"To już nie tylko wyborcy, nie tylko grupa zwolenników. To coraz bardziej odrębny świat, z własnym systemem wartości, własnymi emocjami, wiarą, własnymi bohaterami, symbolami, rytuałami. I wrogami. Naród. Naród Jarosława Kaczyńskiego". Z tym narodem, mówi Janke, jego przywódca porozumiewa się bez udziału znacznej części mediów, za pomocą internetu i przy wsparciu kilkorga niepokornych filmowców. I dopowiada: "Lud pisowski [...] ma więc własne więzi społeczne, swoje media, swoje filmy, swojego przywódcę, swoją symbolikę i swoich męczenników. Mitem założycielskim jest ich śmierć w katastrofie smoleńskiej oraz wspomnienie niezwykłych pierwszych dni po tragedii". Zakończenie jest jeszcze bardziej patetyczne; dowiadujemy się z niego, iż "Naród Kaczyńskiego nie szuka z nikim porozumienia, nie chce negocjować, nie oczekuje też niczego. Żyje własnym życiem, coraz bardziej odizolowany od reszty świata i coraz bardziej samowystarczalny. [...] Już nie jest ani zastraszony, ani zahukany. Jest pewny siebie i gotowy na długi marsz".
W słowach Jankego wyczuwam sympatię dla pisowskiego ludu, "wiernego, twardego i bojowego", oraz odrobinę dystansu. Publicysta "Rzeczpospolitej" opisuje świat "narodu Kaczyńskiego" z bliska, ale jednak nie od środka. W zasadzie jest za, trochę jednak przeciw. Co ciekawe: docenia rolę wspierających PiS filmowców, pomija zaś grupę (niemałą przecież) dziennikarzy i profesorów, których bezgraniczne poświęcenie dla prezesa znane jest dobrze i od dawna.
Cóż mogę powiedzieć, pozbawiony żarliwości kilkumilionowego (jako rzecze Janke) pisowskiego ludu? Po pierwsze: mogę powiedzieć temu ludowi, iż nazywanie samych siebie "narodem Kaczyńskiego" jest znacznym nadużyciem, podobnie jak zawłaszczanie narodowej tradycji; nie ma żadnego "narodu Kaczyńskiego" (tak samo jak nie ma "narodu Tuska" czy "narodu Napieralskiego"); można mówić o narodzie polskim, ale przynależność do niego nie ma związku z partyjnymi legitymacjami. Po drugie: mogę powiedzieć temu ludowi, że nie wierzę w Jarosława Kaczyńskiego jako męża opatrznościowego; że nie wierzę w mit założycielski jego ruchu; że nie wierzę w pisowskie symbole i rytuały. Po trzecie: mogę powiedzieć, że opisani przez Igora Jankego wyznawcy prezesa PiS-u bardziej niż naród przypominają pseudo-religijną sektę, a Jarosław Kaczyński jest nie tyle wodzem, ile fałszywym prorokiem.
A jeśli "długi marsz" Kaczyńskiego i jego ludu zakończy się wygraniem wyborów? Cóż, jeśli tak się stanie, to trzeba będzie każdego dnia przypominać prezesowi PiS-u, że nie jest to władza na zawsze. Zresztą: nie sądzę, by on sam tego nie wiedział.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















