Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Łza pamięci

Łza pamięci

14.10.2013
Czyta się kilka minut
„Grochów” Andrzeja Stasiuka to z jednej strony niewielka, niespełna stustronicowa książeczka, cztery opowiadania poświęcone przywołanej z przeszłości babce, umierającemu psu, dwóm odeszłym przyjaciołom.
Z

Z drugiej: to jeden z najbardziej poruszających i zapadających w pamięć utworów znakomitego pisarza, na pewien sposób esencja jego dojrzałej twórczości. A także – mówiąc nieco patetycznie – zapis miłości do tego, co przeminęło, do istnień, które trwają jeszcze tylko dlatego, że są pamiętane. Łza pamięci, wzbierająca w zakamarkach oczu.
Opowieść tytułowa mówi o dzieciństwie spędzonym na warszawskiej Pradze, o losie ojców, których codziennie pożerała czeluść fabryki, o synach, w których żarzył się głód ucieczki, niepozwalający oderwać oczu od torów kolejowych. I o przyjacielu z tamtych lat, który teraz, po dekadach, wie, że wkrótce umrze, i z którym można już tylko wyruszyć na ostatnią, jeszcze przedśmiertną włóczęgę.
Gdy dorastający na Grochowie chłopak testował schodzące z taśmy fabrycznej fiaty 125, wędrując w nieskończoność jedynie na elipsie zamkniętego toru, zaś jego kolega – wygłaszający teraz tę pozbawioną patosu i czułostkowości pieśń żałobną – przyglądał mu się z zazdrością z wysokiego okna kombinatu, obaj byli pewni, że są „bohaterami opowieści, która nigdy się nie skończy”. Dziś pierwszy z nich zda się coraz bledszy, bardziej znikliwy, jakby rzeczywiście – nie tylko w naszych metaforach – przechodził na stronę cienia. Drugi zaś – nadal zdrowy i silny, pożerający japońską terenówką tysiące słowackich, węgierskich, rumuńskich czy albańskich kilometrów – zaczyna rozumieć, że nie ucieknie: „trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie? Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych? Odganiam, opędzam się, umykam?”.
Taka ucieczka nie udała się bohaterowi innego opowiadania, Augustynowi, który po wylewie dożywa dni w szpitalu, z rzadka dając niewielki znak świadomości, częściej pozostawiając przyjaciół z rachunkiem sumień, poczuciem, że gdy był jeszcze na to czas, poświęcili mu go zbyt mało. Za mało wypowiedzianych słów, wysłuchanych zdań, zadanych pytań, bo teraz „najgorszy był ten nieruchomy wzrok. Wydawało się, że patrzy przez nas na wylot. Bałem się. Czasami jest tak, że zapatrzymy się w oczy psa i nagle dostrzegamy w nich nicość. To było coś takiego”. Pozostała tylko najprostsza forma czułości – przytulenie, głaskanie, dotyk. Ten sam dotyk, którym przedostajemy się przez granicę dzielącą nas od zwierzęcia, także wtedy, gdy zwierzę, niedawny przyjaciel, towarzysz spacerów – zdycha. Jak ta szesnastoletnia suka, która – w najbardziej wzruszającej części książki – straciła już słuch, wzrok i węch, leży tylko na werandzie w ciepłej plamie słońca jak szkielet okryty brudną żółtą watą, ale „głaskanie i dotyk wciąż ją cieszą”.
Czy pozostaje tylko śmierć? A może jest tu też jakiś ślad nadziei, gdy „suka zjadła i znów zwinęła się w kłębek w swojej norze ze śpiworów i koców. Nasz młody, bury kot wchodzi za nią i zwija się obok w cieple jej stygnącego ciała”? Taką nadzieję, a raczej pewność, miała stara kobieta z otwierającej „Grochów” opowieści: babka z oświetlonej lampą naftową chaty w osikowym zagajniku gdzieś na Podlasiu, dla której granica między światem naszym a tym drugim, innym, była mało ważna, co rusz przekraczana. Dla niej umarli żyli nadal, przechodzili miedzą, zaglądali do chaty i nie było w tym niczego zaskakującego.
Jeśli mimo wszystko jesteśmy – jak mówił niegdyś Herbert – stróżami naszych braci, to co możemy zrobić, gdy bracia ci odejdą? Odstaną? Zaprzepaszczą się gdzieś w ciemności? Musimy ich „zawołać po imieniu”, powinniśmy ich opowiedzieć. Andrzej Stasiuk – ze wzruszającą piękną prostotą – próbuje ocalić choć drobinę bytu – na przekór codziennej korozji, diabelskiej pustce, blademu nicestwieniu.
Andrzej Stasiuk, „Grochów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]