Na przykład Ruczaj

Ruczaj to jedno z nowszych osiedli krakowskich. Trwa tam od dawna konflikt, który może dostarczyć chętnym sporego materiału do refleksji, czym tak naprawdę jest sprawiedliwość społeczna.
Czyta się kilka minut

Liczba mieszkańców oczekujących na tzw. mieszkanie komunalne jest w Krakowie ogromna. I rośnie, bo od niedawna zaczęła obowiązywać ustawa zakazująca wykwaterowywania zalegających z czynszem - nie wolno “na bruk", musi być kwatera zastępcza. Prezydent miasta zaplanował więc budowę nowych bloków komunalnych - tych najtańszych. Na Ruczaju właśnie. A mieszkańcy nie zgadzają się na to. Żadnych “slumsów" w osiedlu. Protest jest głośny, biorą na nim udział media, radnych oczywiście dzieli, plany stoją pod znakiem zapytania. Wszędzie, byle nie u nas - mówią mieszkańcy. Tyle że wiadomo, iż “wszędzie" powtórzy się to samo. Ba, protest obejmuje nawet zasadę przyznawania pojedynczych mieszkań owym “wysiedlonym".

W pierwszym odruchu słuchający takiej relacji reaguje moralistycznie: cóż za egoizm zbiorowy. Gdyby casus ten traktować jak symptom, należałoby zostać pesymistą: nie uratuje się “wykluczonych", jeśli sami bliźni sparaliżują każdą próbę pomocy. A zatem - wystąpić z kazaniem, z potępieniem ludzi zapatrzonych tylko we własny interes? Wyegzekwować przymus podzielenia się własnym statusem z tymi, którzy go dotąd nie mają?

Bardzo to proste i nagle - niepokojące. Wystarczy trochę wyobraźni. Na uporządkowanym, na razie bezpiecznym osiedlu dom z marginesu. Rodziny, które nie czują się do niczego zobowiązane - ani do zachowania porządku, ani do pilnowania dzieci. Nagle zaczyna być inaczej niż dotąd - na parkingu, na placu zabaw, na klatkach schodowych. Dewastacja, brud, awantury. Sąsiedzi okazują się ludźmi, z którymi nie da się wytrzymać. Kto miał za ścianą choćby pijaków, nie zawaha się ani przez moment, jeżeli stanie znów przed taką perspektywą i może ją storpedować. Nie przemówi do niego argument, że może teraz będzie inaczej, że to strachy na wyrost. Nie zaryzykuje - bo ryzyko jest zbyt wielkie. A nazywa się bardzo zwyczajnie: bezsilność. Nie ma żadnych mechanizmów zapewniających bezpieczeństwo mieszkańców na tyle skutecznie, żeby się nie musieli bać. A zwłaszcza nie ma egzekutywy zasad współżycia, która by w takiej sytuacji wymuszała to, co wszystkim się należy: bezpieczeństwo i spokój.

I dlatego dziennikarz piszący o takim (lokalnym tylko) proteście powstrzyma się od morałów, raczej stanie po stronie ludzi, którzy bronią swego i pogratuluje sobie, że nie jest gospodarzem miasta, który odpowiada i za tych zabezpieczonych, i za tamtych pozbawionych dachu nad głową, a więc dobra ważnego jak mało które. Dojdzie również do wniosku, że artykuł o sprawiedliwości społecznej to zupełnie inny temat niż reportaż z konfliktu na osiedlu. Po prostu inny.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2005