Mundial 2022: długie pożegnanie Maroka

Czeka nas finał Francja-Argentyna. Futbolowy klasyk. Starcie czempionów. Zanim jednak o nim: chwała zwyciężonym.
Czyta się kilka minut
Marokańczyk Sofiane Boufal w walce z Francuzami, półfinał mundialu w Katarze, 14 grudnia 2022 r. / Fot. Cao Can / Xinhua News / East News /
Marokańczyk Sofiane Boufal w walce z Francuzami, półfinał mundialu w Katarze, 14 grudnia 2022 r. / Fot. Cao Can / Xinhua News / East News /

O takich meczach pisze się najtrudniej. Zwycięstwo Francuzów nad Marokiem w półfinale katarskiego mundialu było przecież tak naprawdę spodziewane i zasłużone. To Francuzi objęli szybko prowadzenie, a następnie bronili się dobrze, wyprowadzając co jakiś czas, dzięki szybkości Mbappé i Dembele, błyskawiczne i groźne kontry. To Francuzi mieli w swoich szeregach nie tylko tę dwójkę gwiazd Paryża i Barcelony, ale i niebezpiecznego Giroud z Mediolanu. To Francuzi mieli między słupkami pewnego Llorisa, którego obrona strzału przewrotką El Yamiqa pozbawiła Marokańczyka szans na rywalizację z Brazylijczykiem Richarlisonem o miano bramki turnieju. To w drużynie Francji świetnie prezentował się na środku obrony Konaté. I to w drużynie Trójkolorowych zachwycaliśmy się grą wszędobylskiego, przeżywającego drugą młodość Griezmanna  niegdyś napastnika przecież, w tej roli wybranego najlepszym piłkarzem finału mundialu w Rosji, a dziś króla środka pola, którego powroty we własne pole karne nie tylko pozwalały tamować dziury w przeciekającej pod marokańskim naporem francuskiej tamie, ale także inicjować kolejne szybkie wyjścia; mogłaby coś powiedzieć o tym reprezentacja Polski.


PRZECZYTAJ TAKŻE:
NAJLEPSZY MUNDIAL ŚWIATA. Zmierzch gigantów, zmiana pokoleniowa, przesunięcia na futbolowej mapie... Zostawmy to wszystko. Porozmawiajmy o cudzie, tajemnicy i niespodziance >>>>


O Griezmannie trzeba osobny akapit. Swoją nową pozycję na boisku wziął z marszu, po rozmowie z selekcjonerem Deschampsem na tydzień przed rozpoczęciem mistrzostw, bez żadnych specjalnych treningów i przygotowań, a rzekłbyś, że występował na niej całe życie. Stracił dwa lata kariery w Barcelonie, a w Katarze sprawia wrażenie narodzonego na nowo. Zachwyca wślizgami i zaangażowaniem w pressing. Zachwyca tym, ile widzi, jak rozgrywa i jak trudno odebrać mu piłkę. Zachwyca tym, w jaki sposób  i jak daleko od bramki przeciwnika potrafi znaleźć sobie miejsce, i z jaką precyzją wyznacza z tego miejsca tempo akcji. Jak pokazuje się kolegom i jak gubi uwagę rywali. Zachwyca także tym, jak trudno jego boiskową rolę określić w znanym nam dotąd futbolowym języku, bo przecież z pewnością nie jest to rola klasycznej „dziesiątki”. Najbardziej zachwyca jednak poświęceniem dla drużyny, co pozwala tak naprawdę wyjawić najważniejszy powód, dla którego o takich meczach pisze się najtrudniej.

Podejrzewam, że większość Czytelników  a z pewnością większość tzw. kibiców neutralnych  była przecież za Marokiem. Nie tylko dlatego, że uwielbiamy historie Dawidów, którzy odnoszą sukcesy w walce z Goliatami: zanim doszli do półfinału, Marokańczycy musieli wszak poradzić sobie z faworyzowaną Belgią w fazie grupowej, następnie z wymienianą w gronie kandydatów do mistrzostwa Hiszpanią, a w końcu z Portugalią (zauważmy przy okazji, że wszystko to były niegdysiejsze potęgi kolonialne). Także dzięki sposobom, w jaki walczyli o to, by zajść tak daleko.

Słowo o poświęceniu dla drużyny byłoby tu bardzo na miejscu, zważywszy np. na kontuzje, z którymi przed wczorajszym meczem zmagali się Aguerd, Saïss i Nazraoui, i które usiłowali zignorować, by pomóc kolegom pierwszy wypadł ze składu jeszcze przed rozpoczęciem meczu, drugi po dwudziestu minutach, trzeci po pierwszej połowie. Ale oprócz poświęcenia były przecież także wiara we własne umiejętności, konsekwencja i kunszt. Nie tylko znakomita defensywa, wspierana przez jednego z najlepszych pomocników na mundialu, Amrabata (ależ wślizg wczoraj wykonał, powstrzymując jedną z szarż Mbappé…), ale także płynne akcje ofensywne, które – kiedy podczas meczu z Francją gonili już wynik  jedna za drugą sunęły w stronę bramki Llorisa, zwłaszcza prawą stroną, gdzie operowali Ziyech i Hakimi. Gdybyż tylko zdolność utrzymywania się przy piłce Marokańczycy potrafili przekuć na zdolność strzelania bramek, bo dogodnych sytuacji stworzyli wystarczająco dużo, by tego meczu nie przegrać… Jeśli się mówi, że o sukcesie w wielkim turnieju decyduje dobra gra obronna, umiejętności Francuzów z pewnością zostały tu przetestowane.

Ale było w tej drodze Maroka na mundialowe szczyty  pierwszej drużyny berberyjskiej, pierwszej arabskiej, pierwszej afrykańskiej na tym poziomie w dziejach mistrzostw świata, pierwszej islamskiej, witanej w dzisiejszym świecie z takim entuzjazmem i radością  coś więcej. Była opowieść. Znany także polskim czytelnikom dzięki wydawnictwu Karakter Tahar Ben Jelloun napisał na łamach „Le Monde”, że w ciągu swojego życia doświadczył tylko dwóch ważnych wydarzeń historycznych: powrotu z wygnania króla Muhammada V, otwierającego w 1956 roku drogę do niepodległości kraju, i awansu drużyny Walida Regraguiego do półfinału mistrzostw świata. I tak jak ten świetny prozaik bawił się przez ostatni miesiąc wśród tłumów na bulwarach Casablanki, tak na stadionach Kataru bawiły się tysiące jego roztańczonych i rozśpiewanych rodaków. W ostatnich dniach Royal Air Maroc wykonały kilkanaście dodatkowych rejsów do Dohy…


PRZECZYTAJ TAKŻE:
NAJGORSZY MUNDIAL ŚWIATA. Piłkarskie mistrzostwa w Katarze są skandalem na tylu poziomach, że nie wiadomo, od którego zacząć. Chyba że od konstatacji, iż są jedynie lustrem, w którym odbija się współczesny świat >>>>


Ale było w tym coś jeszcze. Zawsze jest. Jak zauważa prof. Hisham Aïdi, urodzony w Tangerze wykładowca Columbia University, niezależnie od permanentnego kryzysu na Bliskim Wschodzie, niezależnie od wojen domowych i zaciekłej kampanii kontrrewolucyjnej po czasach tzw. Arabskiej Wiosny „przez dziewięćdziesiąt minut lub dłużej poczucie wspólnej tożsamości, języka i losu szybowało, poruszając widzów, przez cały arabskojęzyczny świat”. Czy tylko arabskojęzyczny? Chęć dania prztyczka starej Europie była z pewnością wyczuwalna, choć wielu zawodników tej drużyny to wychowani przez akademie europejskich klubów kosmopolici, a ich tożsamości nie dają się w związku z tym sprowadzić do pojęć prostych jak cepy. Istotna jest ta dwustronność procesu wymiany, o której wspomniałem już w świątecznym numerze „Tygodnika”: przez lata dyskutowaliśmy o tym, jak styl gry reprezentacji Niemiec, Holandii czy Francji wzbogacają potomkowie migrantów, ale to piłkarze urodzeni nad Sekwaną stanowią o obliczu drużyn reprezentujących dawne ojczyzny ich rodziców. Z 26 graczy Maroka tylko 14 urodziło się u stóp Atlasu; marokańska diaspora jest, jak wiemy także dzięki obrazkom świętowania sukcesów tej drużyny na ulicach wielu europejskich stolic, jedną z liczniejszych.

Marokańczycy mówili, że grają dla całego arabskiego świata. Że grają dla świata islamu. I dla Afryki. I dla tych wszystkich szukających sobie lepszego miejsca do życia w Europie, czasem na co dzień upokarzanych, przybyszów z Południa. Przede wszystkim jednak grali dla zakochanych w futbolu, którego nieusuwalnym składnikiem jest przecież to, że w starciu silniejszego ze słabszym zawsze staje się po stronie słabszego. W słynnym dialogu z „Casablanki” na pytanie o narodowość grany przez Humphreya Bogarta Rick Blaine odpowiada: „Jestem pijakiem”, na co kapitan Renault zauważa: „Co czyni Ricka obywatelem świata”. W dzisiejszych czasach jednak obywatelem świata czyni odpowiedź „Jestem kibicem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”