Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kto tłumaczył?

Kto tłumaczył?

24.06.2014
Czyta się kilka minut
Przekład przestaje być traktowany jedynie jako pomoc dla oryginału i jego kopia, a tłumacz jako rzemieślnik-pośrednik. Przekład to pisanie literatury po polsku.
T

To pytanie zbija z tropu nawet zagorzałych miłośników literatury, o studentach kierunków filologicznych nie wspominając. „Kto tłumaczył?”. Czy to ma znaczenie? Księgarnie internetowe i portale wydawnicze do niedawna nie podawały tej informacji, a i teraz nie jest to regułą. Na okładkach wydanej przez Agorę serii audiobooków „Mistrzowie słowa” odpowiedzi na pytanie „kto tłumaczył?” zwyczajnie nie ma. Dostojewski, Flaubert i Hemingway, jak wiadomo, pisali po polsku. Podobnie zresztą Borys Akunin, którego matka – co pisarz wspomina w zabawnym i pouczającym szkicu („Gazeta Wyborcza”, przeł. K. Szymańska) – chciała, żeby był lekarzem, a jak nie lekarzem, to tłumaczem literatury. Nieutalentowany w zakresie nauk przyrodniczych Akunin został więc tłumaczem, choć, jak się miało okazać, niedrukowanym: „Za publikę służyli mi przyjaciele. Oni byli niedrukowanymi pisarzami i poetami, ja – niedrukowanym tłumaczem”. Trzeba od razu dodać, że w celach zarobkowych przyszły autor bestsellerów trzaskał przekłady umów i aktów notarialnych, co zresztą jest prozą życiową niejednego tłumacza literatury. Choć zwykle są to tłumacze drukowani.
Rynek tłumaczeń literackich w Polsce jest bowiem całkiem spory. Według analizy przeprowadzonej na zamówienie Instytutu Książki, w roku 2012 na 5223 wydane w Polsce tytuły literatury pięknej dla dorosłych 2249 – czyli 43 proc. – stanowiły przekłady. Ogółem w 2012 r. w Polsce wydano 6688 tytułów tłumaczonych.
Tłumacze są więc autorami niemal połowy tekstów, jakie trafiają na polski rynek. „Kto tłumaczył?” staje się pytaniem zasadniczym. Ci, którzy robią to po mistrzowsku, są gospodarzami naszych wyobraźni, odpowiadają za nasze czytelnicze olśnienia. Ci zaś, którzy robią to źle... no cóż, przekonują nas, że ten czy inny pisarz jest nudziarzem, nie wiadomo, o co mu chodzi, czemu takie dziwne zdania pisze, i w ogóle za co dostał tego Bookera czy innych Goncourtów...
Nagrody dla pisarzy stały się w naszym poddanym dyktatowi marketingu świecie kluczem do literackich kanonów współczesności. Książki finalistów najważniejszych zagranicznych konkursów trafiają do nas w rytmie godnym nowych kolekcji globalnych sieci odzieżowych. Przekład musi ukazać się natychmiast, bo tytuł przestanie być na topie. Książki pisane nieraz latami, będące nierzadko majstersztykiem stylu, kaskadą erudycji i fajerwerkiem inteligencji, tłumaczone są w – dajmy na to – osiem tygodni, byle zdążyć na Gwiazdkę, na Targi, na termin karkołomnie podpisanej umowy, przed piratami, którzy umieszczą amatorską wersję w sieci. Szybko, tanio i... hm, oddając wszystkie walory wersji oryginalnej. „Kto (tak) tłumaczył?”.
Akunin pisze o tłumaczeniu do szuflady: „To był najbardziej idylliczny okres mojej kariery translatorskiej. Czysta sztuka nieskażona chciwością. Kochałem każdą minutę spędzoną nad tłumaczeniem. (...) Gdy w późniejszych latach musiałem przekładać szybko, z niecierpliwym wydawcą na karku, czułem się, jak gdybym rozlewał dobre wino, pospiesznie opróżniając butelkę wielkimi łykami”. Cóż, dla dzisiejszych tłumaczy to mrzonki. A jednak jeśli owe 43 proc. beletrystyki ma mieć sens dla czytelników i wartość dla kultury – tłumaczenie to wszak budowanie mostów – to nie może być zgody na naszkicowaną wyżej filozofię praktyczną tłumaczenia rynkowego.
Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić; z rynkiem i jego prawami walczyć jest trudno, a nawet chyba bez sensu. Dlatego tak wielkie znaczenie mają inicjatywy, które bez rejtanich gestów, krok po kroku zmieniają sytuację tłumaczy i tłumaczeń. Kapitalna jest rola przedsięwzięć edukacyjnych; duże znaczenie mają także i te działania, które nie negują mechanizmów marketingowych, ale zaprzęgają je do roboty w dobrym celu.
Tak działają nagrody dla tłumaczy, których jest u nas coraz więcej. Dzięki nim nie tylko wiadomo, kto tłumaczył, ale nawet jak wygląda i mówi, oraz jaka jest suma czeku, który zostanie mu lub jej wraz z nagrodą przekazany. Jeszcze parę lat temu zacne i cenione wyróżnienia dla tłumaczy były wydarzeniami branżowymi, a wspomniany wyżej czek starczał (z lekką przesadą) na kolację dla zebranego grona. Teraz to się szczęśliwie zmienia.
Tego lata nowym wydarzeniem jest Nagroda Literacka GDYNIA (50 tys. zł), po raz pierwszy przyznawana również w kategorii „przekład na język polski”. Gest ten oznacza, że przekład przestaje być traktowany jedynie jako pomoc dla oryginału i jego kopia, a tłumacz jako rzemieślnik-pośrednik. Przekład to działalność literacka, pisanie literatury po polsku.
Co mogą zmienić te laury w sytuacji przekładu w Polsce? Cóż, nie rozwiążą problemów, nie spowodują, że z dnia na dzień skończą się złe praktyki, nie podniosą automatycznie poziomu przekładów i ich edycji ani świadomości, czym jest twórczość przekładowa. A jednak mają wielkie znaczenie: tłumacze przestają być anonimowi, i to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale jako środowisko twórcze. Owe 2249 nowych tytułów co roku powstaje dzięki pracy potężnej grupy twórców, którzy piszą dla nas po polsku tak wiele dobrych książek. Wkładają w nie swoje talenty, kompetencje językowe, wrażliwość artystyczną, inteligencję, dowcip, lekkość pióra. Nagrody zwyczajnie im się należą. Ale to nie wszystko – na nagrody, w tym na nagrody swoich autorów, łasi są, jak wiemy, również wydawcy. A to oznacza, że wydawanie dobrych przekładów może się im po prostu zacząć opłacać, a to z kolei może – idąc po ogniwkach rynkowego łańcuszka – znaczyć, że zaczną bardziej dbać o jakość wydawanych przekładów, a to znaczy, że będą chcieli współpracować z dobrymi tłumaczami. I tak dalej...
Najważniejszym skutkiem tej chybotliwej konstrukcji będzie zysk czytelników, którzy dostaną świetne książki. I wtedy warto będzie zapamiętać, kto tłumaczył.

MAGDA HEYDEL jest kierowniczką Podyplomowych Studiów dla Tłumaczy Literatury UJ. Przekładała m.in. Josepha Conrada, Seamusa Heaneya, T.S. Eliota i Virginię Woolf.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]