Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Moje życzenia świąteczne

Moje życzenia świąteczne

26.03.2018
Czyta się kilka minut
Dlaczego chcieli Jego śmierci? Co im tak bardzo przeszkadzało?
Fragment fresku w bazylice św. Katarzyny Aleksandryjskiej, Galatina, Włochy, XV w. DEAGOSTINI / GETTY IMAGES
U

Uważali, że bluźni: „Jesteś tylko człowiekiem, a uważasz się za Boga” (J 10, 33). No i nie szanował szabatu. Kiedy inni cieszyli się i zachwycali uzdrowieniami, oni zauważali tylko, że uzdrawiał w szabat.

A może chcieli Go wypróbować? Może wyczytali to w Księdze Mądrości: „Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości, zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony” (Mdr 2, 19-20). I jeszcze: „Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników” (Mdr 2, 18). Tylko dziwne, że nie wzięli do siebie znajdującego się w tym samym świętym tekście ostrzeżenia: „Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych...” (Mdr 2, 21-22).

Może chcieli się Go pozbyć dlatego, że wnikliwie krytykował hipokryzję, duchowych przywódców narodu: „Czyńcie i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać” (Mt 23, 3-5). To było o nich.

Myśl o pozbyciu się Go z biegiem czasu stawała się coraz wyraźniejsza. Lansowali ją faryzeusze i uczeni w Piśmie. Nie wszyscy i nie tylko oni. Łukasz zanotował, że „w tym czasie przyszli niektórzy faryzeusze i rzekli Mu: »Wyjdź i uchodź stąd, bo Herod chce Cię zabić«” (Łk 13, 31). A więc i Herod także...

A może decydujące było to, co głośno wypowiedział Kajfasz, zwracając się do Wysokiej Rady. „Arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: »Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród«. Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: »Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród«” (J 11, 47-50). A więc racje polityczne, patriotyczne, strategiczne.

W tym kapłańskim gronie nie pytano, kim naprawdę jest Jezus. Może nawet Go podziwiali, ale od podziwu mocniejsza była obawa, że „wszyscy uwierzą w Niego” i że „przyjdą Rzymianie”. Obawa o instytucję i system, który, lepiej lub gorzej, jednak mieli pod kontrolą. Gigantyczny system religijno-prawnych przepisów służył temu, by wszystko mieć pod kontrolą. Miarą religijności była wierność przepisom. Chcieli, żeby „człowiek był dla szabatu”, a nie, jak uczył Jezus, odwrotnie: szabat dla człowieka. Ten system wzmacniał znaczenie i władzę instytucji, ale nie trafił do serc. Zastanawiające, że i dziś mówi o tym – w „Evangelii gaudium” – Franciszek. Przypomina: „św. Tomasz z Akwinu podkreślał, że przykazania dane ludowi Bożemu przez Chrystusa i przez Apostołów »są bardzo nieliczne«. Cytując św. Augustyna, zauważał, że w przykazaniach dodanych później przez Kościół należy przestrzegać umiaru, »aby życie wiernych nie stało się zbyt uciążliwe« oraz aby nie przemienić naszej religii w niewolę, skoro »miłosierdzie Boże chciało ją mieć wolną«”.

Od Soboru Watykańskiego II toczą się spory o granice możliwości rewizji tych „dodanych później przez Kościół” elementów.

Może Kajfasz myślał o tym, co po przyjściu Mesjasza stało się ze świątynią? Co z kapłanami i z jego urzędem arcykapłana? Co z jego władzą? Oczekiwanie na Mesjasza było już oswojone, ale jego rzeczywiste przyjście?

Wtedy motywem wydania Jezusa na śmierć był strach. A teraz? Dziś, co prawda, mało kto, lub zgoła nikt, nie walczy z samym Jezusem. Teraz walczy się z jego Kościołem. Z obawy przed wpływem na myślenie społeczeństwa i kształt państwa? Z obawy przed sojuszem ołtarza z tronem? Stąd postulaty rozwiązania konkordatu, wyeliminowania z przestrzeni publicznej wszystkiego, co o Nim przypomina. To zresztą w różnych miejscach świata się nawet udało. Niezupełnie jednak, bo istnieją chrześcijańskie wspólnoty. Kościoły zniszczone administracyjnie lub rozmyte praktycznym materializmem odradzają się i mądrzejsze o tamte doświadczenia dziś od nowa podejmują pytanie o ich miejsce w tym konkretnym świecie – takim – jaki jest obecnie.


Czytaj także: Ks. Grzegorz Strzelczyk: I po co było to wszystko


W święto upamiętniające Zmartwychwstanie Jezusa życzę wszystkim chrześcijanom, żeby na nowo odczytali słowa Mistrza, który nie chciał, by jego uczniowie byli przywódcami narodów (poddającymi innych ludzi „swojej władczej woli”), lecz chciał, by ich wielkość polegała na służeniu innym (por. Mt 20, 25-28).

Życzę nam, chrześcijanom, byśmy uwierzyli, że dla nas właściwymi miejscami nie są miejsca pierwsze, lecz ostatnie.

Byśmy, w imię dobra czy bezpieczeństwa naszych instytucji, nie dawali się wrabiać w uzależnienie od jakiejkolwiek ideologii czy politycznej strategii.

Byśmy uwierzyli, że dobro instytucji – nawet ważnych i użytecznych – nie jest dobrem najwyższym, że o trwaniu Kościoła decyduje nie bezpieczeństwo materialne, ale wierność Ewangelii.

Byśmy dostrzegali działanie Boże także poza wyznaczonymi przez nas granicami norm kanonicznych i ortodoksji (co nie znaczy, że te granice nie są ważne, a czasem konieczne).

Byśmy przestali się bać świata i siebie nawzajem, naszej różnorodności i inności.

Byśmy uprawiając „nową ewangelizację”, większą wagę niż do słów przywiązywali do dawania świadectwa własnym życiem.

Byśmy nigdy o nikim nie myśleli, że jest „przypadkiem beznadziejnym”, byśmy nikogo nie osądzali.

Byśmy, widząc poczynione przez ludzi spustoszenia, nie poddawali się pesymizmowi („to już jest nie do naprawienia”), lecz zabierali się do naprawiania.

Byśmy wciąż uczyli się słuchać innych i nie zatykali uszu, gdy mówi ktoś o innych niż nasze przekonania.

Byśmy się pogodzili z tym, że droga każdego człowieka do osobistej więzi z Chrystusem jest inna i tę inność traktowali z dyskrecją i szacunkiem.

By każdy z nas wypracował sobie własny sposób praktykowania miłości bliźniego, ale nie pełen łatwych, mało konkretnych sposobów dla uspokojenia własnego sumienia.

Byśmy nie byli prorokami klęsk, mistrzami wykluczania innych, budowniczymi murów, lecz byli budowniczymi mostów między ludźmi, zawsze (na imieninach cioci, we własnym domu, w ławach Sejmu, w firmie, w autobusie).

Życzę też, byśmy nie byli ponurakami. Zmartwychwstanie jest obietnicą przyszłej nieśmiertelności, więc na wszystko możemy spokojnie patrzeć w perspektywie wieczności.

Alleluja! ©℗

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Myślę, że była to zawiść o popularność tego niezwykłego nauczyciela. I zgoła nie tanią popularność, bowiem nie był on populistą, a nawet potrafił zgorszyć swoich "wielbicieli" trudnymi naukami, nie dbając o wskaźnik "lajkowości". "Podążały za nim tłumy"(mimo wszystko)-podaje Pismo; bowiem "nauczał z mocą-nie tak jak uczeni w Piśmie". Ale i te tłumy wielbicieli okazały się przewrotne, skoro w parę dni z uwielbiającego "Hosanna Synowi Dawidowemu", po paru dniach wołano: "ukrzyżuj go" w rozczarowaniu i złości. Nauczyciel ów pokazał naszą ludzką przewrotną naturę i na tej naturze buduje swój Kościół łaski powierzając niestałemu Piotrowi klucze Królestwa Niebieskiego-"Człowieku, ufam Tobie". Dziwne to cokolwiek i trudne do ogarnięcia. Nawet z naszego krajowego podwórka widać "nauczycieli, za którymi podążają tłumy"-dominikanin A. Szustak, abp. G. Ryś. ks. A. Boniecki, o. P. Gużyński; którzy także mają sporo oponentów w "świętej radzie". Ale jest i o. T. Rydzyk, który jakby "po przeciwnej stronie barykady", ma swoje "tłumy" i przeciwną mu "zmowę zła". A wszystko to w ramach jednego Kościoła, a nawet jednej kościelnej instytucji rzymskokatolickiej. Aż chciałoby się powiedzieć: "bez poł litra tego nie rozbieriosz". Albo bez przełamanego chleba i wspólnego kielicha w Eucharystii....

piszą uczeni, że sprawa była typowo polityczna

Niektórzy sądzą, że to zawiść nakręca politykę(m.in.)

niektórzy tak, czasem może nakręca ale przecież nie zawsze - ten przypadek to jednak była zupełnie inna kategoria podobno

-na kosmiczną skalę(a nawet wykraczającą poza kosmos). Rozważania na ten temat prowadzi tęga teologiczna głowa-ks. Strzelczyk w rekomendowanym tu art. "I po co było to wszystko". A ja, choć nie mam tak tęgiej głowy(co najwyżej tęgi łeb-ale tylko jak jestem pojedzony i nienarobiony...)to może jednak popełnię jakiś komentarz pod rzeczonym artykułem, ale po czasie. A bo to trzeba mi do tego dystansu na zasadzie duchowego wzlotu(a nie tylko umysłowego odlotu). Więc żeby nie było ego-psychodelicznie, a bardziej hipostatyczno-logicznie, to poczekam z wpisem, jak wrócę z Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek. Misterium Męki Pańskiej to dobre pranie umysłu z egocentrycznych miraży i otwarcie ducha i umysłu na Pozaświat, gdzie wszystko, co się zdarzyło i zdarzy w czasie i przestrzeni świata-dzieje się w jednym teraz. Cierpliwości więc...

Gezy Vermesa polecam, ten nieźle usuwa miraże

Choć autor wywodzi się z religijnej tradycji Księgi, w której napisano m.in.: "Sporządzaniu wielu ksiąg nie ma końca, a nadmierne im się oddawanie bardzo męczy ciało"

a jak sie ceni tenże pisarz...

Ten autor przynajmniej wiadomo skąd się wywodzi, bo my o naszych przodkach zwykle mamy coś do powiedzenia ledwie do trzeciego, góra czwartego pokolenia wstecz. Dalej genetyczna zagadka, genealogiczna próżnia. A co do ksiąg samych i cytatu, banalnie prawdziwy - jakże niewielu po dziś dzień chce męczyć swe ciało nad nauką. GV ma nad wieloma tę zaletę, że pisze dobrze, zatem i dobrze się czyta.

Raził mnie zawsze w kościele katolickim wybuchający z wielką siłą zwłaszcza w okresie Wielkiej Nocy zdumiewający kult śmierci, epatowanie cierpieniem, perwersyjne niemal opisy szczegółów Jezusowego procesu i krzyżowania. Ja rozumiem, że taką metodę na przekonanie wiernych o doniosłości tego wydarzenia przyjęto kiedyś i tak trwa po dziś dzień. Niech im tak będzie, swój rozum mają, wiedzą co czynią. Zostawmy jednak krwawe szczegóły, mnie po głowie takie pytanie chodzi: co właściwie takiego wyjątkowego było w śmierci Jezusa, że kościół na nią właśnie tak wielki nacisk kładzie. No bo że zmartwychwstanie - to rozumiem. O takich przypadkach rzadko się słyszy. Ale tłumaczenie, że "oddał swe życie", że "za nas", że Bóg itepe - to nikomu chyba rozumnemu nie trafia do przekonania. Takich niewinnych dobrowolnych ofiar i poświęceń co niemiara, od o. Kolbe po choćby niedawno francuskiego policjanta, a ileż zapewne bezimiennych i jeszcze bardziej poruszających. Tak poważnie, na serio, bez wydumanej teologicznej legendy - co takiego w tej śmierci, że się ją ponad wszelką przyzwoitość eksploatuje zamiast faktycznie skupiać na dobrej nowinie i wyjątkowości dna trzeciego?.. To zderzenie mających budzić grozę szczegółów krzyżowania itede w zestawieniu z pozłacanymi ołtarzami i brokatami kapłanów budziło jakiś wewnętrzny niepokój, stanowiło dysonans, że coś tu jest nie tak, że to wszystko się kupy nie trzyma i do siebie nie pasuje. Że to jakby ten błyszczący pozłotką kapłan chciał się wykąpać w blasku chwały Bożej śmierci. Tam krew, ból i poniżenie - tu piedestał, trony, brokaty. W połaczeniu ze smętną i żałobną, a często wręcz ponurą oprawą muzyczną rytuałów, wszechobecnymi wizerunkami ociekającego krwią ukrzyżowanego Jezusa, cierniowych koron etc. otrzymujemy dosyć koszmarny produkt końcowy. Ja wiem, od środka tego tak wyraźnie i od razu nie widać - ale zapewniam, z boku już tak.

-by mieć możliwość "analitycznego dystansu". Ale tak się nie da. Chrystus Syn Boży "umierający za grzechy świata" i "zmartwychwstały w chwale" jest obecny w życiu każdego człowieka, bowiem każdy podlega śmierci, czyli triumfowi zła niebytu nad istnieniem. Także w wymiarze społecznym zło egotyzmu, przemoc, kłamstwo i manipulacja triumfują nad altruizmem i uczciwością-także i w kościołach chrześcijańskich. To doświadczenie każdego człowieka. Jednak owa przewaga zła jest chwilowa i w istocie pozorna. W Jezusie z Nazaretu-"zabitym i zmartwychwstałym" widać to najwyraźniej. Dlaczego w nim? Tego fenomenu nie można zrozumieć bez fenomenu Izraela-człowieka, do którego przemówił Bóg- obiektywnie, czyli rzeczywiście. Znane jest powiedzeniem Gezy vermesa, że chrzescijaństwo to spotkanie człowieka poszukującego Boga, które najpełniej wyeksponowała grecka myśl filozoficzna; z izraelskim Bogiem poszukującym człowieka-Jahwe,który wybrał swój lud. A samą istotą Izraela jest Mesjasz-Chrystus, a wybór Mesjasza padł na Jezusa z Nazaretu. Wg mnie-wybór jak najbardziej trafny, skoro po 2000 lat to przykład wciąż i coraz bardziej inspirujący.

prosiłem bez teologii, a poza tym chodzi mi o konkret - skąd ta gloryfikacja i wręcz upajanie śmiercią, bólem i cierpieniem? CZY TYLKO PO TO by wzbudzić na siłę grozę i przerażenie wśród owieczek?... nie przypominam sobie by podobne misterium śmierci gdziekolwiek tak powszechnie i bezdyskusyjnie odprawiano i to w tak drastyczny sposób - nb praktyki jak krwawe biczowania czy relacjonowane niedawno w mediach wyświetlanie Gibsonowej "Pasji" dzieciakom na lekcjach religii to kwintesencja tej sado-maso perwersji ✚✚✚ taka oprawa, ta atmosfera i fokus na śmierci i cierpieniu doskonale pasowałyby np. do obrzędów satanistycznych moim zdaniem - dalej nie mogę pojąć skąd ich tak wielka żywotność i w ogóle obecność w kościele katolickim

Wiara (zawierzenie Bogu jako osobowemu dobru) nie potrzebuje wielkiej teologii, a i można być nawet finezyjnym teologiem, ale bez wiary. Wiara to ryzykowna próba żyć po stronie dobra, która bardziej wynika z miłości(na początek pewnego oczarowania), jak z intelektualnego rozstrzygnięcia. Zaś ewangelie o męce Jezusa, a wszelkie pochodne ilustracje Pasji-to dwie różne rzeczy-czasem dość bardzo odbiegające od siebie. Wrażenie sado-masochistycznego przekazu Pasji może też wynikać z niezrozumienia łaski przekraczającej naturę, która odruchowe "wet za wet", zastępuje "zło dobrem zwyciężaj" Treść Ewangelii, to doskonały instrument, na którym można wygrać jednak różne melodie-w zależności od wykonawcy; można też na tym instrumencie fałszywie rzępolić. Człowiek ma wolną wolę.

Zwierciadło, które pokazuje prawdę o nas, albo się kocha, albo nienawidzi. Jedni chcą się w nim przejrzeć, ale więcej jest takich, co chcą je rozbić. Pan Jezus na krzyżu z łotrami po bokach to obraz bezlitosnego świata, który najwyższą szlachetność traktuje jak najgorszy występek. Świat nic się nie zmienił, każdy kto idzie wiernie za słowami Chrystusa w konkretnych sprawach, ten prędzej czy później usłyszy, że jest nikczemnikiem.

za jak zwykle ciekawy artykul z pytaniem dla nas dlaczego zabijamy nawet dzis..., ale przede wszystkim za przepiekne zyczenia swiateczne zawarte az w 13-u zdaniach.Dziwie sie ze zadnego z nich nie zauwazyli moi poprzednicy.Czytajac bowiem powyzszych 14 wpisow odnioslem dzis wrazenie ze jakoby zmartwychwstania w ogole nie bylo, za to trwa nadal ten odwieczny teatr tragedii pomiedzy Faryzeuszami,Herodem i Pilatem. Ich dzisiejsi potomkowie piszac stale to nowe kartki wkladaja je do swej juz rozwalajacej sie sciany nieustannego placzu...PANOWIE Chrystus Zmartwychwstal- radujmy sie ,odlozmy wreszcie wstretna polityke na bok i dziekujmy O.Adamowi za piekne zyczenia, BUDUJMY MOSTY: A L L E L U J A /znaczy przeciez rowniez chwalmy.../

no cóż, faktycznie ja np. nie podzielam hurraentuzjazmu Szanownego Pana - może z powodów, o których wyżej pisałem.. ale co do teatru, toż właśnie takie quasi-emocjonalnie wykrzykiwane [i to w #primaaprilis...] PANOWIE Chrystus Zmartwychwstal, BUDUJMY MOSTY, A L L E L U J A itepe zawsze raziły mnie teatralną sztucznością w kontekście Ewangelii

„Dziś, co prawda, mało kto, lub zgoła nikt, nie walczy z samym Jezusem. Teraz walczy się z jego Kościołem.” Bardzo dziękuję za tak mądre w wymowie świąteczne życzenia. Zacytowany fragment z artykułu, sprowadza mnie jednak na ziemię. Wiem Kościół nasz musi mieć wroga, musi nim karmić wiernych, utrzymywać w nich poczucie zagrożenia, tak łatwiej nami sterować. Na pewno są miejsca gdzie bycie chrześcijaninem wymaga od człowieka zwyczajnej ludzkiej odwagi, jednak pozostańmy tu w naszej ojczyźnie i poobserwujmy uczciwie, kto tak na prawdę rozsadza Kościół. Tak się jakoś składa, że zazwyczaj wróg działający otwarcie, nie kryjący swych zamiarów, tylko wzmacnia atakowaną społeczność. To wewnętrzni dewastatorzy kruszą fundamenty. Nie siliłbym się na odczytywanie znaków w pismach, które wyjaśnią nam, dlaczego Chrystus był zadrą dla uczonych w piśmie. Wyznając naszą wiarę, też oczekujemy jego powtórnego przyjścia. Czy aby na pewno, a gdyby rzeczywiście się nam jutro, tu w naszym grajdołku pojawił? Kto pierwszy rzuciłby w niego kamieniem? Nasze wartości też zostały już skodyfikowane, ceremoniał określony. Zupełnie nie wiem dlaczego byłego Prezydenta Komorowskiego, co by tu wiele nie mówić, człowieka kościoła, przykładnego ojca rodziny okrzyknięto bezbożnikiem. Na jego miejsce jako wzór chrześcijańskich cnót, wciśnięto nam Prezesa, Który to od sołtysa by bez problemu dostałby zaświadczenie o moralność, że z nią nic wspólnego nie ma i do pracy na PGRze się nadaje. Ktoś świadomie burzy nam system wartości, mąci nam to co dobre i wartościowe i wciska zwyczajny kit. Kotórz to czyni nam ową przyjemność? Wyborcza Z TVN em, ależ nie wystarczy posłuchać naszych ukochanych biskupów, co też mieli nam do powiedzenia w trakcie obchodów Świąt Zmartwychwstania. Nie martwiłbym się jednak kto z Kościołem walczy, czy też mu szkodzi. Mnie niepokoi to kto ten Kościół tworzy, kto jest jego filarem i przyszłością, gdzie są młodzi i kto ich z wypłoszył z kościelnych ław i życia wspólnoty.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]