Na udeptanej ziemi

Czy to źle, że ksiądz występujący w mediach zostanie zauważony i uznany za autorytet? Księdzu Dobrzyńskiemu wyraźnie się to nie podoba.
Czyta się kilka minut

Artykuł ks. Andrzeja Dobrzyńskiego jest typowym głosem człowieka, który jest "za, a nawet przeciw". Podejmując polemikę z ks. Robertem Nęckiem atakuje natychmiast z grubej rury: "nie dociera do sedna problemu". O jakie sedno chodzi, pytam? Bo rzecz jest niezwykle prosta. Po pierwsze, chodzi o to, że język komunikacji w naszym świecie pozostaje - czy się to nam podoba, czy nie - pod przemożnym wpływem mediów. To, co w epoce przedtelewizyjnej, przedinternetowej i przedesemsowej było normalne, dziś po prostu wyszło z użycia. Nie chodzi przecież o to, by kaznodzieja czy katecheta upodobnił się do Kuby Wojewódzkiego, ale by zwracając się do ludzi, był świadom nawyków, jakimi się rządzi ich recepcja. Nie wystarczy mówić rzeczy słuszne - trzeba je mówić tak, by dało się tego słuchać.

Drugi problem to obecność księży w mediach. Można się od tego świata odwrócić ze wstrętem, ale wtedy pozostaje audytorium kościelne: przekonywanie ludzi przekonanych. Praktycznie ta obecność polega na komentowaniu wydarzeń politycznych czy społecznych, zwłaszcza budzących moralną kontrowersję, spraw dotyczących Kościoła, księży itd. Zaproszenie kapłana do udziału w tego rodzaju debacie czy prośba o komentarz jest wyrazem szacunku dla wartości, które reprezentuje, niekiedy jest dopuszczeniem do głosu przedstawiciela strony atakowanej, niekiedy jest wyzwaniem, jak się niegdyś mówiło, "na udeptaną ziemię", czyli na pojedynek.

W moim przekonaniu ksiądz nie ma prawa uchylać się od przyjęcia takiego zaproszenia, jeśli w danej materii ma coś do powiedzenia. Oczywiście nikt, a więc także ksiądz nie może wypowiadać się o sprawach, na których się nie zna, które zna z drugiej ręki, nie może ryzykować wyrządzenia komuś krzywdy. To są podstawowe zasady etyki medialnej, którą tak nisko ocenia Autor, twierdząc, że etyka mediów często zamienia się w prawną kazuistykę. Owszem, niestety nie tylko etyka mediów, ale etyka tout court, także katolicka. I co z tego?

Czy to źle, że ksiądz występujący w mediach przez swoją "otwartość, uczciwość i kompetencję (...) w krainie mediów zostanie zauważony" i uznany za drogowskaz? Księdzu Dobrzyńskiemu takie postawienie sprawy wyraźnie się nie podoba. Nie wiem, dlaczego. Słowo "drogowskaz" zastąpiłbym bardziej zrozumiałym "autorytet". Otóż tak: dzięki "otwartości, uczciwości i kompetencji" (dodam - i mądrości) niektórzy stają się autorytetami.

Kto ma być autorytetem? Tego zadekretować się nie da ani to nie staje się, jak ironicznie sugeruje ks. Dobrzyński, "automatycznie". Po prostu jeden nim jest, drugi nie. Autorytet to zresztą pozycja niesłychanie ryzykowna, wystawiająca na krytykę i ciosy, nieustannie grożąca kompromitacją. By ją zdobyć, trzeba mieć wiele pokory. Dlatego zdobywają ją zwykle ci, którzy o nią nie zabiegają, którzy za autorytety się nie uważają, nie są skoncentrowani na sobie, są natomiast zdolni do empatii i mówienia językiem interlokutora.

Czy to źle, jeśli wśród takich autorytetów zobaczymy księdza? Z pewnością nie będzie autorytetem, jeśli się stanie podobny do energooszczędnej świetlówki.

Ks. Dobrzyńskiemu nie podoba się wspomniany przez ks. Nęcka pomysł kard. Johna Foleya, wieloletniego szefa dykasterii zajmującej się w Watykanie środkami przekazu, by "wykupywać czas antenowy na promocje wartości, które popiera Kościół". "Jak na tym globalnym jarmarku informacji promować idee Ewangelii, nie ocierając się o profanację? Czy wykupywać czas antenowy dla promocji wartości, czy raczej je realizować?" - pyta nasz Autor. Szkoda, że mieszkając we Włoszech, nie obejrzał reklam wyjaśniających cele, na jakie idą pieniądze z przepisywanych na Kościół słynnych ośmiu promili podatku dochodowego. Te reklamowe spoty są, moim zdaniem, doskonałą katechezą o charytatywnej i społecznej pracy Kościoła. I do tego skuteczną, bo trudno im odmówić wiarygodności.

Chciałbym widzieć księży i biskupów w środkach przekazu. Świadków wiary, nadziei i miłości. A media to także dla nas księży znakomita szkoła, dar Opatrzności i znak czasu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 39/2009