Zbieram hobbystycznie stare numery pewnego ilustrowanego czasopisma poradnikowego. Jest w tym ciekawość może nie tyle tego, jak się dawniej żyło, ale jak żyć chciano (wszak do tego również służą poradniki) i jakie problemy wyciągano na plan pierwszy. Najciekawsze jest w nich jednak pewne znaczące tąpnięcie. Wydania z czasów „Drugiej Polski” lat 70. przedstawiają obraz w nasyconych barwach, optymistyczny, nowoczesny i zdroworozsądkowy. Dziarscy i pomysłowi tatusiowie w ogrodniczkach meblują domy tak, by każdy miał swój własny nasłoneczniony kącik, a mamy, uczesane jak Aniołki Charliego i dynamiczne jak Agnieszka z „Człowieka z marmuru”, po spożyciu gotowych tortellini produkowanych przez Społem korzystają ze zmywarek produkcji polskiej na licencji włoskiej.
Problemy wychowawcze rozwiązują, używając języka naukowego i powołując się na najnowsze odkrycia, a na co dzień starają się praktykować Kotarbińskiego etykę dobrej roboty. Nieważne, czy na wsi, czy w świeżo ustanowionym mieście wojewódzkim – jesteśmy przedsiębiorczy, pogodni i gotowi zakasywać rękawy. Wydaje się, że jeszcze trochę, a Polska przegoni Szwecję.
Kilka lat później – zwłaszcza tuż po stanie wojennym – obserwujemy relację z innej planety. Nie chodzi jedynie o dojmującą biedę, posiłki typu „coś z niczego”, cerowanie wielokrotnie już zacerowanych skarpet. Przede wszystkim poradniki z lat 80. to raport z międzyludzkiej pustyni. Na fotografiach ludzie płaczą lub wymierzają sobie kopniaki. Główne tematy to przemoc: ta napędzana przez nałogi, ale też praktykowana dla zabicia czasu i zajęcia sobie czymś rąk. Do tego przeraźliwe zimno między ludźmi: raporty donoszą o dzieciach nienawidzących rodziców i rodzicach brzydzących się dziećmi, o dorosłych wypychających z autobusu zmarznięte maluchy, a przede wszystkim o powszechnym, desperackim krzyku o miłość, który nie spotyka odpowiedzi.
A przecież adresaci i nierzadko bohaterowie tych treści to ci sami ludzie, którzy odrobinę wcześniej oglądali w telewizji koncert Abby i popijali colę, a później dzielili nadzieję ze strajkującymi w 1980 r. Czy to partyjni decydenci wpadli celowo na pomysł, by pognębić obywateli i pokazać im szydercze zwierciadło, by odechciało im się Solidarności? Raczej wpadli we własną pułapkę: wypuszczali stopniowo między ludzi wirusa przemocy i niskich pobudek, czego kumulacja nastąpiła w stanie wojennym, i musieli przyjąć do wiadomości swoje wątpliwe dzieło. Lekka, ciekawostkowa lektura zmieniła się w pouczające doświadczenie, ujawniające, jak szybko załamuje się wzajemne zaufanie, a górę bierze, no cóż, zło, głupie zło.
Przed wielu laty wpadła mi w ręce książeczka z serii małych wydawnictw popularyzujących sztukę dla każdego – tej „z Nefretete”. Zapamiętałam z niej obraz Ewy Kuryluk „Ikowie to my”, z portretem malarki i jej męża upozowanych na przedstawicieli tego ludu, otoczonych przez symbole dobrobytu lat 70.: meble, radio, zagraniczne papierosy. Ikowie – „ludzie gór”, zgodnie z tytułem dyskusyjnej, choć wówczas bardzo poczytnej książki Colina Turnbulla – zostali przesiedleni przez rząd Ugandy ze swoich siedzib i zmuszeni do zmiany trybu życia. Turnbull odwiedził ich wkrótce po katastrofalnej suszy, która wywołała głód, a ten z kolei doprowadził do stanu wojny wszystkich przeciw wszystkim i powszechnej bezduszności.
Wizję „najgorszych ludzi świata” opisanych przez Turnbulla, kierujących się jedynie własnym interesem i pozbawionych współczucia nawet wobec bliskich, owszem, szybko skrytykowali późniejsi badacze. Przegapił on przestrogę z „Innego świata” Herlinga-Grudzińskiego, by życie w warunkach nieludzkich mierzyć właściwą dla niego miarą, i straszliwą, lecz mimo wszystko tymczasową anomalię w życiu Ików wziął za stan permanentny – kolejne wyprawy nie potwierdzały bowiem jego obserwacji. Na Europejczykach historia Ików zrobiła jednak wrażenie jako alegoria, jako przestroga dla nich samych. Ziarno egoizmu i zobojętnienia na innych tkwi i w nas, zdawała się mówić Kuryluk. Miała rację – i być może swoją diagnozę postawiła nieco za wcześnie, a może wyczuwała już jakiś niepokojący szmer. I kiedy dzisiaj widzę czasami – z przykrością, choć już z coraz mniejszym zdziwieniem, jak niegdysiejszy zwyczajny, spokojny znajomy nagle odnajduje w sobie np. pasję do gróźb karalnych, to myślę sobie, że chciałabym mieć taki refleks i słuch, który pozwala wysłyszeć, jak w kimś – lub wielu ludziach jednocześnie – coś się zapada w głowie i w sercu.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















