Reklama

Made by Woody Allen

Made by Woody Allen

11.03.2009
Czyta się kilka minut
Allenowski idiotyzm jest niczym innym jak tylko lekko podrasowaną wizją niewidzialnego szaleństwa bardzo poważnych czasów, w których żyjemy, tworzymy, konsumujemy. I umieramy.
J

Jest jednym z najchętniej portretowanych artystów amerykańskich. Nic dziwnego, Woody Allen to wdzięczny temat na błyskotliwy esej: inteligentny, utalentowany, ciągle twórczy. Jego nazwisko oznacza zawsze artystyczną pierwszą ligę. To także kinogeniczny wdzięk i literacka finezja, czyli cechy deficytowe we współczesnym kinie i literaturze.

"Czystą anarchię", najnowszy zbiór krótkich opowiadań Allena w świetnym tłumaczeniu Wojsława Brydaka, czyta się tak, jakbyśmy oglądali pyszną Allenowską komedię. Zdania skrzą się dowcipem, celne pointy zamykają ironiczne pasaże. Karykatura sąsiaduje z groteską, a literacka konwencja z wyborną stylizacją.

Oto Nowy Jork po postmodernistycznym recyklingu. Przedzieramy się przez gąszcz nazw ulic, miejsc i detalicznie dookreślonych lokalizacji, by w efekcie odkryć, że nowojorska śmietanka towarzyska przypomina znajome zsiadłe (towarzyskie) mleko. Straszni drobnomieszczanie mieszkają w kiczowatych domkach i pałacykach, wiedeńskie gwiazdy sprzed wieku występują w nowym musicalu pod tytułem "Fun de Siecle", komiwojażerowie z poprzedniej epoki sprzedają w ekologicznych torbach patent na lewitację, producenci z Hollywood ośmieszają pamięć Lwa Rywina, a służące piszą groźne filipiki na temat swoich gospodarzy. "Bidnick obżera się viagrą, ale te dawki przyprawiają go o halucynacje. A wtedy uważa się za Pliniusza Starszego". Między innymi dzięki takim smaczkom lektura "Czystej anarchii" to czysta przyjemność.

Nie bardzo wiadomo, kiedy przestaliśmy ich rozróżniać: Woody’ego Allena - postać filmową, i Allena Konigsberga, który tę postać wymyślił. W każdym razie dzisiaj Woody Allen jest nierozerwalnie związany z wizerunkiem, który stworzył. Portret mazgaja w mocno średnim wieku, w rogowych okularkach, z apetytem na młodzieńczą rogaciznę (Scarlett Johansson!), oraz ze stałymi elementami gry: kozetka u psychoanalityka oraz kozy w nosie wycierane ukradkiem w trakcie głupich narad intelektualnej bohemy, stanowią nie tylko trwałe logo jednego z najważniejszych twórców X Muzy, ale także wzorzec myślenia o współczesnej inteligentnej komedii. I nic się nie zmieni. A przecież sam Allen od lat próbuje niuansować ten wizerunek. Chce być poważny, nie tylko sarkastyczny - czuły i bezradny. Są to jednak marzenia Allena-filmowca, nie Allena-literata.

Lista wydanych u nas książek Allena i o nim prezentuje się efektownie. Co jakiś czas pojawiają się plotkarskie bzdury w rodzaju tomu "Woody Allen i jego kobiety", jednak większość publikacji to rzeczy warte uwagi. Tylko w minionym roku, poza "Czystą anarchią", ukazały się ciekawe rozmowy Erica Laxa z reżyserem i zbiór opowiadań Allena "Obrona szaleństwa". Wcześniej pojawiło się tłumaczenie debiutanckiego tomu Allena "Wyrównując rachunki", scenariusz jego filmowego arcydzieła "Hanna i jej siostry", a także "Skutki uboczne", "Zagraj to jeszcze raz, Sam" oraz tom opowiadań "Bez piór". Dodajmy jeszcze biografie autorstwa Erica Laxa i Grahama McCanna, a także wywiad rzekę Stiga Bjorkmana.

Nie byłoby wielkiego reżysera bez znakomitego pisarza. Woody Allen jest oczywiście świetnym fachowcem. Maska wiecznie roztargnionego, przewrażliwionego na swoim punkcie neurotyka ma się nijak do rzeczywistości. "Ludzie identyfikują mnie z moimi bohaterami, myślą, że jestem opętanym seksem, nadwrażliwym neurastenikiem, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu - mówił Allen. - To nieprawda. Jestem zwykłym facetem. Typowym przedstawicielem średniej klasy. Jem obiad o określonej godzinie i wracam na noc do domu".

Eric Lax, nie tylko biograf, ale i przyjaciel Allena, w zrealizowanym dla BBC programie "HARDtalk", mówił, że Allenowi nigdy jeszcze nie przydarzyło się, by czegoś nie wiedział na planie. Allen prawdziwy jest zaprzeczeniem Allena, którego znamy z kina - to pewny siebie perfekcjonista, który nie zaniedbując filmowej formy, ma zawsze świadomość, że żywiołem jego kina jest tekst: precyzyjny scenariusz, brawurowe dialogi, jedyne w swoim rodzaju riposty. Kiedy skrypt jest gotowy, wystarczy zaprosić wybitnego operatora (Allen pracuje wyłącznie z najlepszymi), oraz idealnie film obsadzić (jest mistrzem castingu). Sukces murowany.

Allen-pisarz narodził się, zanim usłyszeliśmy o filmowcu. Kariera Allena Konigsberga rozpoczęła się od skeczy i dowcipów, które jako nastolatek podsyłał Earlowi Wilsonowi, felietoniście "New York Timesa". Dowcipy były niezłe, rybka szybko połknęła haczyk. Allen w latach 50. był cennym źródłem inspiracji dla dziennikarzy, producentów i scenarzystów programów radiowych i telewizyjnych. "Każdy Szekspir musiał kiedyś jeść" - napisze po latach.

Pierwszy zbiór opowiadań Allena ukazał się w 1971 r., następny w 1975 r. ("Bez piór"), w 1980 r. bestsellerem były "Skutki uboczne", ale na kolejny tom - "Czystą anarchię" - czekaliśmy ponad ćwierć wieku. Być może Allen był zbyt zajęty realizowaniem filmów, zgodnie z żelazną zasadą: jeden nowy tytuł na rok - w każdym razie powrócił w znakomitym stylu.

Podobnie jak we wcześniejszych książkach, w "Czystej anarchii" Allen jest przede wszystkim wybornym humorystą, istnym gejzerem karkołomnych pomysłów, które w rękach innego pisarza zamieniłyby się w grubymi nićmi szyty slapstick, ale dzięki specyficznej frazie Allena stają się wyrafinowanym literackim konceptem. Jego proza to rzeczywiście czysta anarchia: Nietzsche pisze książkę o diecie; trwają rozpaczliwe poszukiwania białych trufli, które były marzeniem Goeringa; Immanuel Kant dopytuje się, jak smakuje "guacamole"; a cierpiący na depresję Kaczor Donald zażywa prozac. Każdy literacki absurd zyskuje jednak życiowy naddatek, który pokazuje, że Allenowski idiotyzm jest niczym innym jak tylko lekko podrasowaną wizją niewidzialnego szaleństwa bardzo poważnych czasów, w których żyjemy, tworzymy, konsumujemy. I umieramy.

Opowiadania Allena przypominają o klasie "New Yorkera", tygodnika, w którym wiele spośród zamieszczonych w "Czystej anarchii" tekstów miało swój pierwodruk. Wydawanemu od 1925 roku pismu udaje się utrzymywać zaskakująco wysoki poziom. Tym zaś, co szczególnie je wyróżnia na tle innych, nie tylko amerykańskich, czasopism, jest błysk inteligentnej ironii. Maria Kornatowska, niezrównana znawczyni tajemnic Nowego Jorku, w "Rozmyślaniach przy makijażu" pisze, że w "New Yorkerze" nawet reklamy wyglądają inaczej: wyłania się z nich "obraz określonego stylu życia, wartości, które powinno się pielęgnować, które decydują o jakości i urokach egzystencji".

Allen współpracuje z "New Yorkerem" od ponad czterdziestu lat. W 1966 r. debiutował jako reżyser, w tym samym czasie na Broadwayu wystawiono jego sztukę, a w "New Yorkerze" ukazał się pierwszy skecz. Opublikował w tygodniku dziesiątki doskonałych opowiadań, które układają się dzisiaj w zadziorną i prowokującą kronikę zmian zachodzących w american dream.

"Czysta anarchia" to kwintesencja stylu "New Yorkera". W prozie Allena rodzajowe bon moty mają siłę mądrych przysłów, aluzje i złośliwości są niezmiennie obwarowywane stłumionym gogolowskim śmiechem. Ale nawet anarchizujący, rozumiejący Gogola i Bergmana autor zna swoje miejsce w mainstreamie. Wie, czego spodziewają się po nim widzowie i czytelnicy. W osiemnastu zamieszczonych w tomie opowiadaniach odnajdziemy samych dobrych znajomych: aktorki bez przyszłości, pisarzy z nieciekawą przeszłością, scenarzystów bez ikry, a także smaczne dysertacje o rozkoszach jedzenia i trawienia, szydercze wstawki dotyczące tak zwanej kondycji intelektualnej typowego przedstawiciela nowojorskiej bohemy, który zazwyczaj okazuje się typowym dyletantem.

Bo, jak celnie zauważa Allen, nasze życie od dawna jest niczym więcej jak lichym, niedbale powtórzonym cytatem. Wszystko już dawno zostało powiedziane, napisane i zrealizowane. Konsument w świecie kultury najadł się do syta. Teraz wraca do dawnych przysmaków i wyostrza zapamiętane niegdyś szczegóły, żeby na ich bazie kreować starą-nową treść. Plagiatujemy wytrwale: siebie i innych, bo najlepiej wychodzą nam "bukoliczne wstawki ? la Turgieniew", stosunkowo najsłabiej liryczne wstawki selon moi. "Ja" wymieszało się z "my", "wy", "oni": zginęło w tej masie - coraz trudniej o arcydzieła, genialne filmy, ponadczasowe lektury. Coraz trudniej o nowego Allena. I czystą anarchię.

Woody Allen, Czysta anarchia przeł. Wojsław Brydak, Poznań 2008, Dom Wydawniczy Rebis.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]