Netflix transmituje na żywo wspinaczkę Aleksa Honnolda na najwyższy budynek świata

Transmisja ze wspinaczki na wieżowiec „Taipei 101” przesuwa granice wielkonakładowych widowisk jeszcze bliżej tego, w czym tkwią od dawna internetowi patostreamerzy.
Czyta się kilka minut
Alex Honnold // Corey Rich / materiały prasowe Netflix
Alex Honnold // Corey Rich / materiały prasowe Netflix

W nocy z 23 na 24 stycznia czasu polskiego Netflix będzie transmitować na żywo wspinaczkę bez asekuracji na najwyższy budynek Tajwanu. Ze ścianą liczącego blisko 510 metrów Taipei World Financial Center – zwanego przez miejscowych po prostu „101” od liczby naziemnych kondygnacji – zmierzy się sam Alex Honnold.

W światku ludzi interesujących się górami tego nazwiska nie trzeba nikomu przybliżać. Amerykański wspinacz zasłynął w ostatnich latach serią bardzo wymagających przejść bez liny. 

Ostatnie, najgłośniejsze, stało się nawet tematem nagrodzonego Oscarem dokumentu „Free solo”, opowiadającego o pierwszym przejściu bez asekuracji skrajnie trudnej drogi Freerider biegnącej środkiem górującej nad doliną Yosemite ściany El Capitan. Pokonanie tej trasy 3 czerwca 2017 r. zajęło Honnoldowi trzy godziny i 56 minut. Większość zespołów poruszających się tam z liną zwykle potrzebuje na to samo co najmniej dwóch-trzech dni.

Wspinaczka bez asekuracji: ryzyko, które fascynuje widzów na całym świecie

Margines błędu w przedsięwzięciu, które stało się tematem „Free solo”, chyba najtrafniej oddał znajomy Honnolda, znany wspinacz Tommy Caldwell, gdy w jednej ze scen filmu porównał to, na co porywa się jego kumpel, z próbą poprawienia rekordu olimpijskiego. „Z tą różnicą, że jeśli nie dasz rady, zginiesz” – podkreślał Caldwell.

To, z czym Honnold w sobotę zmierzy się w Tajpej, w kategoriach czysto sportowych trudno stawiać w jednym szeregu ze wspinaczką na El Capitan. Ściana „101” nie stanowi technicznego wyzwania dla wspinacza tej klasy; fasadę budynku przecina w dodatku kilka tarasów, na których wspinacz może odpocząć. 

Nie zagrożą mu tam również trudności obiektywne, bo drogę, którą będzie się poruszać, sprawdzono pod kątem bezpieczeństwa. Jeśli było tam cokolwiek, co mogłoby się oderwać i spaść na śmiałka, zostało już dawno usunięte.

Widzowie zobaczą więc starannie wypreparowany z ryzyka spektakl z pogranicza cyrku i kaskaderki. Scenariusza zakończonego katastrofalnym w skutkach odpadnięciem od ściany nie da się oczywiście całkowicie wykluczyć – i zapewne właśnie to sprawiło, że Netflix postanowił zorganizować to przedsięwzięcie. 

Kuszenie uznanego sportowca, ojca dwójki małych dzieci, by za zapewne sporą sumę wystąpił przed kamerami w czymś, co przy odrobinie pecha może się dla niego skończyć bardzo źle – to niewątpliwie słaby punkt tego projektu. Ale trzeba być też skończonym hipokrytą, by wyrzucać to jedynie Nefliksowi. Bo czym na dobrą sprawę różni się to choćby od transmisji z wyścigów F1? Niczym.

Z tym zastrzeżeniem, że wyścigi bolidów nie udają, że są czymś innym.

Strach, mózg i kontrola ryzyka – co wyróżnia Aleksa Honnolda

Pokonując bez liny wysokie na ponad kilometr urwisko El Capitan, Honnold przesunął we wspinaniu granice niemożliwego. Możliwe nawet, że na długo odsunął je poza zasięg potencjalnych naśladowców, bo do tego typu wyczynów trzeba czegoś więcej niż „psycha z żelaza”. Mózg Aleksa – co wiemy z filmu „Free solo” – w specyficzny sposób odbiera zagrożenie. Tam, gdzie większość ludzi umierałaby już ze strachu, on odczuwa przyjemne podniecenie.

Możliwe, że sprowadzenie fenomenu amerykańskiego atlety do biologii mózgu jest krzywdzące dla bohatera tej opowieści. On sam być może dokonuje trafniejszej wiwisekcji swoich motywacji, gdy mówi, że prostu wierzy w siebie i swoje umiejętności. 

„Dla mnie ryzyko to prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. Konsekwencje – to coś, co cię spotka, jeśli to coś się wydarzy. W przypadku wspinania bez asekuracji konsekwencje to niemal zawsze śmierć” – mówił w jednym z wywiadów.  

Tak pojmowane ryzyko Honnold obniża do akceptowalnego pułapu przez trening i ascetyczny tryb życia. Widzowie „Free solo” byli świadkami tych przygotowań. Śledząc następnie jego taniec ze śmiercią na granitowej ścianie El Capitan, uczestniczyli też w intymnym doświadczeniu, bo pokonanie „na żywca” drogi tej klasy wymagało od Honnolda perfekcyjnego zgrania ciała z umysłem. 

Jeśli ktoś na widok wspinającego się człowieka pukał się dotychczas w czoło, po obejrzeniu tego filmu zapewne nabierze więcej pokory w ocenianiu ludzi, którzy tak dobrze potrafią skoordynować ciało i umysł.

Widowisko na krawędzi: dlaczego ekstremalne transmisje przyciągają miliony

Transmisja ze wspinaczki na „101” przesunie co najwyżej granice wielkonakładowych widowisk jeszcze bliżej tego, w czym tkwią od dawna po uszy internetowi patostreamerzy, czyli epatowania strachem i poczuciem niesmaku. Część publiki, która zasiądzie przed ekranami, by śledzić próbę Honnolda, może wręcz poczuć lekkie rozczarowanie na wieść, że oglądać będą obraz z 10-sekundowym opóźnieniem (na wypadek najgorszego). Większość widowni przyciągnie po prostu ciekawość widowiska, które będzie im podane jako walka na śmierć i życie.

Takie wilcze prawo współczesnego marketingu. Nikt nie wyda milionów na show, żeby reklamować je potem hasłem: „widowiskowa, ale zaplanowana w detalach wspinaczka w wykonaniu faceta, dla którego to w gruncie rzeczy poważniejszy trening”. Alex Honnold sam po wielokroć powtarzał, że ktoś, kto jedynie ogląda wspinaczkę bez asekuracji, nigdy nie oceni trafnie związanego z nią ryzyka. Teraz godzi się na główną rolę w show, które stanowi jakby ucieleśnienie wszystkiego, czego dotychczas unikał.

Dlaczego? On sam podchodzi do tego z dziecięcą radością, której trudno nie polubić. Kocha się wspinać, nieważne jak i po czym. Przyszli do niego z propozycją wspinaczki na ładny budynek w egzotycznym kraju, do tego za przyzwoite pieniądze, to dlaczego miałby się nie zgodzić? Życzę mu więc z całego serca, żeby na szczyt  „Taipei 101” wszedł  bez sensacji, wręcz niezauważalnie. Także po to, żeby w przyszłości nikt nie wpadł na pomysł sequelu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Niepotrzebne zwycięstwo