Reklama

Którzy łakną sprawiedliwości...

Którzy łakną sprawiedliwości...

25.07.2006
Czyta się kilka minut
Większość myślicieli jako przypadki "niesprawiedliwości społecznej wymienia "wysokie bezrobocie, "nierówność dochodów bądź "brak środków do życia. Tymczasem jeśli sprawiedliwość społeczna jest cnotą, można ją przypisać tylko zamierzonym działaniom osób, nie zaś systemom społecznym. W przeciwnym razie skupiamy się nie na cnocie, lecz na władzy.
W

W roku 1999 obchodziliśmy setną rocznicę urodzin Friedricha von Hayeka (1899-1992), którego całe dzieło - obfity wkład w dorobek myślowy XX wieku - było głosem ciągłego i żywiołowego sprzeciwu wobec większości dominujących sposobów użycia terminu "sprawiedliwość społeczna". Nigdy nie spotkałem pisarza - religijnego czy filozoficznego - który wprost odpowiedziałby na tę krytykę. A jeśli chce się w naszych czasach właściwie zrozumieć owo pojęcie, nie ma lepszego punktu wyjścia niż dzieło człowieka, który własnym życiem i postawą intelektualną ucieleśniał tę powszechnie mylnie rozumianą cnotę.

Spóźniona cnota?

Kłopoty zaczynają się już w warstwie znaczeniowej. Hayek wypomina, że o sprawiedliwości społecznej napisano całe książki i rozprawy, nieodmiennie jednak unikając jej zdefiniowania. Przyzwala się w ten sposób na rozmywanie znaczenia, tak jakby każdy umiał ją rozpoznać, gdy tylko się gdzieś objawi. Problem wydaje się nieunikniony. Z chwilą, gdy podejmuje się próby zdefiniowania sprawiedliwości społecznej, natychmiast natrafia się na trudności intelektualne. Najczęściej staje się ona terminem o funkcjonalnym znaczeniu: "coś, przeciwko czemu potrzebujemy ustawy". Innymi słowy, okazuje się instrumentem ideologicznego zastraszenia w celu zdobycia władzy przy pomocy przymusu prawnego.

Hayek wskazuje też na inny defekt XX-wiecznych teorii sprawiedliwości społecznej. Większość autorów utrzymuje, że używa tego terminu dla nazwania cnoty (w ich mniemaniu: moralnej). Lecz najczęściej zaraz potem formułują opisy odnoszące się do bezosobowych stanów rzeczy - jako przypadki "niesprawiedliwości społecznej" wymieniając np. "wysokie bezrobocie", "nierówność dochodów" bądź "brak środków do przeżycia". Hayek zaś dociera do sedna sprawy: sprawiedliwość społeczna albo jest cnotą, albo nie. Jeśli zaś jest, można ją bez popełniania błędu przypisać tylko przemyślanym i zamierzonym działaniom indywidualnych osób. Tymczasem używający tego terminu przypisują go najczęściej nie jednostkom, lecz systemom społecznym. Mówią o "sprawiedliwości społecznej" jako o zasadzie ustanawiającej porządek. Ponownie skupiając się nie na cnocie, lecz na władzy.

Termin "sprawiedliwość społeczna" użyty został po raz pierwszy w 1840 r. przez sycylijskiego duchownego Luigiego Taparelli d'Azeglio, istotną rangę nadał mu zaś Antonio Rosmini-Serbati w dziele "La Costitutione Civile Secondo la Giustizia Sociale" (1848 r.). John Stuart Mill trzynaście lat później nadał temu antropomorficznemu podejściu do pytań społecznych status niemal kanoniczny dla nowoczesnych myślicieli, pisząc w dziele "Utylitaryzm": "Społeczeństwo traktować winno jednakowo wszystkich, którzy na to jednakowo zasłużyli - to jest, którzy zasłużyli sobie na to absolutnie. Jest to najwyższy abstrakcyjny standard społecznej i rozdzielczej sprawiedliwości, w stronę którego w najmożniejszym stopniu zmierzać powinny wszystkie instytucje i wysiłki wszystkich cnotą obdarzonych obywateli" [podkr. autora].

Mill wyobraża sobie sytuację, w której społeczeństwa mogą być szlachetne w taki sam sposób jak jednostki. Być może w wysoko spersonalizowanych społeczeństwach typu starożytnego takie podejście było zasadne - na przykład pod władzą królów, tyranów czy wodzów, gdzie jedna osoba podejmowała wszystkie kluczowe decyzje o wymiarze społecznym. Co ciekawe jednak, zapotrzebowanie na termin "sprawiedliwość społeczna" nie istniało aż do czasów prawie nam współczesnych, kiedy to bardziej złożone społeczeństwa zaczęły funkcjonować przy pomocy bezosobowych reguł, stosowanych w jednakowym stopniu wobec wszystkich znajdujących się "w mocy prawa".

Nakaz i wola

Narodziny koncepcji sprawiedliwości społecznej zbiegły się w czasie z dwoma "przesunięciami" w ludzkiej świadomości: "śmiercią Boga" i nastaniem idei gospodarki nakazowej. Gdy "umarł" Bóg, zaczęto ufać próżnemu rozumowi i jego pysznej ambicji, by uczynić to, czego nawet Bóg nie zechciał uczynić: skonstruować sprawiedliwy i słuszny porządek społeczny. Przyznanie rozumowi cechy boskości znalazło swe rozwinięcie w gospodarce nakazowej: rozum (nauka) miałby dowodzić, a ludzkość - zbiorowo za nim podążać. Śmierć Boga, nastanie władztwa nauki i gospodarka nakazowa zaowocowały "socjalizmem naukowym". Tam, gdzie rządziłby rozum, rządziliby intelektualiści (przynajmniej tak się niektórym wydawało; w rzeczywistości rządziliby miłośnicy władzy).

Z powyższego toku rozumowania wynika, że "sprawiedliwość społeczna" znajdowałaby naturalną konsekwencję w gospodarce nakazowej, gdzie jednostkom mówi się, co mają robić, a więc zawsze można wskazać odpowiedzialnych i tę odpowiedzialność egzekwować. Pogląd ten zakłada, że ludzie kierują się raczej szczegółowymi wytycznymi z zewnątrz niż zinternalizowanymi regułami sprawiedliwego postępowania. Wynika z tego wprost, że żadnej jednostki nie można nazwać odpowiedzialną za swoje położenie. Dochodzenie jej odpowiedzialności byłoby w istocie rzeczy "obwinianiem ofiary". Funkcją "sprawiedliwości społecznej" jest obwinianie Innego, obwinianie systemu, obwinianie wreszcie mitycznych "onych", którzy są u władzy. Jak wyrokował Leszek Kołakowski w swojej historii komunizmu, fundamentalny paradygmat ideologii komunistycznej jest skazany na powszechną popularność: "cierpisz - twoje cierpienie powodują potężni oni - ciemiężycieli należy zniszczyć". Hayek zauważa, iż potrzebujemy składać na kogoś odpowiedzialność, nawet jeśli zauważamy, że to absurdalne.

Nie mylimy się - przyznaje jednak Hayek - w poczuciu, że efekty indywidualnych wyborów i otwartych procesów zachodzących w wolnym społeczeństwie nie podlegają dystrybucji zgodnej z powszechnie zrozumiałą zasadą sprawiedliwości. Zasłużeni bywają tragicznie nieszczęśliwi, źli radzą sobie świetnie, szlachetne idee nie znajdują echa, a ci, którzy je wspierali, niezależnie od tego, jak zacna była ich wizja, tracą wszystko. Ale system dowartościowujący zarówno metodę prób i błędów, jak i wolny wybór, nie może gwarantować wyników z góry. Co więcej, żadna jednostka (a już z pewnością żadne politbiuro, komisja parlamentarna czy partia) nie może stworzyć zasad, które traktowałyby każdego według jego zasług czy nawet potrzeb. Nikt nie dysponuje wystarczającą wiedzą o istotnych osobistych uwarunkowaniach jednostek, a zgodnie z tym, co pisał Kant, żadna zasada ogólna nie zdoła objąć wszystkich szczegółów.

Hayek dokonał jednakże wyraźnego rozróżnienia między tymi przejawami niesprawiedliwości, które wiążą się z łamaniem ogólnie przyjętej zasady słuszności, a tymi, których nikt nie zaprojektował, nie przewidział czy do nich nie dążył. Pierwszy typ zasługuje na ostre potępienie moralne. Nikt nie ma prawa łamać reguł - wolność nakłada wyjątkową odpowiedzialność moralną. Drugi typ, jako że nie wynika ze świadomych czy zamierzonych działań, wydawał się Hayekowi nie kwestią moralną, lecz nieuniknioną cechą wszystkich społeczeństw i samej natury. Gdy etykietowanie niefortunnych zjawisk jako "aktów niesprawiedliwości społecznej" prowadzi do ataku na wolne społeczeństwo, z zamierzeniem przekształcenia go w społeczeństwo sterowane nakazami, Hayek nieodmiennie sprzeciwia się takiemu nadużyciu. Jego wstręt do tego rodzaju myślenia tłumaczy choćby historyczna dokumentacja gospodarek nakazowych nazizmu i komunizmu.

Wszyscy dla wszystkich

Hayek zauważył, że z końcem XIX wieku, gdy termin "sprawiedliwość społeczna" zyskał na znaczeniu, używano go najpierw jako apelu do klas rządzących, by zatroszczyły się o potrzeby nowo powstałych mas chłopów przesiedlonych do miast jako robotnicy. Co do tego nie zgłaszał sprzeciwu. Protestował natomiast przeciw beztroskiemu rozumowaniu. Beztroscy myśliciele zapominają, że sprawiedliwość jest społeczna z definicji. Tego rodzaju beztroska staje się kategorycznie destrukcyjna z chwilą, gdy określenie "społeczny" przestaje dotyczyć efektów szlachetnych działań wielu jednostek, zaczyna natomiast opisywać utopijny cel, do którego wszystkie instytucje i jednostki pod przymusem "w najmożniejszym stopniu zmierzać powinny". W tym wypadku "społeczne" w "sprawiedliwości społecznej" odnosi się nie do czegoś, co powstaje organicznie i spontanicznie w wyniku zachowania przestrzegających reguł jednostek, lecz do abstrakcyjnych idei narzuconych z góry.

Biorąc pod uwagę energię, z jaką Hayek sprzeciwiał się pojęciu sprawiedliwości społecznej, może się wydawać dziwne, że on sam - jak zapewniał - ją praktykował - nawet zważywszy, że chodzi o "sprawiedliwość społeczną należycie rozumianą". Nie zmienia to faktu, że Hayek jednoznacznie widział w swoim powołaniu myśliciela służbę innym ludziom. Pomaganie innym w zrozumieniu, gdzie tkwi klucz do wolnego i kreatywnego społeczeństwa, oznacza zapewnienie im wielkiej korzyści. Swego intelektualnego dzieła Hayek nie traktował tylko jako wąsko rozumianej prywatnej sprawy, mierzył on bowiem w dobro całej ludzkiej rodziny. Była to praca nad sprawiedliwością w wymiarze społecznym - innymi słowy, praca nad cnotą. A więc, by zrozumieć, czego Hayek dokonał, potrzebujemy koncepcji sprawiedliwości społecznej, której on sam nigdy nie rozważał.

Należycie rozumiana sprawiedliwość społeczna to szczególny odruch sprawiedliwości, która jest społeczna w dwóch znaczeniach. Po pierwsze, wymaga umiejętności inspirowania innych, pracy z nimi i organizowania ich, w celu wspólnego wypracowania sprawiedliwości. To elementarne umiejętności w społeczeństwie obywatelskim, dzięki którym wolni obywatele praktykują samorządność poprzez czynienie dla siebie samych (czyli bez zwracania się do rządu) tego, czego potrzebują. Uczestniczący w tym obywatele przeważnie tłumaczą swoje wysiłki jako próbę zrekompensowania wszystkim tego, co otrzymali od wolnego społeczeństwa, bądź sprostania obywatelskiemu zobowiązaniu do myślenia i działania na własną rzecz. Ze względu na fakt, że działalność ta pełniona jest wraz z innymi, można rozumieć ją jako szczególny typ sprawiedliwości - wymaga ona szerszego zakresu umiejętności społecznych niż akty sprawiedliwości indywidualnej.

Po drugie zaś, należycie rozumiana sprawiedliwość społeczna ma na uwadze dobro społeczności, a nie tylko dobro jednego działającego podmiotu. Obywatele mogą, jak w czasach pionierskich, skrzyknąć się, by założyć razem szkołę czy zbudować most. Mogą w nowoczesnym mieście stworzyć własne struktury, by organizować charytatywne wyprzedaże, naprawić plac zabaw, zadbać o otoczenie bądź dla miliona innych celów, które podpowiada im społeczna wyobraźnia. A zatem drugie znaczenie społecznego wymiaru sprawiedliwości polega na tym, że tak jego cel, jak i forma dotyczą przede wszystkim dobra innych.

***

Optymistycznie nastrajający aspekt omawianej cnoty tkwi w jej ideologicznej neutralności. Otwartą tak dla lewicy, prawicy, jak i dla centrum - sprawiedliwość społeczną można realizować na polu literackim, naukowym, religijnym, politycznym, ekonomicznym, kulturalnym, sportowym itd., w całym spektrum ludzkich aktywności społecznych. Cnota sprawiedliwości społecznej pozwala ludziom dobrej woli sięgać po różne - nawet przeciwne do własnych - praktyczne oceny tego, jaka jest materia wspólnego dobra (a więc celów), i tego, jak je osiągnąć (środków). Takie różnice to dziedzina polityki.

Należy wykluczyć każde takie zastosowanie pojęcia "sprawiedliwość społeczna", które nie odnosi się do zachowań (a więc cnót) jednostek. Sprawiedliwość społeczna albo jest cnotą, atrybutem jednostek, albo jest fałszerstwem. I jeśli Tocqueville ma rację, twierdząc, że "zasada stowarzyszania się jest pierwszym prawem demokracji", to sprawiedliwość społeczna jest pierwszą cnotą demokracji, jako że jest nawykiem stosowania w codziennym życiu właśnie zasady stowarzyszania się. Jak pisał Hayek, lekceważenie tego faktu ma konsekwencje moralne:

"Największa słabość naszych czasów tkwi w tym, że brakuje nam cierpliwości i wiary do budowania dobrowolnych organizacji dla realizacji wysoko cenionych przez nas celów, a zamiast tego natychmiast zwracamy się do rządu, by przymusem (bądź środkami wynikającymi z przymusu) dokonał tego, co wydawałoby się pożądane dla mas. Wszelako nic nie może mieć efektu bardziej zabójczego dla autentycznej partycypacji obywatelskiej niż to, gdy rząd, miast wyłącznie dbać o niezbędne ramy spontanicznego wzrostu, staje się monolityczny i przejmuje dowodzenie w zaspokajaniu wszystkich potrzeb, które można zaspokoić jedynie wspólnym wysiłkiem wielu".

Przełożył Michał Kuźmiński

Michael Novak jest amerykańskim politologiem, ekonomistą i teologiem. Wykładał m.in. na Uniwersytetach Harvarda, Syracuse i Notre Dame. W swych pracach zajmuje się związkami społecznej nauki Kościoła ze współczesną myślą ekonomiczną. Jego najsłynniejsza książka to "Duch demokratycznego kapitalizmu". Jego teksty i felietony publikował wielokrotnie "Tygodnik Powszechny".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]