NBP nie obniżył stóp. Ale wszyscy wiedzą, że i tak spadną

Przewidywalna polityka pieniężna bywa dla konsumentów gorsza od jej braku. Najbliższe miesiące mogą nam to udowodnić.
Czyta się kilka minut
Uczestnicy marszu 4 czerwca mijają budynek NBP z kontrowersyjnym banerem. Warszawa, 4 czerwca 2023 r. / fot. Marek Lasyk/REPORTER /
Uczestnicy marszu 4 czerwca mijają budynek NBP z kontrowersyjnym banerem. Warszawa, 4 czerwca 2023 r. / fot. Marek Lasyk/REPORTER /

Rada Polityki Pieniężnej na czerwcowym posiedzeniu nie zmieniła wysokości stóp procentowych. Tym razem prezes NBP Adam Glapiński nie zaskoczył - nie tylko tych, którzy uważali, że do zmiany faktycznie nie dojdzie. Pogłosek o odwróceniu kierunku polityki banku centralnego przybywa wraz ze zbliżającym się terminem wyborów, ale zwolennicy tego scenariusza też nie poczuli się dziś wyprowadzeni w pole. Powiedzieliby raczej, że co się odwlecze, to nie uciecze.

W idealnym świecie rząd i bank centralny stanowią dwa niezależne byty. Bariera między nimi nie jest oczywiście nieprzepuszczalna, bo nawet jeśli zadaniem banku centralnego nie jest wspieranie rozwoju gospodarki, a jedynie trzymanie na wodzy inflacji, decydenci i tak muszą przeliczać swoje decyzje na potencjalne konsekwencje dla gospodarki. Naczelnym zadaniem banku centralnego jest jednak niemal zawsze pilnowanie, by inflacja nie pozbawiała wartości rodzimej waluty. W przypadku NBP nie ma nawet mowy o innych celach. Cała jego uwaga ma koncentrować się na tym, by wzrost cen w kraju nie wykroczył poza określony w ustawie o banku centralnym średnioroczny próg 2,5 proc.

W przypadku banków centralnych zdrowa szczypta nieprzewidywalności jest, rzecz jasna, wręcz niezbędna. We współczesnym świecie pieniądza fiducjarnego, który wart jest tylko tyle, na ile wyceniają go sprzedający i kupujący, bank stał się arbitrem czuwającym nad procesem tej wyceny, a w razie potrzeby także szeryfem, który interweniuje i przywraca porządek. Przynajmniej w teorii, bo coraz częściej zdarza się, że w konfrontacji z potęgą wielkich funduszy spekulacyjnych, obracających setkami miliardów dolarów i grających na spadek lub wzmocnienie jakiejś waluty, nawet on musi kapitulować. Poddał się Bank of England, który w 1992 roku w jeden dzień został rozłożony na łopatki przez fundusz George’a Sorosa, a ówczesna „czarna środa” zakończyła się osłabieniem funta do innych walut aż o 25 proc. To samo spotkało w 2015 roku szwajcarski bank centralny, który pod naciskiem bogatych inwestorów musiał zakończyć obronę kursu tamtejszego franka, mimo że drożejąca szwajcarska waluta bardzo szkodziła popytowi na tamtejsze towary eksportowe.

Problem z Narodowym Bankiem Polskim nie polega na tym, że jest za słaby, by długo i skutecznie wyrywać naszego złotego z łap spekulantów. Polska waluta nie stanowi na razie kąska na tyle atrakcyjnego, żeby wielcy świata finansów chcieli bawić się nią dla zysku, mają nadal po temu o wiele lepsze okazje. Problemem jest to, że NBP pod wodzą Adama Glapińskiego stracił resztki owej zdrowej nieprzewidywalności dla rynków. Relatywnie prosto odgadnąć, jakie będą jego decyzje w kolejnych miesiącach. Wystarczy w tym celu posłuchać wystąpień polityków PiS.

Ogłoszona dzisiaj decyzja RPP o niepodnoszeniu stóp na pierwszy rzut oka wygląda właśnie na próbę zagrania na nosie tym, którzy od kilkunastu dni przepowiadali, że będziemy mieć pierwszą obniżkę. Rzecz w tym, że rynki finansowe i tak wiedzą swoje. Jak piszą analitycy jednego z banków, po decyzji RPP: „notowania kontraktów na WIBOR 3M w perspektywie 6-miesięcznej spadły we wtorek do 6,6 proc. z 6,7 proc. w poniedziałek i 6,8 proc. w piątek”. Co to znaczy? W skrócie to, że większość wyjadaczy świata finansów zakłada, iż w ciągu najbliższych sześciu miesięcy (wybory w październiku) główna stopa procentowa w Polsce spadnie co najmniej o 0,3 punktu procentowego. Mowa zatem o obniżce z aktualnego pułapu 6,75 proc. do 6,45 proc.

NBP w kampanii wyborczej

Podstaw do oczekiwania obniżki dostarczył oczywiście komunikat RPP, w którym czytamy, że „do spadku krajowej inflacji będzie się przyczyniać osłabienie dynamiki PKB, w tym konsumpcji, następujące w warunkach istotnego obniżenia dynamiki kredytu. W efekcie rada ocenia, że dokonane wcześniej silne zacieśnienie polityki pieniężnej NBP będzie prowadzić do obniżania się inflacji w Polsce w kierunku celu inflacyjnego NBP”. Innymi słowy, bank centralny stoi na stanowisku, że inflację ma już pod kontrolą, a większość czynników mogących wyrwać mu ją ponownie z uwięzi bądź zanikła, bądź osłabła na tyle, by się nimi nie przejmować. Nie ma już pandemii, nie ma szokowych skoków cen energii wywołanych wojną w Ukrainie, powolutku stabilizuje się rynek żywnościowy, a polski złoty umacnia się do innych walut. Dlatego czas pomyśleć o poluzowaniu antyinflacyjnego kagańca, jakim są wysokie stopy procentowe, i znów wzmocnić konsumpcję wewnętrzną. A że przyklaśnie takim decyzjom także prezes Kaczyński, który bardzo by nie chciał, żeby udręczeni wyborcy na wiecach zadawali mu pytania o zaciskanie pasa? Prezes Glapiński chciałby nas przekonać, że to czysty zbieg okoliczności.

Tymczasem inflacja wciąż może nam wybuchnąć w twarz. Luzowanie polityki monetarnej, zwłaszcza w połączeniu z decyzjami pokroju zamiany 500 plus na 800 plus, grozi co najmniej utrwaleniem drożyzny. Prezes Glapiński uspokaja, że na koniec roku inflacja w Polsce nie powinna przekraczać 11 proc. i brzmi oczywiście dobrze, kiedy się ma w głowie lutowy odczyt na poziomie 18,4 proc., ale powinno tak naprawdę przerażać. Utrzymanie średniorocznej inflacji na poziomie choćby i 7 proc. przez trzy lata oznaczać będzie przecież, że nasze pensje stopnieją realnie o 21 proc. Takie mogą być realne koszty przewidywalności polityki pieniężnej NBP, który już nawet nie udaje, że nie uczestniczy w kampanii wyborczej, skoro pozwolił sobie niedawno na ostentacyjne porównanie wpływu obietnic wyborczych PO i PiS na stan finansów publicznych.

Wynik tego porównania był równie zaskakujący, co dzisiejszy komunikat RPP. I przyjęty z taką samą powagą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”