Mit o rzekomej walce starego z nowym i konieczności dziejowej

Dopowiadanie sobie i gra z samym sobą w znaną z przedszkola zabawę w „głuchy telefon” to zjawisko uniwersalne, wynikające z faktu, że myślimy i postrzegamy świat przez opowieść.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Nie wiem, jak dobrze pamiętane są dzisiaj żarty o Radiu Erewań, parodiujące „alternatywną prawdę” z propagandy ZSRR. Jeden z nich na pewno solidnie przeżył ten ustrój i bywa przytaczany do dzisiaj. Słuchacze pytają: czy to prawda, że w Moskwie rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: Tak, to prawda. Tylko że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną.

To, że akurat ten żart przetrwał, wydaje mi się nieprzypadkowe, bo nadaje się na ilustrację tego, jak czasami rozpowszechniają się i utrwalają opowieści, po drodze przekształcając się kilkadziesiąt razy tak, że nie przypominają już wcale oryginału. Nieustannie nadają w naszych głowach odpowiedniki Radia Erewań, które wcale nie muszą być – na szczęście! – produkcji radzieckiej. 

Akurat dopowiadanie sobie i gra z samym sobą w znaną z przedszkola zabawę w „głuchy telefon” to zjawisko zupełnie uniwersalne, wynikające z faktu, że myślimy i postrzegamy świat przez opowieść.

Jak wyjaśniał dawno temu antropolog Clifford Geertz, to kultura jest stanem naturalnym człowieka – nie da się oddzielić „kultury” od rzekomej „natury”, gdyż fizyczna ewolucja gatunku ludzkiego współistniała wraz z rozwojem jego kultury – języka, obyczaju, symboli czy zasad postępowania w grupie. Nie da się cofnąć do czasu „przed kulturą” ani poza nią wyjść. 

Elementem tego bazowego wyposażenia jest opowieść, narracja – mitologiczna, ale nie tylko – którą przed epoką pisma wyrażała mowa, pieśń czy rysunek. Nawet słynny brazylijski lud Pirahã, który żyje w teraźniejszości i bez rozbudowanych rytuałów, ma swoją kosmologię, wiarę w duchy i sny. A opowieść miewa umowny stelaż, w którym, podobnie jak samochody i rowery w żarcie o Radiu Erewań, poszczególne elementy mogą być całkiem swobodnie wymienialne.

Myślę o przykładzie, który ostatnio słyszę. 

„Dawno temu, w XIX wieku, malarze protestowali przeciwko fotografii i uważali, że to koniec sztuki!”, lubią powtarzać dzisiaj entuzjaści generatywnej sztucznej inteligencji, przekonani, że to jest nieuchronna przyszłość twórczości. 

Bycia entuzjastą czegokolwiek, nawet placków ziemniaczanych z cukrem, nikt nie zabrania (podzielanie tego entuzjazmu to oczywiście inna sprawa). Ale sama historia o malarzach to właśnie współczesne radio Erewań: coś dzwoni, ale nie w tym kościele. 

Fotografia w swych wczesnych latach nie uchodziła za zagrożenie dla malarstwa, a za rodzaj pomocniczego gotowca, wstępnego studium. Takim rzemiosłem parał się wielki fotograf Paryża Eugène Atget – szyld na jego zakładzie głosił „dokumentacje dla artystów”. Los chciał, że to w jego fotografiach szybko zauważono niepowtarzalność spojrzenia na miasto i to Atget został uznany za artystę.  

Malarz Paul Delaroche rzekomo wykrzyknął na widok dagerotypu, że to zabójczy cios dla malarstwa. Taka krąży powtarzana do dziś opinia, choć prawdopodobnie nigdy te słowa nie padły (można dla odmiany znaleźć je w „Słowniku komunałów” Flauberta, co świadczy o tym, jak tę wróżbę traktowano jeszcze w wieku XIX).

Delaroche w rzeczywistości był fotografią bardzo zainteresowany z praktycznych względów i uważał, że pomoże malarzom ćwiczyć warsztat. Fotografia portretowa nie zastąpiła nigdy malarstwa – za to przyjęła się szybko wśród ludzi, których na portret malowany nie było stać. Gdy jednak tylko mogli, starali się o podobiznę malarstwu najbliższą, unikatową – tak powstały dobrze znane z polskich (i, co ciekawe, także brazylijskich) domów monidła. 

To jest jednak wiedza słabo rozpowszechniona, w przeciwieństwie do rzekomego cytatu z Delaroche’a.

To on pobudza wyobraźnię, bo pasuje do opowieści: skoro rzemieślnicy protestowali przeciwko mechanizacji tkactwa, to malarze na pewno też musieli. A przede wszystkim pasuje do mitu o rzekomej walce starego z nowym, rzekomej konieczności dziejowej, o tym, że nowy wynalazek koniecznie musi wykorzenić poprzedni, a wraz z nim jego grzybiejących, konserwatywnych zwolenników, których opór jest daremny. Nie ma znaczenia, że to nieprawda. Jest bowiem prawda czasu i prawda monitora.

Układanie wydarzeń w następujące po sobie sekwencje, często na bazie znajomo brzmiących modeli, to sposób na organizowanie informacji, zapamiętywanie i dzielenie się. 

Bywa, że pamięć z automatu podsuwa już znane wzory opowieści. Opowiadający wierzy w nie z przekonaniem bezpośredniego i naocznego widza. Czujny folklorysta zapewne rozpozna w nich nieraz jeden z 2,5 tys. typów opowieści ludowej zawartych w klasyfikacji Aarne-Thompsona (która i tak obejmuje tylko część świata). „Mówią, że krasnoludki to przybysze z obcych planet”, rozmawiają bohaterowie starego rysunku Andrzeja Czeczota. Nie różnimy się od nich pod względem podatności na baśnie. 

A opowieści o rzekomej nieuchronności rozwoju w jednym konkretnym kierunku to zdecydowanie baśnie – pokrewne opowieściom o przeznaczeniu.

Kotek wybiera prawdę monitora // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Prawda czasu, prawda monitora