Lato leśnych ludzi

Kto blokuje dzieciom swobodny dostęp do przyrody? Nie otoczenie, nie samochody, ale rodzice – przekonuje Basia Zamożniewicz, autorka bloga „Wielki Zachwyt”.

Reklama

Lato leśnych ludzi

Lato leśnych ludzi

03.09.2019
Czyta się kilka minut
Kto blokuje dzieciom swobodny dostęp do przyrody? Nie otoczenie, nie samochody, ale rodzice – przekonuje Basia Zamożniewicz, autorka bloga „Wielki Zachwyt”.
Antek i Michał w „Pięknościowie”, ulubionym miejscu do zabawy w lesie koło Sielca w województwie świętokrzyskim. Maj 2018 r. BARBARA ZAMOŻNIEWICZ / WIELKI ZACHWYT
W

W animowanym filmie wytwórni DreamWorks „Strażnicy marzeń” tytułowi wybrani przez Księżyc bohaterowie stoją na straży sekretów dzieciństwa. Są wśród nich m.in. Święty Mikołaj, wielkanocny Zajączek czy Wróżka Zębuszka. Do strażników dołącza również niejaki Jack Frost, Jack Mróz, ale nie do końca wie, dlaczego i co miałby w związku z tym faktem robić. W jednej ze scen Mikołaj, widząc zakłopotanie nowego kolegi, zdejmuje z półki matrioszkę z własną podobizną. Frost wyciąga z niej kolejne mikołaje i zauważa ich różne oblicza: jowialne, tajemnicze, nieustraszone, wrażliwe. Ostatnia figurka to małe, drewniane dziecko o wielkich oczach.

„Bardzo duże oczy przepełnione zachwytem! – woła właściwy Mikołaj. – Właśnie to mam w środku! Oczy, które z zachwytem patrzą na wszystko, co mnie otacza! (…) To ten zachwyt staram się dawać światu i staram się chronić go w dzieciach!”.

– Oglądaliśmy ten film i w jednej chwili zrozumiałam, że to jest to – mówi Basia Zamożniewicz, autorka bloga dla rodziców „Wielki Zachwyt”. – O to mi w macierzyństwie chodzi. O pielęgnowanie u moich dzieci tego zachwytu, który widzę w ich oczach, gdy obcują z przyrodą.

Podwórkowa banda

Wieś Sielec, powiat staszowski, województwo świętokrzyskie. Polska, której zwykle dodaje się jakieś literki w alfabecie: może B, może C. Zadbany dom, który nie rzuca się w oczy. Schowany za ogrodzeniem na końcu wąskiej drogi. Obok góry piachu i tłucznia – mąż Basi prowadzi firmę budowlaną. I jeszcze wojewódzka 757 z Opatowa na Stopnicę. Na dywanie w dużym pokoju Antek, lat dziewięć, i Michał, lat sześć, układają drewnianą kolejkę. Jest 11 przed południem, a oni w domu, nie w szkole i w przedszkolu – wiadomo, wakacje. Chociaż przyjechałem rozmawiać głównie o nich, nie będę ich za często oglądał. Któryś gdzieś mignie mi tylko w przelocie. Dzieci mają dużo ważniejsze sprawy na głowie niż obcy dorośli.

– Wróciliśmy znad morza, planowałam ich jeszcze zabrać w Bieszczady, ale nie chcą już wyjeżdżać z domu. Mają tu chyba wszystko, czego potrzebują: przyjaciół, wolność, przyrodę. Niedawno Antek wykrzyczał z entuzjazmem „Mamo! To są najlepsze wakacje w życiu!” – śmieje się Basia. – Właściwie nie wiem, gdzie śpią, albo raczej: kto danego dnia śpi pod moim dachem. Po obu stronach domu mamy sąsiadów z dziećmi w podobnym wieku. Pierwszorzędna podwórkowa banda. Dziś jest spokój, bo sąsiedzi pojechali do fryzjera.

Żeby opowiedzieć o tym, skąd wziął się „Wielki Zachwyt” w internecie, trzeba najpierw opowiedzieć o jego autorce. Wzięła się właśnie z Sielca. Jej rodzinny dom znajduje się czterysta metrów od tego, w którym rozmawiamy. Dokładnie pamięta dzień, w którym poznała swojego przyszłego męża. To był 1 września 1986 r. – mieli wtedy po sześć lat i dla obojga było to pierwsze zetknięcie z (tą samą) zerówką. Towarzyszyli sobie w dziecięcych zabawach, dziś towarzyszą w sprawach bardziej dorosłych. Pytam więc o jej prywatną mapę okolicy. Mówi m.in. o górce na działce sąsiada, gdzie dzieciaki ze wsi chodziły z sankami: – Poza tym ten las, do którego jeździmy z dziećmi, jest tym samym lasem, w którym bawiliśmy się sami. Pamiętam wyjazdy na konwalie i jagody, chociaż musiałam być wtedy mała, bo nie kojarzę we wspomnieniach konkretnych dróżek i ścieżek. Ale las się przecież zmienia.

Po liceum wyjechała z Polski, przez kilka lat żyła w Anglii, Szwecji i Belgii. Kiedy wróciła, założyła ze znajomymi fundację, której celem była aktywizacja młodzieży: – Wróciłam z Belgii po pracy z młodzieżą i widziałam, że wszystkie dzieciaki z mojej wsi siedzą pod sklepem, na przystanku albo się szwendają. Zastanawiałam się, czym ci młodzi ludzie różnią się od swoich belgijskich rówieśników. Niczym, to są tacy sami ludzie gotowi na przygodę swojego życia. Tylko tam są pieniądze i kadry ludzi zainteresowanych ich losem. A tu nie. Więc 15 ostatnich lat mojego życia to praca z młodzieżą.

Ta praca to m.in. jedyne w kraju stanowisko rzecznika młodzieży przy marszałku województwa, z którego dopiero co zrezygnowała.

Zespół deficytu natury

Kiedy w 2005 r. psycholog Richard Louv opublikował książkę „Ostatnie dziecko lasu” (pol. wyd. 2014 r.), jego ustalenia miały charakter alarmistyczny i wręcz sensacyjny. Dowodził, że współczesne amerykańskie dzieci straciły kontakt z przyrodą, która stała się dla nich bytem obcym. Nie wspinają się już na drzewa, nie łapią owadów, nie budują kryjówek i nie wypuszczają się na samodzielne wyprawy.

Kolejne pokolenia są nie tylko wychowywane w domach, ale też ograniczane do coraz mniejszej przestrzeni życiowej. Stają się ludźmi z pudełka, dziećmi z tylnej kanapy samochodu, których rodzice dostarczają jak pakunki na kolejne zorganizowane zajęcia. Pozbawia się je prawa do nudy i do samodzielnego odkrywania świata: „Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą. (...) Nasze instytucje, plany zagospodarowania przestrzeni miast, przedmieść oraz plany kulturowe nieświadomie przedstawiają przyrodę jako źródło wszelkiego nieszczęścia, a otwartą przestrzeń pozbawiają jej konotacji z radością i samotnością”.

Louv przekonywał, że efektem współczesnego modelu wychowania jest epidemia zespołu deficytu natury. Dwa lata później, jakby na zawołanie, oksfordzki słownik dla młodzieży wykreślił ze swojego zbioru kilkadziesiąt słów związanych z przyrodą – m.in. czaplę, żmiję, mniszka i zimorodka – i zastąpił je częściej używanymi z innych dziedzin, m.in. czatem, bazą danych, łączem szerokopasmowym i odtwarzaczem mp3 (czas pokazał, że słownikowa legitymizacja tego ostatniego była kulą w płot). Autorzy słownika zastrzegali, że nie próbują zmieniać języka młodych ludzi, ale reagują na to, jak on sam ewoluuje.

Wszystko to dotyczyło oczywiście Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, ale kiedy czyta się słowa Louva kilkanaście lat później w kraju nad Wisłą, łatwo przełożyć je na tutejsze realia.

– To, co jako cywilizacja robimy dziś naszym dzieciom, jest po prostu kradzieżą dzieciństwa – przekonuje Basia. Mówi, że książka Louva – i kilka innych – pozwoliła jej uporządkować pomysły na wychowanie własnych dzieci, które wcześniej podsunęła jej intuicja. – Nie wyobrażam sobie siebie samej, mojego męża czy sióstr bez tego elementu natury, swobody, wolności, jakich doświadczaliśmy za młodu. I nie chodzi tylko o dzieci wychowywane na wsi. Przecież nasi rówieśnicy z miejskich blokowisk też mieli swoje place budowy, zagajniki, podwórka, bazy i wakacje u babci, która ciągle robiła w polu, więc nikogo nie pilnowała. Wychodziło się na dwór i robiło, co się chciało.

Przekonuje, że jeśli zapytać jakiegokolwiek dorosłego o najlepsze wspomnienie z dzieciństwa, większość wskaże samotne chwile spędzane w przyrodzie.

– W czasach mojego i twojego dzieciństwa było to normą, dziś brzmi abstrakcyjnie – mówi blogerka. – Bo fakty są takie, że dziecku zawsze towarzyszy dorosły. Rano przedszkole, potem zajęcia, dom kultury, basen, bawialnia. I wszędzie ci dorośli. Dziwne czasy, prawda? Takie, w których swobodna, nieskrępowana zabawa potrzebuje swoich ambasadorów. Pojawia się więc pytanie: kto blokuje swobodny dostęp dziecka do przyrody? Kto jest pomiędzy nim a swobodą? Rodzic.


"Pięknościowo", sierpień 2019 r.

– A może bardziej otoczenie? Wszechobecne samochody… – zauważam.

– Chcesz powiedzieć: takie mamy czasy? Mąż mi tak kiedyś powiedział. Ale to, jakie twoje dzieci mają dzieciństwo, jest odpowiedzialnością rodziców, a nie czasów, w jakich żyją. To tylko kwestia świadomych wyborów. Ja od pewnego momentu podejmuję te wybory. I wysiłek. Wszystkim da się zarządzić, zorganizować. A nie poddawać się otoczeniu. Właśnie to próbuję przekazać ludziom na „Wielkim Zachwycie”. Bardzo dużo zależy od rodzica.

Zielona godzina

W jej wizji czas w przyrodzie nie jest czymś, co się rodzinom od czasu do czasu przydarza, zwykle przy okazji wakacji. Ma być jednym z priorytetów. – Jeśli wpisuję w kalendarz lekcję skrzypiec, angielski albo piłkę nożną, to powinnam tak samo uwzględnić zieloną godzinę. Albo dwie. I sumiennie je realizować. Miasto nie jest wymówką, każde ma mniej lub bardziej dzikie tereny zielone. Można wsiąść po południu na rower czy do samochodu i po prostu pojechać do lasu. Tam dać dzieciom wolną rękę. Wyjście w przyrodę trzeba traktować na równi z innymi zajęciami.

Problem w tym, przekonuje, że rodzice często nie widzą wartości w swobodnej zabawie w przyrodzie. Jej zdaniem patyk przegrywa z edukacyjną zabawką. Szwendanie się po lesie czy łące przegrywa z opłaconymi zajęciami dodatkowymi, bo dziecięca zabawa postrzegana jest jako marnowanie czasu.

Głównie dlatego tekst o wspinaniu się na drzewa na blogu „Wielki Zachwyt” nie jest pełnym praktycznych wskazówek poradnikiem dla dzieci (które ich przecież nie potrzebują), lecz dla mam. W duchu książki Louva przekłada w nim prostą dziecięcą zabawę na szereg przemawiających do wyobraźni rodzica korzyści. Przelicza wspinaczkę na zyski. To rozwój sprawności ruchowej, uważności, koncentracji, ćwiczenie się w ocenianiu ryzyka, budowanie poczucia własnej wartości, wyciszenie i relaks.

Na koniec przytacza jeszcze wyniki badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Północnej Florydy. Naukowcy zbadali, w jaki sposób „wspinanie się po drzewach, czołganie się, chodzenie boso, bieganie między przeszkodami wpływa na pracę pamięci operacyjnej, która jest przede wszystkim odpowiedzialna za sukcesy w nauce”. Okazało się, że już dwie godziny tego typu aktywności poprawiają wyniki badanych o połowę. A więc wspinaczka na drzewa to również gimnastyka dla mózgu. I – to jeszcze jeden poważny wniosek ze wspomnianych badań – prawda ta dotyczy tak samo dzieci, jak i dorosłych.

– Nie wyobrażam sobie swojego macierzyństwa bez codziennego kontaktu z przyrodą. Byłabym okropną mamą – przekonuje. – Pamiętam siebie z czasu „przed lasem”. Mimo że cały czas był obok mnie, to dopiero trzy lata temu weszłam do niego z pewną wrażliwością i otwartością. To był trudny moment w moim zawodowym życiu – zrezygnowałam z aktywności fundacji, którą sama stworzyłam. Ale też trudny prywatnie, bo wciąż nie mogłam odnaleźć się w macierzyństwie. To w lesie znalazłam to, czego mi wtedy brakowało: wyciszenie, wzmocnienie i zaufanie do siebie i moich dzieci. Uwielbiam być sama w lesie, ale równie mocno uwielbiam być tam z synami. Patrzę na nich i za każdym razem wzruszam się tak samo: gdy boso biegają, wspinają się na drzewa, bawią się razem patykami albo gdy zatrzymują się na wiele minut nad napotkanym chrząszczem. Albo kiedy leżą na ziemi i obserwują korony drzew. Wiem, że wtedy dzieją się rzeczy fundamentalne dla ich rozwoju i świadomości.

Woodstock dla dzieci

Jedną z najważniejszych dat w kalendarzu Basi jest 29 czerwca. To świętowany od 2009 r. Międzynarodowy Dzień Błota. Inspiracja przyszła z Nepalu, towarzyszyło jej przesłanie o charakterze pokojowym: każdy człowiek, nieważne jakiego koloru skóry, ubabrany błotem wygląda tak samo. Basia przeniosła to święto na swój grunt i nadała mu nazwę Wielki Zachwyt Błotem. Na tegoroczną edycję do świętokrzyskiego Sichowa zjechali goście z całej Polski. Na miejscu czekało na nich kilka ton ziemi i woda. Wystarczyło.

Kilka dni przed tym dziecięcym Woodstockiem skończył się rok szkolny. Pytania o przedszkole i szkołę narzucają się w tej rozmowie same. Tym bardziej że obaj synowie Basi chodzą do placówek państwowych.

– Antka wpuściłam w system jeszcze bez głębszej refleksji. Nie zastanawiałam się, czy można inaczej. Był taki okres, gdy przychodziłam po niego do przedszkola ubrana w byle co, bo od razu jechaliśmy do lasu. To był cudowny czas. Przedszkolanki najpierw chyba brały mnie za dziwaczkę, ale z czasem zaczęłam im mimochodem podrzucać pomysły: a może zasadzić ogródek, a może częściej wypuszczać ich na dwór, a może zabierać do lasu? Nauczycielka okazała się bardzo zainteresowana, powiedziała mi zresztą potem, że czuła się wypalona zawodowo, nie wierzyła w metody, które stosowała przez ostatnie 15 lat pracy nauczyciela. Może dlatego tak chętnie przystała na te zmiany? – mówi Basia, zaznaczając, że wymagały one współpracy z dyrekcją, innymi rodzicami i lokalnym nadleśnictwem.

Z czasem nauczycielka Justyna Lis z Przedszkola nr 8 w Staszowie zagościła na „Wielkim Zachwycie”, gdzie pisze: „Od dawna nie liczymy wypraw do lasu. To, że będziemy je organizować, stało się dla nas naturalne, jak każdy inny stały element pracy. Nie wyobrażam sobie dziś edukacji dzieci z dala od Natury. Przesiąknęłyśmy tą ideą do ostatniej komórki ciała i nie ma dla mnie, nauczycielki, odwrotu z tej ścieżki”.

– Ze szkołą wciąż się układam. Antek chodzi do największej w powiecie podstawówki. Marzenia o stworzeniu alternatywnej szkoły, najlepiej leśnej, okazały się dla mnie zbyt trudne do zrealizowania w tym małym świętokrzyskim miasteczku. Pozostało mi wypracowanie naszej prywatnej strategii na szkołę. Zakłada m.in. odpuszczanie prac domowych na rzecz kolejnej wyprawy do lasu albo nieobecność w szkole z powodu Święta Pierwszego Śniegu. To taki dzień, kiedy budzisz się i od razu skaczesz z radości na widok tego, co za oknem. Palimy wtedy ognisko, budujemy bałwana, rzucamy śnieżkami, idziemy na sanki – mówi.

Obcy w bazie

Barszcz, którym częstuje mnie Basia, jemy sami, bo Antka i Michała wciąż ani śladu. Mamy pójść obejrzeć bazę, nad którą pracowali z kolegami i koleżankami przez całe wakacje, ale zastanawiamy się, czy możemy to zrobić bez ich zgody. W końcu baza – rzecz święta. Trzeba znać hasło i wszystkie procedury. Wreszcie decydujemy się na złamanie panujących w dziecięcym świecie praw. Będziemy intruzami, może nas nie zauważą?

Baza to stos betonowych płyt i chaszcze kilkaset metrów od domu. Pokrzywy i dzika róża karczowane niepozornym sekatorem od ostatnich dni czerwca. Jest ociosana kłoda do zrzucania na głowę nieproszonym gościom (więc lepiej, żeby nie zauważyli), drugie, awaryjne wyjście niczym w lisiej norze, folia kryjąca zabłoconą ścieżkę i salon z okrągłym stołem z potężnego pniaka i dziewięcioma mniejszymi robiącymi za siedziska. Całość wieńczą tajemniczy kamień mocy i ukryta pod płatem falistej blachy zbrojownia pełna drewnianych mieczy i tarcz.

– Wszystko poza piłowaniem tych pniaków zrobili sami – tłumaczy Basia. – Mieliśmy z mężem pomysł, żeby zbudować im domek na drzewie. Ale po co, skoro oni sami zmajstrowali sobie coś o wiele lepszego? Zabrałam ich wczoraj wszystkich, razem z dziećmi sąsiadów, do lasu. Usiedli w kółku i zastanawiali się, czego jeszcze potrzebują do tej bazy. Podzielili się zadaniami, oceniali, które dziecko co jest w stanie wynegocjować od rodziców. Dyskretnie ich słuchałam i nie mogłam wyjść z zachwytu. Żaden obóz sportowy z najlepszym trenerem nie da im tego, co te dzieci dały sobie tego lata same.

I to byłaby pewnie najlepsza puenta naszego spotkania – dwoje dorosłych siedzi pod koniec sierpnia w krzakach i są, jak dzieci, niewidzialni dla kierowców aut śmigających pod nosem – gdyby nie facebookowy post zamieszczony przez Basię trzy tygodnie wcześniej. „Rety, rety! Minęła połowa wakacji. Czy Twoje dziecko zdążyło już zrobić wszystko z poniższej listy?”, pisze, a potem wymienia całą masę czynności. Właściwie czemu nie wymienić ich wszystkich? Przecież każde dziecko powinno latem choć raz wspiąć się na drzewo, zjeść śniadanie w lesie, pobujać w hamaku, urządzić piknik na łące, rozpalić samodzielnie ognisko, złapać żabę/mrówkę/motyla, biegać boso po trawie, spać w namiocie, zbudować bazę w parku lub lesie, zbierać muszelki na plaży, usnąć z brudnymi nogami, wykąpać się w rzece, taplać się w kałuży po burzy, zjeść owoce prosto z krzaka lub drzewa, pobawić się w pisanie liter rozpalonymi patykami w ciemności, ulepić ciasto z błota, przeciągać linę, tańczyć w deszczu, obserwować gwiazdy, zebrać kolekcję kamyków, upleść wianek, zbudować zamek z piasku, spacerować w nocy z latarkami, poturlać się z górki i jeszcze puszczać statki z patyków w rowie.

Podobną, choć jeszcze dłuższą listę, sporządzoną kiedyś przez National Trust, brytyjską organizację zajmującą się ochroną zabytków przyrody i kultury, wieńczy celna uwaga: „Wiele z tych czynności jest świetną zabawą nawet, gdy masz 81 i 3/4 lat”. ©

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor krajoznawczego zbioru esejów „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Wyd. Czarne 2017), za który...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Niestety kaleczymy nasze dzieci to fakt. W moim przypadku dotyczy to wnuków, bo dzieci to miały sporo swobody i kontaktu z naturą. Mam spory ogród, nieraz syn wypuszcza dzieci pod moje skrzydła. Nie zostawiam ich samych, ale dyskretnie obserwuje, specjalnie nie ingerując w ich zabawy. W mig babcia się orientuje, że wnuki grasują po podwórku, porzuca swe zajęcia i dołącza do maluchów i łazi niczym kwoka za nimi. Czasem idziemy na plac zabaw, ale do lasu to nie ma mowy. Jeszcze kleszcza by złapały, albo jakieś inne paskudztwo. Po kryjomu tego nie zrobię, a oficjalnie to babcia jest największym przeciwnikiem. Rodzice do lasu też nie chodzą i nie o brak czasu chodzi, po prostu po co, komary tylko rypią. Za chwilę się będziemy dziwić, że kolejne pokolenia nie maja szacunku dla przyrody, obca jest im przecież. Syn mówi, że od głupich zabaw z dzieciakami jest dziadek, on się na to nie pisze. Szkoda dzieciaków, ale to kolejny znak czasów, choć brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, i gdy mój dwuletni wnuk z podwórka wraca do domu kompletnie ufajdany ale szczęśliwy, słyszę zrzędzenie małżonki - jak będziesz tak robił to nam dzieci nie dadzą. Co rodzice na to, tego nie słyszę i nie wnikam, radość maluchów jest najważniejsza.

Mam o wiele młodsze dzieci, ale wiele z tych aktywności praktykujemy :) Mamy swoją ulubioną dolinę (mieszkamy w Beskidach), do której chodzimy na spacery i obserwujemy jak zmienia się przyroda, budujemy na strumieniu tamy, palimy ogniska, zbieramy maliny i grzyby, biegamy boso po trawie... wspinaczka na drzewa to kwestia czasu. Całkowicie zgadzam się, że rodzice (ale i dziadkowie) często blokują aktywności dzieci... one same chcą... ale wtedy słyszą "zostaw, pobrudzisz się; nie ściągaj butów, bo trawa jest mokra; nie wrzucaj kamieni do wody, bo się ochlapiesz". Osobną kwestią jest to, jak ubierane są dzieci. Do przedszkola mojego syna we wrześniowy poranek, 15 stopni, rodzice przyprowadzali dzieci w kurtkach pikowanych, czapkach i botkach za kostkę... Zastanawiam się jak je ubiorą, gdy będzie 5, lub -5 stopni.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]