Michael Clayton

Jeśli któregokolwiek zgwiazdorów hollywoodzkich zdążyliśmy skojarzyć zideą prawdy, to zpewnością George'aClooneya. Dwa lata temu wyreżyserował film dokumentujący walkę zzakłamaniem wprzeszłości ("Good Night and Good Luck), zdobywając jednocześnie Oscara za rolę wfilmie walczącym zzakłamaniem czasów obecnych ("Syriana). Ioto teraz na plakacie "Michaela Claytona czytamy, że "Prawdę można dostosować do potrzeb. Czyżby nagła zmiana emploi?.
Czyta się kilka minut
 /
/

Tylko pozornie. Clooney gra w nowym filmie człowieka żyjącego z przeinaczania faktów; z takiego ich modelowania, by jego zleceniodawcy nie musieli ponosić odpowiedzialności za krótko- i długofalowe konsekwencje swych działań. Mówiąc krótko: gra prawnika, wynajętego przez wielką korporację.

Pierwsze ujęcia filmu od razu wprowadzają główny temat: przeciwstawienie błyszczącej fasady skorumpowanemu wnętrzu. Idealnie czyste i wypolerowane powierzchnie nowoczesnego biurowca uzupełnione są plugawym monologiem, dobiegającym zza kadru. Wniosek nasuwa się sam: świat, który oglądamy, wygląda na solidny i niezniszczalny, ale tylko dlatego, że ktoś broni go przed destrukcją. Musi być ktoś, kto łata dziury i zalepia pęknięcia - inaczej wszystko dawno by się rozpadło.

Takimi łataczami są oczywiście prawnicy. Co jednak, jeśli łatacz się zbuntuje; jeśli zamiast naprawiać - zacznie rozbierać na części? Wówczas korporacja wzywa łatacza drugiego stopnia, mającego zażegnać bunt kolegi - i kimś takim właśnie, nadmajstrem od kłamstwa, jest tytułowy Clayton.

Film portretuje proces nie tyle narodzin, ile odrodzenia się sumienia w człowieku, który dawno temu postanowił je zignorować. Kiedy ktoś nazywa Michaela cudotwórcą, on poprawia: "Jestem sprzątaczem. Usuwam cudze brudy". Ów zbuntowany prawnik, którego Michael ma udobruchać - Arthur (Tom Wilkinson) - pyta go w pewnym momencie: "Jak długo można tak żyć?".

Debiutujący reżyser Tony Gilroy nakręcił przenikliwy film o wielkim kryzysie aksjologicznym, którego objawem jest odklejenie się języka prawa od języka moralności. Tilda Swinton, jak w "Lwie, czarownicy i starej szafie", gra królową z lodem zamiast serca - tyle że tutaj z dodatkiem neurozy. Raz po raz widzimy ją, jak uczy się przed lustrem kłamliwego języka, pozwalającego na ominięcie pojęć "dobro" i "zło". To ona zleca obydwa pokazane w filmie morderstwa, a jednocześnie z jej ust nigdy nie padną słowa "morderstwo" albo "śmierć".

Cały film ukazuje, jak wiele trudu trzeba włożyć, by odnieść moralne zwycięstwo - i dopiero ostatnie ujęcie odpowiada na pytanie, czy jest to trud wart podejmowania. Michael zwycięża, milknie, odchodzi i wsiada do taksówki. Zaczynają się napisy końcowe, ale my wciąż mu towarzyszymy - twarz Michaela powoli się rozluźnia, w końcu bohater zaczyna rozglądać się na boki, wreszcie: bierze głęboki wdech.

Na pytanie o nagrodę za moralne zwycięstwo, finał "Michaela Claytona" odpowiada: nagrodą jest powrót do powszedniości. Niby żadna atrakcja, a jednak pozwala człowiekowi oddychać.

"MICHAEL CLAYTON" - scen. i reż.: TONY GILROY; zdj.: Robert Elswit; muz.: James Newton Howard, wyst.: George Clooney, Tom Wilkinson, Tilda Swinton, Sydney Pollack i inni; USA 2007, premiera: 23 listopada 2007 r.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2007