzyszy stres i niepewność jutra. Osoby, które od samego początku czują się w murach uniwersytetu jak ryba w wodzie i są w stanie prowadzić dialog w oparciu o własną, bogatą wiedzę ogólną można policzyć na palcach jednej ręki. Ale jednak są! Zauważmy, że wraz z reformą szkolnictwa takich momentów przejściowych nam przybyło, co ma swoje dobre i złe strony. Szóstoklasiści przeżywają wraz ze swoimi rodzicami stres egzaminu kończącego szkołę podstawową. Po trzech latach kolejny egzamin gimnazjalny, a potem kolejny. Czym wypełniony jest czas nastolatka między tymi egzaminami? Otóż w pierwszej kolejności wypełniony jest dążeniem do osiągnięcia dobrego samopoczucia w grupie, do bycia akceptowanym i lubianym, a to - jak wiemy - przybiera najróżniejsze formy. Dzisiejsze nastolatki żyją dzisiaj w swoim, często dosłownie wirtualnym, świecie. Świecie, i tu uwaga, sformatowanym dla nich przez dorosłych. Nauczyciel chcący zarazić swoją pasją podopiecznych będzie zawsze na straconej pozycji wobec wszechobecnej kultury masowej, przed którą z kolei powinni swoje dzieci chronić rodzice. Zauważmy, że dzisiejsza młodzież ma bardzo mało czasu i możliwości na konfrontację z osobami starszymi, uznanymi za autorytety, z osobami, które poświęciły część swego życia dla "prawdy". Ewidentnie brakuje im punktów odniesienia, a proces identyfikowania się z określonymi autorytetami skutecznie niweczą sami dorośli. O Lechu Wałęsie młodzież dowiaduje się, że to esbecka wtyka; o Jacku Kuroniu - że stary komuch. Kiedy sam kiedyś pochwaliłem się w towarzystwie, że właśnie czytam "Życie i los" W. Grossmana to natychmiast usłyszałem, że to był "koncesjonowany dysydent". Nawet postać Jana Pawła II jest dzisiaj sprowadzana do setek mniej lub bardziej szkaradnych pomników i zawłaszczana prze różne grupy, o których trudno powiedzieć, że postępują zgodnie z zaleceniami Papieża Polaka.

Myślę, że Jan Hartman ocenia dzisiejszą młodzież zbyt surowo. To, co określa mianem "kakofonii idei i ideek" odbieram jako podejmowaną przez studentów rozpaczliwą próbę  nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z prowadzącym zajęcia. Na studia przychodzą ludzie wypełnieni najróżniejszymi, często wykluczającymi się ideami, poglądami i opiniami: od Sasa do lasa, bądź jak mówi sama młodzież - od Straussa do Bauhausa. Młodzież szkolna realizująca rozległy program gimnazjum i szkoły średniej, pobierająca często dodatkowo edukację w szkołach muzycznych, trenująca karate, jazdę konną i dokształcająca się na korepetycjach nie ma dzisiaj praktycznie szans i czasu na osiągniecie takiego stopnia skrystalizowania swoich poglądów i takiej dojrzałości, która mogłaby Jana Hartmana satysfakcjonować. Nie każdy jest Rafałem Blechaczem, Adamem Małyszem czy Robertem Kubicą, a więc tylko garstka przy wsparciu najbliższych poświęca się jednej idei z wiarą, że osiągnie sukces. A teraz proszę pokazać mi kogoś, kto od szóstego roku życia poświęcił się wyłącznie zgłębianiu kwestii, które interesują Jana Hartmana. I wreszcie - czy to ciągłe podkreślanie własnego "ja" w każdej wypowiedzi nie jest zwyczajnym przywilejem wieku? Czy to nie jest takie wspinanie się na palce by uwiarygodnić gdzieś zasłyszaną opinię? Te zwroty typu "uważam, że", "moim zdaniem" po których następuje seria truizmów lub poglądów, o które jednak młodego człowieka byśmy nie posądzali przypominają mi buty na wysokim obcasie na nogach czterolatki - potyka się, przewraca, ale jednak dzielnie brnie.

Po moich doświadczeniach w gimnazjum oraz kilku lata na uczelni dochodzę do wniosku, że dopiero ta druga daje młodym ludziom szansę i możliwości na najzwyklejsze w świecie odnalezienie siebie. Zaprawdę bardzo naiwne byłoby aprioryczne założenie, że na studia przychodzą ludzie ukształtowani, świadomi i zdeterminowani. Dla większości to dopiero początek samodzielnej drogi, początek procesu "poznawania samego siebie", nowa rzeczywistość w której człowiek pozostawiony sam sobie musi sobie odpowiedzieć na jedno istotne pytanie, co jest dla niego ważne i co chce w życiu robić. Wprowadzony niedawno system boloński daje takie szanse i myślę, że zamiast narzekać na poziom młodzieży trzeba otworzyć przed nimi jak najwięcej możliwości w codzienności akademickiej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”