Reklama

Krótkie dni

Krótkie dni

14.01.2019
Czyta się kilka minut
Ciemno się robi. Nadeszły te dni, gdy światła jak na lekarstwo. Zanim rozjaśni się na dobre, zaczyna się ściemniać.
T

Tak jakby cała akcja przenosiła się do wnętrz. Do sześcianów wypełnionych elektrycznym blaskiem. Człowiek się ścieśnia. Jak mysz pod miotłą siedzi wobec potęgi ciemności. Nawet miasta nie pomagają. Wymyślone po to, by chronić nas przed naporem kosmosu, wyglądają jak ponure więzienia. Te wszystkie trupie twarze, te wnętrza jak martwe akwaria, ci wszyscy ludzie, którzy przypominają wrogów albo zbiegów, ten kamień lśniący od czarnej wilgoci, kałuże jak lustra zimnej smoły. Chłodne piekło jednym słowem.

No więc pomyślałem, że sobie powspominam. Tak, żeby diabelskiemu mrokowi się wymknąć. Powspominam na przykład te dni, gdy zmrok nadchodził wraz z sennością. Po całym dniu jazdy przez bezludne okolice, gdy słońca było aż nadto. Wstawało nad horyzontem i czarne cienie skał i wzgórz kładły się na ziemi o piątej nad ranem. Trzeba się było odwracać na bok, by pierwsze promienie nie...

3928

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

A ja tam sobie myślę, że miasta mają dwie strony, choćby taka Warszawa – że przypowieść o dwóch pasażerach, jednym jadącym z Paryża do Moskwy, a drugim z Moskwy do Paryża, z których każdy wysiada przez pomyłkę w Warszawie i myśli że jest na miejscu zgadza się w stu procentach, miałem okazję sam się przekonać. Białoruska koleżanka z pracy opowiadała mi, że pierwszego dnia po przybyciu do Warszawy szła jak pijana Nowym Światem i wydawało jej się, że przechodnie rozmawiają ze sobą po francusku (zupełnie jak ja sam na Champs Elysee po otwarciu granic, choć tam oczywiście w samej rzeczy przechodnie rozmawiali ze sobą po francusku). A znowu kiedy zaciągnąłem na taras widokowy PKiN parę Austryjaków, reakcja tych była zgoła odmienna. To nie wygląda jak europejskie miasto - powiedziała ona, to miasto krzyczy - zauważył on. Przy „nie trzeba go było swojego czasu bombardować” ugryzłem się w język i dobrze, bo wystarczy przejść się po Warszawie i sprawy same się wyjaśniają. Znów Amerykanin zauważył, że zapach linii średnicowej w Warszawie jest ten sam, który w Nowym Jorku ma metro, co też mogę potwierdzić. I nie jest to jedyne podobieństwo. Na Manhattan wjechałem tunelem wyposażonym w te same płytki co tunel pod trasą W-Z, aby najpierw znaleźć na ulicy która jako żywo przypominała mi Ząbkowską (tę sprzed remontu) a następnie podjechać pod The Empire State Building, który znów sterczał w środku miasta niczym PKiN w Warszawie, nie wspominając o większej ilości „tras łazienkowskich” na Brooklynie czy w Queens. Ale nawet jeśli NYC to „Big Apple”, wielkie – odpowiednio robaczywe - jabłko i też chyba jedno z najbardziej samotnych miejsc w jakich byłem (otwierają się drzwi metra, wchodzi podróżny zaczynając rozmowę jakbyśmy znali się od przedszkola, po czym wysiada trzy stacje dalej), a w kanonicznym już komiksie „Batman – rok pierwszy” komisarz Gordon, spoglądając z okna samolotu na Gotham City mówi że z góry wygląda to na osiągnięcie, to miasto cały czas pozostaje miastem. To znaczy wywodzącym się od łacińskiego „lokatio” miejscem. Miejscem nadania przywilejów dla jego mieszkańców. Przywileju prowadzenia handlu, uprawiania rzemiosła, no i przede wszystkim samorządu. Bo lęk i przemoc są pewnie starsze niż same miasta. Zamieszkiwały zapewne budowane na dających jako takie poczucie bezpieczeństwa wzniesieniach i wyspach grody i zamczyska wyposażone w te wszystkie grube mury i baszty. A jednocześnie ze wzniesień i skarp było przecież bliżej do nieba i pewnie też dlatego tam się osiedlano. A moment w którym władca i obrońca i reprezentant sacrum na ziemi sam ograniczał swoje prerogatywy, nadając przywileje bezpośrednim bądź okolicznym osadom, był momentem wyzwolenia ich mieszkańców – Stadtluft macht frei, miejskie powietrze czyni wolnym, jak powiadają Niemcy. I pewnie dlatego dużo zależy od tego, jak ta wolność jest wykorzystywana. Mnóstwo będzie przykładów na to, że źle. Odpowiednio wiele na to, że nie najgorzej. Ot choćby nazizm nie wypełznął wcale z Ulm czy Koblencji, ale ze środowiska średniego szczebla imperialnych urzędników, którzy przez pokolenia starali się ograniczać przywileje miast. Warszawska starówka – zbudowana w dużej mierze przez spolonizowanych Niemców nie jest pewnie tak przytulna jak ta we Freiburgu czy w Passau, ale kiedy dni są krótkie i w powietrzu wisi coś lodowatego o ile nie brutalnego to stanowi jednak jakieś schronienie o ile nie dom. Tak samo jak Wola, gdzie powstał ruch robotniczy z prawdziwego zdarzenia i warszawska gwara, za pomocą której można było opisywać rzeczywistość. Gdzie w okresie PRL nie zniknęła do końca jakość, bo czy to robotnik czy inżynier, o ile przeżyli powstanie i jej rzeź wrócili później w te same miejsca i robili swoje w kombinatach, które powstały dokładnie w tych samych miejscach i z tym samym profilem produkcji co wcześniejsze fabryki. Tak samo jak na Mokotowie czy Żoliborzu, gdzie w spółdzielniach powstawały osiedla i domy. Potrafiły powstać i po roku 89’ – choćby spółdzielczy dom wybudowany przez muzyków na warszawskich Kabatach – wcale nie trzeba być zdanym na łaskę dewelopera jak się okazuje, wszystko zależy od tego jak wykorzystuje się wolność i jak podchodzi się do innych. A mieszczanie mają tu pewnie możliwość wyboru.

Dwa tygodnie temu napisałem jeszcze coś o władcach polski i miałem właściwie zamiar dopisać jeszcze jeden fragment, mówiący o tym kto wydaje mi się obecnie kandydatem na władcę, ale nie chcąc mnożyć postów ponad konieczność postanowiłem zaczekać. Tym razem jednak wyprzedził mnie bieg wypadków. Niemniej nadrobię jeszcze to: Swojego czasu w Wiedniu postanowiłem – jakkolwiek to pojmować – zrobić coś dla innych i popracowałem sobie w tamtejszych organizacjach charytatywnych. Wsadzałem do kopert zaproszenia, rozlepiałem plakaty albo wystawałem w strefach ruchu pieszego zapraszając na eventy z udziałem celebrytów. Było to ciekawe doświadczenie i cokolwiek rozczarowujące. Szybko okazało się bowiem, że mam tam wyrabiać te same „targety” co w przedsięwzięciu komercyjnym, a i szefostwo lubiło opowiadać historie ile pieniędzy zostawiło w ostatni weekend w barze z tańcem na rurze. Zmieniałem więc organizacje, ale te okazywały się nie mniej szemrane. W jednej z nich dziewczyna szefa mieszkała w penthousie i zdaje się, że jej głównym zajęciem było składanie puzzli 3 D. Było w tym coś prosto z atmosfery „Pulp Fiction” i choć puściła mi raz kanon Pachelbela (w końcu Wiedeń) to jakoś – pomny rozwoju wypadków w rzeczonym filmie - niewyraźnie zrobiło mi się na myśl o masowaniu jej stóp. Choć w sumie sprawa jest przecież oczywista – organizacje charytatywne nie mogą przecież tak do końca pomagać potrzebującym, bo bez potrzebujących same przestały by być potrzebne. Tymczasem jednocześnie wiedziałem że w Polsce gra „Wielka orkiestra świątecznej pomocy”. Wrzucałem co prawda pieniądze do jej skrzynek, ale z początku jej działalność nie wydawała mi się zbyt interesująca. Jej głośny i kolorowo ubrany pomysłodawca i przywódca wydawał mi się jakąś namiastką, bo i w moim ówczesnym przekonaniu takie sprawy powinni w pierwszym rzędzie organizować światli politycy i podległe im urzędy. Ale później z roku na rok nabierałem coraz to większego szacunku dla kolorowego i głośnego szefa orkiestry. Chwila moment – to co rzadko kiedy działa, działa w tym przypadku. W każdym razie Jerzy Owsiak nie podziwia tańców na rurze, a datki trafiają na cele na jakie zostały pierwotnie przeznaczone. Co więcej, im bardziej państwo stawało się nieruchawe (premier poprzedniego rządu „nie miał z kim robić reform”, przez co przyszło znosić premiera rządu obecnego), tym bardziej szef orkiestry nie przestawał robić tego, co teoretycznie było jego zadaniem, mianowicie transferować w profesjonalny sposób dochody z podatku na cele publiczne, tyle że podatek stał się dobrowolny. Wreszcie stworzył Jerzy Owsiak agorę, co więcej obejmującą wszystkie stany, przez co – świadomie bądź nie – pokazał, że Rzeczpospolita nie jest jakimś tam pojęciem z dawnych czasów. Bogaci spotykali biednych, ci pierwsi przez wysokość datków nie ukrywali się że są bogaci, ci drudzy wrzucali swój wdowi grosz. Wreszcie niedawno podjął decyzję, która zaskoczyła wielu – oddał organizację przystanku Woodstock lokalnemu samorządowi. To mogło umknąć, ale jak dla mnie było to odpowiednikiem genialnego ruchu w szachach – jeśli bowiem nasz problem polega na tym, że działające państwo to były plus minus czasy pierwszego z Wazów na polskim tronie, a od tamtej pory przez niezdolność załatwiania spraw publicznych tak ściągaliśmy na siebie problemy z zewnątrz, jak i działaliśmy sobie na nerwy wewnątrz to Jerzy Owsiak zrobił to co zrobić należało: jeśli ma się odbyć choćby festiwal, to sami go zorganizujcie albo też sami weźcie zań odpowiedzialność. Środkiem ku temu jest w tym przypadku samorząd. Bo i atmosfera w Polsce staje się lepsza i można w niej swobodniej oddychać w momencie, kiedy – skądinąd cenny indywidualizm – równoważony jest przez zdolność do współdziałania z innymi. A ponieważ nikt nas w tym nie pilnuje, to ważnym jest aby te działania były mniej lub bardziej regularne. Ale i z tego wypada, że Jerzy Owsiak potrafi jak nikt inny rządzić Polakami. A jeśli tak, to jest i królom równy. Gaude mater Polonia wobec tego, habemus rex, masz znowu króla. Pro Fide Lege et Rege.

Koniec i bomba, kto czytał ten trąba. Można jeszcze dodać, że patrząc na sprawy z punktu widzenia państwa, to dobrze przypominać Kazimierza Jagiellończyka, już chyba ogólnie uznanego najlepszego z władców. Ten nie usiłował być tyranem – zachował równowagę stanów – a jednocześnie przeforsował podatki na wojnę z zakonem, który zhołdował. Jednocześnie osadził syna na tronie w Pradze, drugiego prawie w Budapeszcie. Miast pruskie stały się jego lojalnymi poddanymi, którym gwarantował ich wolność. Podług ziemskiej miary weszliśmy tym samym do pierwszej ligi i to, że Bona Sforza czuła się równa Habsburgom nie było już tylko pretensją. Wewnątrz to początki literatury, nauki (Zygmunt III Waza spali do spółki z jakimś alchemikiem część Wawelu, później alchemia zmieni się w chemię, ale pozostawi jej do dziś swój eksperyment) i przemysłu (Zygmunt August to Wieliczka i inne przedsięwzięcia z zakresu „high tech” głównie w okolicach Gór Świętokrzyskich). Pewnie chłopom już wówczas zaczęło powodzić się nie najlepiej (stąd Rej i Kochanowski napominają, żeby ich nie wykorzystywać), ale i tu sprawa nie była nigdy jednoznaczna. Później to magnaci – Czartoryscy namówią Kościuszkę na jego insurekcję i pewnie nie mieli nic przeciwko „uniwersałowi Połanieckiemu” czyli poprawce do konstytucji, gwarantującą im prawa. Ale i zdaję sobie sprawę, że to podejście jest jednym z wielu. Autor wydaje się podchodzić ostrożniej do polityki, gospodarki i oczywiście miast i wbrew pozorom gdzieś go rozumiem. Jest bowiem w kulturze polskiej coś, co równocześnie nakazywałoby trzymać się do tych spraw na dystans. Swojego czasu szlachta uważała że żyje w najlepszym z porządków i celebrowała swoją wiejskość, albo też świat na ludzką miarę. Bez pomnażania kapitału czy budowania kolonii na Marsie. Coś w tym jest, zresztą ile razy odwiedzą mnie czy to Niemcy czy Austryjacy to zauważą coś podobnego – mówią że jest tu coś uspokajającego, albo że choćby że ludzie mają tu „dobre twarze” (też w Warszawie swoją drogą), w co będąc w Polsce może trudno uwierzyć, ale z dystansu po prostu nasze wewnętrzne konflikty są właśnie na ludzką miarę – Pan Nowak obraził Pana Kwiatkowskiego, więc Pan Kwiatkowski nie rozmawia z Panem Nowakiem (jak u Manna w „Czarodziejskiej górze”, gdzie Polacy doprowadzają kuracjuszy na skraj załamania nerwowego, wciągając ich w swoje konflikty) i nie mają rozmachu Południowej Ameryki czy wylatujących od czasu do czasu w powietrze Paryża czy Hamburga. Ale nawet jeśli zło jest w Polsce na ludzką miarę i ma postać dobrotliwego, wąsatego czorta, który tyle że zatrzymuje od czasu do czasu koło młyńskie, to cały czas pozostaje tym samym złem, choćby właśnie w Gdańsku. Tak więc pewnie nie mamy koniec końców specjalnej ulgi i przychodzi nam się mierzyć z tymi samymi wyzwaniami co innym, którzy znów jeśli coś sknocą, to przez to że próbują. Albo inaczej mówiąc – światło jak najbardziej, ale pamiętajcie i zważcie u siebie, że kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.

ps: jeszcze według mnie zgrabne ujęcie tematu przez amerykańską popkulturę: https://www.youtube.com/watch?v=qYowsdlWv1g

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]