Liczba mieszkańców oczekujących na tzw. mieszkanie komunalne jest w Krakowie ogromna. I rośnie, bo od niedawna zaczęła obowiązywać ustawa zakazująca wykwaterowywania zalegających z czynszem - nie wolno “na bruk", musi być kwatera zastępcza. Prezydent miasta zaplanował więc budowę nowych bloków komunalnych - tych najtańszych. Na Ruczaju właśnie. A mieszkańcy nie zgadzają się na to. Żadnych “slumsów" w osiedlu. Protest jest głośny, biorą na nim udział media, radnych oczywiście dzieli, plany stoją pod znakiem zapytania. Wszędzie, byle nie u nas - mówią mieszkańcy. Tyle że wiadomo, iż “wszędzie" powtórzy się to samo. Ba, protest obejmuje nawet zasadę przyznawania pojedynczych mieszkań owym “wysiedlonym".
W pierwszym odruchu słuchający takiej relacji reaguje moralistycznie: cóż za egoizm zbiorowy. Gdyby casus ten traktować jak symptom, należałoby zostać pesymistą: nie uratuje się “wykluczonych", jeśli sami bliźni sparaliżują każdą próbę pomocy. A zatem - wystąpić z kazaniem, z potępieniem ludzi zapatrzonych tylko we własny interes? Wyegzekwować przymus podzielenia się własnym statusem z tymi, którzy go dotąd nie mają?
Bardzo to proste i nagle - niepokojące. Wystarczy trochę wyobraźni. Na uporządkowanym, na razie bezpiecznym osiedlu dom z marginesu. Rodziny, które nie czują się do niczego zobowiązane - ani do zachowania porządku, ani do pilnowania dzieci. Nagle zaczyna być inaczej niż dotąd - na parkingu, na placu zabaw, na klatkach schodowych. Dewastacja, brud, awantury. Sąsiedzi okazują się ludźmi, z którymi nie da się wytrzymać. Kto miał za ścianą choćby pijaków, nie zawaha się ani przez moment, jeżeli stanie znów przed taką perspektywą i może ją storpedować. Nie przemówi do niego argument, że może teraz będzie inaczej, że to strachy na wyrost. Nie zaryzykuje - bo ryzyko jest zbyt wielkie. A nazywa się bardzo zwyczajnie: bezsilność. Nie ma żadnych mechanizmów zapewniających bezpieczeństwo mieszkańców na tyle skutecznie, żeby się nie musieli bać. A zwłaszcza nie ma egzekutywy zasad współżycia, która by w takiej sytuacji wymuszała to, co wszystkim się należy: bezpieczeństwo i spokój.
I dlatego dziennikarz piszący o takim (lokalnym tylko) proteście powstrzyma się od morałów, raczej stanie po stronie ludzi, którzy bronią swego i pogratuluje sobie, że nie jest gospodarzem miasta, który odpowiada i za tych zabezpieczonych, i za tamtych pozbawionych dachu nad głową, a więc dobra ważnego jak mało które. Dojdzie również do wniosku, że artykuł o sprawiedliwości społecznej to zupełnie inny temat niż reportaż z konfliktu na osiedlu. Po prostu inny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















