Czasami potrzebny jest ktoś, kto z nami po prostu będzie. Kto będzie chciał posiedzieć w tej ciemnej dolinie, nie ucieknie, nie odbierze nam prawa do żalu czy rozpaczy.
Artur Sporniak: Boimy się spotkania z ludźmi ciężko chorymi. Odruchowo przed nimi uciekamy, szukając powodów usprawiedliwiających: że sytuacja nas przerasta, że zamiast ich pocieszać, jeszcze bardziej ich przygnębimy.
Agnieszka Janiak: Uważam, że nie tyle uciekamy, co czujemy się właśnie bezradni. Kultura już nam nie podpowiada, co trzeba robić w sytuacjach niecodziennych. Wyzwoliliśmy się od determinizmu religii, a to ona regulowała, co należy zrobić, jak się urodzi dziecko, gdy człowiek zmienia przynależność rodzinną, osiąga dorosłość czy zbliża się do kresu życia. To są sytuacje niecodzienne, ale bynajmniej nie wyjątkowe. W kulturze tradycyjnej, w której większość identyfikowała się ze światopoglądem religijnym, wiedzieliśmy, co robić w tych ważnych momentach. Sąsiad przychodził do domu chorego i doił jego krowy, by odciążyć rodzinę. Nie zastanawiał się nawet, czy to będzie mile widziane, czy nie. Niestety, już nie mamy takiego religijno-kulturowego gotowca zachowań. Ale jako kulturoznawca obserwuję, że jesteśmy świadkami i beneficjentami zmiany kulturowej właśnie w odniesieniu do osób bezradnych, chorych, umierających. W przestrzeni społecznej pojawiło się dużo ogólnodostępnej wiedzy, gdzie możemy się nauczyć, jak odpowiedzieć na ich potrzeby, jak wspierająco towarzyszyć.
Czy taką wiedzą dysponują także osoby zawodowo kontaktujące się z chorymi, jak lekarze czy księża? Pani ostatnia książka „Młody ksiądz wobec wyzwań komunikacyjnych” pokazuje, jak duchowny powinien rozmawiać z chorymi, by nie popaść w rutynę, ale też nie angażować się emocjonalnie, bo to grozi wypaleniem zawodowym.
Tak, „wchodzenie w cudze buty”, czyli podzielanie czyjegoś stanu emocjonalnego, potrafi być destrukcyjne. Ale istnieje coś takiego jak empatia poznawcza: nie podzielaj cudzych przeżyć, ale miej świadomość, co dana osoba przeżywa. Bo można się szybko zniechęcić, gdy chory jest agresywny albo mówi: „To ksiądz powinien tutaj na tym łóżku leżeć, bo po księdzu nikt nie będzie płakać”.
I jak ten ksiądz powinien na to zareagować?
Powinien wiedzieć, dlaczego ta osoba tak mówi. Że jest na takim etapie godzenia się z własną śmiertelnością, w którym pojawia się uogólniony gniew, bunt skierowany przeciwko sytuacji, chorobie, a nie przeciwko temu konkretnemu księdzu. On znalazł się jedynie pod ręką. Jeśli mam wiedzę, że po prostu tak jest, nie potraktuję tej reakcji personalnie. Nie powinienem podzielać tych emocji, zarażać się nimi, ale dawać przyzwolenie na ich ekspresję. Mogę powiedzieć: „Zajrzę do pana jutro”. A gdy mam większą odporność i doświadczenie, mogę próbować inaczej, np. zapytać: „A pozwoli mi pan tylko usiąść i odmówić przy sobie brewiarz?”. Czasami warto pozwolić się „przewentylować” podopiecznemu i zostać „chłopcem do bicia”, jeśli tylko ma się świadomość, że w rozżaleniu, złości, gniewie chorego nie chodzi o mnie.
Rozumiem, że w takiej sytuacji jest potrzebna dobra orientacja – na co pacjent choruje, w jakim jest stanie…
Poza wiedzą przydaje się także umiejętność obserwacji. Jeżeli idę pierwszy raz w odwiedziny do chorego, muszę zainwestować czas i chęci – a ta inwestycja zaowocuje! – po to, by zebrać podstawowe informacje, zrobić wywiad środowiskowy. Dowiedzieć się, czy podopieczny wie, w jakim jest stanie, jaka jest jego sytuacja rodzinna, kto się nim opiekuje, na kogo może liczyć. Czy są osoby, za którymi szczególnie tęskni, jaki zawód wykonywał, jakie są jego sukcesy życiowe.
A jeżeli nie zna swojego stanu? Czy trzeba go o nim poinformować?
Na pewno to nie jest zadanie księdza. Rozmowa o stanie zdrowia i rokowaniach należy do lekarza i najbliższych. W kodeksie medycznym jest zapis, że lekarz powinien poinformować pacjenta o niekorzystnym rokowaniu. Ale zdarza się, że rodzina usilnie prosi o „niepozbawianie nadziei” chorego i doświadcza on zmowy milczenia. Gdy podopieczny jest zapewniany przez najbliższych, że zaraz wyzdrowieje, a czuje się coraz słabszy, może szukać potwierdzenia na zewnątrz i pytać: „Był ksiądz w zeszłym tygodniu i jak ksiądz myśli, lepiej wyglądam?”. Odpowiada się na takie pytanie: „A jak się pan czuje?”. Gdy ksiądz jest proszony przez chorego, żeby porozmawiać z rodziną o tym, że umiera, i zapytać, czy oni też mają tego świadomość, powinien się takiej misji podjąć. Ale kluczowa umiejętność księdza w byciu przy chorym polega przede wszystkim na słuchaniu.
Słuchanie jest jedyną z czterech kompetencji komunikacyjnych, w której nie jesteśmy kształceni. Uczymy się mówić, czytać i pisać, a nie jesteśmy uczeni, jak słuchać. Ksiądz – i w ogóle każdy opiekun – powinien się tego nauczyć. My najczęściej mówimy o swoich potrzebach albo je pokazujemy. Mówił pan o onieśmieleniu w kontakcie z chorym, tymczasem nie trzeba się skupiać na swoich emocjach, tylko bardzo uważnie słuchać, co mówi osoba, która jest ode mnie zależna. Niech ona będzie dla mnie przewodnikiem po swojej bezradności.
Podczas lektury książki zaskoczyło mnie, że duży nacisk kładzie Pani na znaczenie dotyku. Mamy czasy unikania kontaktu cielesnego, a choroba obłożna to sytuacja bardzo delikatna...
Istotność dotyku jest dobrze udokumentowana badaniami naukowymi. Żyjemy w czasach taktylofobii, lęku przed dotykiem jako źródłem zagrożenia – covid ten lęk tylko utrwalił. Tymczasem dotyk jest zmysłem, który buduje relacje – oznaką bliskości, wsparcia, zaufania. To niezwykły zmysł, bo jako jedyny jest zmysłem dwustronnym – dotykając kogoś, równocześnie sami jesteśmy dotykani. Przytulając kogoś, sami na tym korzystamy. Cała nasza skóra jest jednym wielkim receptorem dotykowym. Jak można zrezygnować z dostarczania bodźców tak potężnemu zmysłowi? Dotyk buduje nasze poczucie własnej wartości – jeżeli nikt mnie nie dotyka, to znaczy, że nie zasługuję na to, ludzie się mną brzydzą.
Każda zależność – zwłaszcza choroba – marginalizuje nas, wyrzuca nas z dotychczasowego życia. Pan jest redaktorem, ja jestem wykładowcą, ktoś był dyrektorem, ktoś jest marynarzem – i nagle lądujemy w łóżku jako osoby bezradne, pozbawione sprawstwa i zależne. Stajemy się obiektem troski, opieki, pomocy w czynnościach fizjologicznych, godzącej w poczucie naszej godności. Tracimy swoje miejsce w społeczeństwie. A opiekunowie mogą nam na nowo przywrócić miejsce osoby potrzebnej, sprawczej i mającej godność. Zdarza się, że podopieczny zachowuje się nieprzyjemnie, jest np. agresywny czy intencjonalnie przykry. Powodem może być rozpacz i niepogodzenie się z tym, że choroba zabrała mu dotychczasowe miejsce w życiu społecznym. Dotykając go, na nowo osadzamy go w relacjach społecznych, niejako mówimy: jesteś ważny, jesteśmy w relacji. Można by jeszcze wiele powiedzieć o dotyku.
Na przykład?
Dotyk to zmysł, który aktywizuje się jako pierwszy. Z badań wiemy, że już sześciotygodniowe płody odczuwają dotyk. Ale jest to także ostatni zmysł, który wygasza swoją aktywność, gdy umieramy. Na starych rycinach, przedstawiających sceny umierania w chłopskich izbach, łoże chorego otoczone jest przez ludzi, którzy go dotykają. Dotykało się głowy, wierzchu dłoni, stopy. Po co? Gdy wygaszają się po kolei zmysły – wzrok, odczuwanie smaku, zapachu – dwa ostanie, które pozostają, to słuch i dotyk. Dlatego dawniej ludzie przy umierającym modlili się np. na różańcu czy odmawiając koronki albo litanie (to wszystko modlitwy, mające mantryczny rytm, który chory słyszy i czuje), po to, by miał poczucie, że nie jest sam. Ostatnim zmysłem, który jest ciągle aktywny – widać to na badaniach neuroobrazowych – jest zmysł dotyku. Do końca możemy czuć, że nie jesteśmy sami, że zasługujemy na to, by ktoś trzymał naszą rękę, towarzyszył nam. Dlatego zmysł dotyku tak mocno ustawia nas w relacjach międzyludzkich i buduje nasze poczucie godności oraz przynależności.
Nie jest dziwny dotyk kogoś bliskiego. Czy jednak jest wskazane, by ksiądz, który przychodzi z zewnątrz, także trzymał za rękę?
Nie powinien się bać, bo dotyk nie jest tylko i wyłącznie manifestacją bliskości relacji rodzinnych, ale w ogóle relacji społecznych, jak już mówiłam. Dotknięcie wierzchu dłoni, przedramienia, czoła to są gesty wsparcia, współczucia i współbycia przy drugim człowieku. Istnieje też coś takiego, jak terapeutyczne znaczenie dotyku. Ten temat pojawił się już w kształceniu lekarzy. W kształceniu pielęgniarek jest obecny od lat 60. XX wieku. Dotykanie powoduje wyrzut hormonów. Jeżeli będzie pan dotykał kogoś powyżej 6 sekund, doświadczy on wyrzutu i endorfin, i serotoniny, i oksytocyny, która działa m.in. przeciwbólowo.
A jak duchowny ma rozmawiać z chorymi? Zaleca Pani, by unikał teologicznego żargonu, nie pocieszał, nie doradzał, nie moralizował...
Ani nie powielał frazesów. Istnieją typowe pytania, które osoba bezradna, chora z dużym prawdopodobieństwem zada księdzu, bo wynikają one z cierpienia duchowego, np.: „Dlaczego akurat mnie to spotkało? Ja dobrze żyłem, a tu sąsiad pije i jest zdrowy”. Namaszczona odpowiedź – „Bóg tak chciał” – ani nie wspiera, ani nie buduje zaufania do Boga.
A jak ksiądz powinien odpowiedzieć?
Zamiast „Bóg tak chciał”, można powiedzieć: „To zapewne Boża tajemnica”. Najlepsza i najprawdziwsza jest jednak odpowiedź: „Nie wiem” – ona ustanawia pewną relację między chorym a księdzem, bliskości w niewiedzy, wobec tajemnicy. Ja nie wiem, jako chora i bezradna, i on także nie wie, jesteśmy wobec tego razem, wspólnie. Od księdza nie oczekuje się nieomylności. Od niego oczekuje się, że będzie człowiekiem komunii, czyli relacji. Najpierw relacji z Bogiem – on mi pokaże, jak ta relacja może wyglądać – ale też relacji z ludźmi.
W książce podsuwa Pani również odpowiedź: „Może to nie o pana chodzi”.
Cytuję ks. Jana Kaczkowskiego, który w konkretnej sytuacji zrozpaczonego pacjenta wielokrotnie zadającego pytanie, dlaczego go to spotkało, właśnie tak odpowiedział. Warto czasem przekierować uwagę cierpiącego: może chodzi o twoich najbliższych, żeby zrozumieli, jak wiele im dałeś. Co dla nich oznacza twoje odchodzenie?
W relacji z terminalnie chorymi najistotniejsze jest, by pamiętać, że oni wciąż żyją. Co z tego, że w cieniu śmierci? Każdy z nas żyje w jej cieniu. Im życie zdaje się krótsze, tym powinno być bardziej istotne, intensywne, przeżywane świadomie i ze smakiem – w hospicjum puckim mówi się o dbaniu o „kaloryczność życia” aż do ostatniej chwili.
Inne nieudolne i bynajmniej niepocieszające frazy to: „Czas leczy rany”; „Cierpienie uszlachetnia, cierpienie to dar”, albo popularna „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyżyki zsyła”. Jeśli tak jest, to ja bardzo dziękuję za taką miłość Pana Boga. Niech On sobie kocha kogoś innego! Cierpienie nie jest dobrem. Co najwyżej jest okazją do zrobienia dobra. Warto też nie nakazywać „Musisz być teraz silny”. Bo ja jestem kompletnie bezsilny i chciałbym, żebyś zechciał być w mojej bezsile ze mną.
Gdy osoba jest w fazie rozpaczy i gniewu, często kieruje ten gniew w stronę Boga. Ksiądz może wtedy mieć odruch obronny: „Proszę nie bluźnić!”; „Nie można się gniewać na Pana Boga!”. Jeżeli jednak wie, że chodzi o tę fazę, powinien ją po prostu przetrzymać – nie odbierać osobie chorej prawa do gniewu, pozwolić, by emocje się uwolniły. Po prostu być z nią. Czasami potrzebny jest ktoś, kto z nami po prostu będzie. Kto będzie chciał posiedzieć w tej ciemnej dolinie, nie ucieknie, nie odbierze mi prawa do mojego żalu czy rozpaczy.
W książce dzieli się Pani także własnym doświadczeniem.
Piszę podręczniki nie po to, żeby kogoś nauczać, ale żeby pokazywać istniejące i stosowane dobre praktyki. Uważam, że jesteśmy pełni współczucia, chcemy sobie towarzyszyć, chcemy pomagać i wspierać, tylko często nie wiemy jak. Paraliżuje nas poczucie bezradności, bo zwyczajnie nie wiemy, co i jak powiedzieć, jak się zachować, by realnie pomóc, a nie dodatkowo zranić. W podręczniku sięgam także po swoje doświadczenie, by pokazać, jakie gesty, których doświadczyłam w swojej żałobie, okazały się krzepiące, wspierające, niosły realną pociechę.
Pisze Pani, że ksiądz nie powinien podsycać nadziei chorego ani jej odbierać, tylko ją „podmieniać”.
Podsyca nadzieję lekceważąca fraza: „Wszystko będzie dobrze”. Nie wiemy, jak będzie. Chodzi o to, żeby ten czas, który pozostał – czy to będą dwa tygodnie, dwa lata, czy dwadzieścia lat – był czasem świadomie i sensownie przeżytym, właśnie takim „kalorycznym”. Mówiąc „będzie dobrze”, nie uspokajam chorego, tylko siebie samego. I mówię: będę z tobą wtedy, jak będzie dobrze. A przekaz powinien być taki: nie wiem, jak będzie, ale jakby nie było, będę z tobą.
Ksiądz ma możliwość przekierowania tej nadziei na szerszy zakres, np. na życie wieczne. Może też zapewnić, że w tym trudnym okresie będzie z bliskimi chorego, nie zostawi ich samych. Lęk przed śmiercią nie jest bowiem oczywisty. Warto najpierw zadać pytanie, czego tak naprawdę się boimy, czując strach przed śmiercią? Możemy bać się śmierci i bać się umierania. Jeśli boję się umierania, to czego właściwie się boję? Utraty godności, bo nie będę kontrolował swojej fizjologii? Czy tego, że będę obciążeniem dla swojej rodziny? Ludzie często boją się niekontrolowanego bólu. Jeśli rozpoznam źródło lęku, będzie można spróbować mu zaradzić. Opieka hospicyjna potrafi uśmierzać ból, wspomóc bliskich... Ale mogę też powiedzieć, że boję się właśnie śmierci, czyli niebytu…
Albo, co gorsza, że trafię do piekła.
To lęk, z którym właśnie ksiądz sobie wyśmienicie poradzi – on ma narzędzia, np. sakramenty, by z takim lękiem pomóc się zmierzyć. Ale trzeba najpierw rozpoznać, czy rzeczywiście o taki rodzaj lęku chodzi, by pomoc mogła być skuteczna.
Przy elementarnej odwadze i opanowaniu prostych kompetencji komunikacyjnych dla większości z nas umiejętne bycie z drugim jest dostępne, nawet w najtrudniejszych momentach. A przecież wtedy jest szczególnie potrzebne.

AGNIESZKA JANIAK jest kulturoznawcą, pracuje na Uniwersytecie Merito WSB w Gdańsku. Prowadzi szkolenia komunikacyjne dla księży, lekarzy, pielęgniarek oraz pracowników socjalnych. Ostatnio wydała książkę „Młody ksiądz wobec wyzwań komunikacyjnych”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















