Krajobraz po bitwie

Końcówka rządów Zbigniewa Ziobry okazała się nadzwyczaj banalna. Zaufani pretorianie ustępującego ministra dostali nominacje na lukratywne stanowiska wProkuraturze Krajowej, awśród szefów prokuratur nastąpiło powyborcze "wielkie poruszenie. Jedni odlatują, inni zostają...

12.11.2007

Czyta się kilka minut

Min. Zbigniew Ziobro na spotkaniu z prokuratorami, październik 2007 r. /
Min. Zbigniew Ziobro na spotkaniu z prokuratorami, październik 2007 r. /

Ów banalny finał zakończył całkiem niebanalny okres bezmyślnego niszczenia autorytetu i degeneracji podstaw funkcjonowania prokuratury. Na niespotykaną dotąd skalę została ona wykorzystana przez rządzącą partię dla celów propagandowych, z reguły sprowadzających się do poprawiania sondażowego wizerunku. Słynne konferencje prasowe, podczas których poważni prokuratorzy odgrywali role potakującej scenografii dla politycznych akcji ministra, budziły zażenowanie, ale też uderzały w powagę reprezentowanej przez nich instytucji. Jak to możliwe, że prawnicy z wieloletnim stażem, zaprawieni w kontaktach z groźnymi bandytami, dali sobie narzucić operetkowe role, wiedząc przecież, że prędzej czy później ta infantylna zabawa w rządzenie wymiarem sprawiedliwości się skończy?

Bilans zamknięcia jest smutny. Prokuratura Krajowa, rozdęta do granic możliwości (pracuje w niej więcej osób, niż jest sędziów Sądu Najwyższego), o trudnych do określenia zadaniach i kompetencjach, stała się miejscem, gdzie, jak w archeologicznej odkrywce, można rozpoznawać kolejne kadrowe zawirowania na szczytach władzy prokuratorskiej. Ręczne sterowanie prokuratorami, rozpoczęte interwencją ministra Ziobry w sprawie zwolnienia z aresztu uczestników linczu we Włodowie, musiało zakończyć się niespotykanym wzrostem konformizmu i strachem przed samodzielnym podejmowaniem decyzji. Dotyczyło to zwłaszcza osób funkcyjnych, których kariera zawodowa zależała od łaskawego spojrzenia ministra. W tym kontekście powyborczy bunt warszawskich prokuratorów, którzy w proteście przed "politycznymi naciskami" podczas postępowania przeciwko byłemu ministrowi sportu podali się do dymisji i zrezygnowali z funkcji, ma bardzo ambiwalentny charakter.

Bowiem przed 21 października 2007 r. albo nikt o naciskach politycznych w prokuraturze nie słyszał, a wszystkie opowieści o jej politycznym wykorzystywaniu były wymysłem opozycji i dziennikarzy, albo też prokuratorzy bali się bronić swojej niezależności pod rządami srogiego ministra. Zakładając jednak tę drugą wersję, warto przypomnieć, że ryzyko przeciwstawienia się naciskom lub kwestionowania niezasadnych poleceń szefów oznaczało co najwyżej utratę funkcyjnego stołka - bo już nie utratę pracy, co w przypadku prokuratorów możliwe jest wyłącznie w drodze orzeczenia sądu dyscyplinarnego. To niezbyt wysoka cena za ratowanie nie tylko twarzy, ale samych fundamentów działania prokuratury. Niestety, wydaje się, że przypadki nagannego wkraczania w sferę niezależności prokuratorów skrzętnie zamiatano pod dywan - i to nawet nie tyle z miłości do rządzącej koalicji, ile raczej z wyrachowania i pouczających doświadczeń z przeszłości.

Minister Ziobro wykorzystał bowiem mechanizm, który funkcjonował w prokuraturze od dawna: brak jasnych kryteriów awansu, narastające ubezwłasnowolnienie prokuratorów liniowych przez konieczność uzyskiwania zgody przełożonego na coraz większą liczbę decyzji, towarzyskie układy "lojalnościowe" mające decydujący wpływ na obsadę funkcji kierowniczych, nieprzejrzyste procedury wewnętrzne, błyskawiczne kariery "swoich" i zsyłka na prowincję osób, które "wypadły z obiegu". W tej mętnej wodzie nietrudno było - nawet bez szczególnego naruszania przepisów prawa - pewne postępowania przyspieszać, a inne spowalniać. Pewne akta ujawniać, organizując specjalne pokazy filmowe, a inne trzymać pod pieczęcią na najniższych półkach szaf pancernych.

Ten stan rzeczy domagał się reformy na długo przed tym, nim prokuratorem generalnym został polityk z nadania Prawa i Sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro nie miał jednak najmniejszego zamiaru takiej reformy przeprowadzać, natomiast wykorzystał perfekcyjnie sytuację kryzysu dla własnych celów, nie licząc się z konsekwencjami swojego postępowania dla prokuratury.

I może nawet należy być mu za to wdzięcznym. Bo doprowadził do sytuacji, w której o konieczności zmian zaczęli głośno mówić sami politycy, godząc się z potrzebą rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, co wreszcie ochroni prokuraturę przed bezpośrednimi rządami partyjnego funkcjonariusza. Uświadomiono sobie także, że reforma powinna wprowadzić przejrzyste kryteria awansowania i kadencyjność funkcji kierowniczych w prokuraturze, zwiększyć samodzielność prokuratorów i ograniczyć możliwość bezpośredniego wpływania na konkretne postępowania przez kierownictwo. Prokuratorzy muszą odzyskać poczucie niezależności i umiejętność rozpoznawania rzeczywistego interesu publicznego, a nie tylko aktualnego kierunku wiatrów politycznych. Nie będzie to chyba trudne, bo większość prokuratorów traktowała i traktuje polityczne uwikłania instytucji, w której pracują, za dopust Boży.

Reformatorzy powinni jednak pamiętać, że nie można ograniczyć się do zmian na szczytach władzy. Nie można też dopuścić do przekształcenia prokuratury w kolejną korporację zawodową, dbającą wyłącznie o przywileje i status materialny członków. Dążenie takie, psychologicznie zrozumiałe jako reakcja na dotychczasową patologię, doprowadzi do powstania prokuratury zamkniętej w sobie, oderwanej od rzeczywistości społecznej i wymykającej się spod kontroli publicznej.

Jedno jest pewne: od lat nie było tak sprzyjającego klimatu dla dokonania strukturalnych i kadrowych zmian w prokuraturze. Ustępująca ekipa rządowa, choć bezwiednie, do końca już skompromitowała istniejący system zarządzania tą instytucją. A nowi politycy, pozostając zakładnikami obietnic wyborczych, jeszcze nie poczuli zapachu władzy, jaką daje ręczne sterowanie prokuraturą. To idealny moment na jej odzyskanie dla społeczeństwa i przywrócenie jej statusu poważnej instytucji państwowej.

Dr hab. WŁODZIMIERZ WRÓBEL jest pracownikiem naukowym w Katedrze Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, byłym członkiem Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2007