Polscy bramkarze dominują w światowym futbolu

Dlaczego najlepsi bramkarze pochodzą z Polski? Polska szkoła bramkarzy od lat zachwyca Europę i świat. Z kraju, w którym kreatywność często wygrywa z systemem, wywodzą się tacy giganci jak Dudek, Szczęsny czy Fabiański.
Czyta się kilka minut
Wojciech Szczęsny broni karnego Leo Messiego w meczu z Argentyną na mundialu w Katarze, 30 litopada 2022 r. // Fot. Pedro Nunes / Reuters / Forum
Wojciech Szczęsny broni karnego Leo Messiego w meczu z Argentyną na mundialu w Katarze, 30 litopada 2022 r. // Fot. Pedro Nunes / Reuters / Forum

Po mundialu w Katarze Polakom zostały niemal wyłącznie przykre wspomnienia, unurzane w pitym przez działaczy alkoholu i aferze premiowej. Jednak jeśli spojrzeć ku boisku – w pamięci zapadły nie tylko gole Roberta Lewandowskiego, ale także – a w zasadzie przede wszystkim – Wojciech Szczęsny, broniący karnego Leo Messiego w starciu z Argentyną. Oraz jego uspokajający gest przed strzałem piłkarza, który kilkanaście dni później, sięgając po złoto, zapisał się być może jako największy futbolista w historii.

Historyczne zwycięstwo z reprezentacją Niemiec w 2014 r. to obrazek ekstatycznej radości 50 tys. kibiców – oraz całej kadry na murawie – po golu Sebastiana Mili na 2:0. Ale nie byłoby jej, gdyby nie parady Wojciecha Szczęsnego. „Szczęsny dzień” – pisały nazajutrz media.

Zresztą: do dziś wspominamy nawet porażkę z niemiecką kadrą, bo choć w 2006 r. przegraliśmy 0:1 na mistrzostwach świata, to Artur Boruc dał się pokonać dopiero w doliczonym czasie gry, a wcześniej bronił jak w transie.


Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>> 

Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>> 


Legendarne interwencje Tomaszewskiego na Wembley

Wspomnienia ze „zwycięskiego remisu na Wembley” są już – mówiąc eufemistycznie – co najmniej wyświechtane, ale szaleńcze interwencje Jana Tomaszewskiego – nazwanego przez charyzmatycznego angielskiego trenera Briana Clougha „klaunem” – do dziś wywołują szybsze bicie serca polskiego kibica.

Jan Tomaszewski - 1973 World Cup Qualifier, Wembley Stadium, 17th October, 1973, England 1 v Poland 1 // Fot. Bob Thomas Sports Photography / Getty Images

Liga Mistrzów? Sięgnęli po nią nasi najwybitniejsi piłkarze, czyli Zbigniew Boniek i Robert Lewandowski. Ale pierwsza myśl dotycząca polskich zdobywców trofeum to triumf Liverpoolu w Stambule, „Dudek dance” i gibkie ruchy urodzonego w Rybniku bramkarza tuż przed strzałami Andrija Szewczenki czy Andrei Pirlo.

A przecież jeszcze wcześniej, w połowie lat 80., Puchar Europy dla FC Porto wyrwał Józef Młynarczyk.

Szymkowiak, Tomaszewski, Młynarczyk, Andrzej Woźniak, później Dudek, Tomasz Kuszczak, Artur Boruc, Łukasz Fabiański, a dziś Szczęsny (broniący w największych klubach świata: Arsenalu, Juventusie, obecnie w Barcelonie), Marcin Bułka czy Kamil Grabara. Po drodze brakowało nam napastników, pomocników, obrońców, w ostatnich 20 latach – poza Robertem Lewandowskim czy Piotrem Zielińskim – wszędzie na murawie byliśmy przeciętni. Ale nigdy w świetle bramki.

Radzimy sobie w pojedynkę

– Czy polska szkoła bramkarzy istnieje? Fakty przemawiają za tym, że tak. Ale mnie zastanawia jeszcze coś innego. Otóż: jak to możliwe, że w Polsce – kraju, w którym procedury są lekceważone, w którym przepisy istnieją po to, aby je omijać, w którym prawo jest naginane, a systematyczna działalność nie istnieje, stworzono wielopokoleniową szkołę bramkarzy? – zastanawia się Piotr Żelazny, dziennikarz TVP Sport.

Ułomność budowania systemów, o której wspomina Żelazny, widać w polskim sporcie jak na dłoni. Po wielkich sukcesach rzadko przychodzi kontynuacja – czyli nowe pokolenie, które urosło na systemie zbudowanym przez poprzedników.

Po sukcesach kadry Bogdana Wenty nie zostało niemal nic oprócz wspomnień, a piłka ręczna z powrotem popadła w przeciętność. Złoto Polek na mistrzostwach Europy w 1999 r. nie zbudowało polskiej szkoły kobiecej koszykówki. Nawet Kamil Stoch nie okazał się dzieckiem polskiej szkoły skoczków, która mogłaby narodzić się po sukcesach Adama Małysza. Wyjątkiem w tej regule są sukcesy siatkarek i siatkarzy, ale to fenomen zasługujący na osobny tekst.

Narodziny polskiej szkoły bramkarzy – od Tomaszewskiego po Szczęsnego

Tym bardziej wyjątkowy jest przypadek polskiej szkoły bramkarskiej. – A to, co czyni go niesamowitym, jest fakt, iż nikt nie jest w stanie do końca określić, na czym on polega. Nie ma zbioru zasad, których przestrzegamy. Zwyczajnie: skądś mamy zdolnych trenerów i ich wybitnych uczniów – dodaje Żelazny.

Najbardziej znanym przykładem relacji trener–uczniowie jest pracujący w Legii Warszawa od 2001 r. Krzysztof Dowhań, szkolący m.in. Boruca, Szczęsnego czy Fabiańskiego. Ale przecież inni reprezentanci kraju z ostatnich lat nie ćwiczyli pod jego okiem.

Żelazny kończy: – Moja nieudowodniona teza brzmi: potrafimy wychowywać bramkarzy, bo to sport indywidualny w ramach sportu zespołowego. A sporty, w których radzić musimy sobie w pojedynkę, wychodzą nam całkiem dobrze.

Najlepsi bramkarze są odważni i mądrzy

Po raz pierwszy odpowiedzi dotyczącej „polskiej szkoły bramkarzy” zacząłem szukać przed Euro 2024 – awans na ten turniej zapewnił nam oczywiście golkiper. To Wojciech Szczęsny, po 120 minutach bezbramkowego barażu z Walią w Cardiff, obronił decydujący strzał podczas serii rzutów karnych.

Zanim to zrobił, zszedł do szatni na papierosa. 20 tysięcy kibiców na trybunach kipiało z emocji, sztaby medyczne i szkoleniowe uwijały się, aby przygotować piłkarzy do kulminacyjnego momentu. Szczęsny w tym czasie niespiesznie puszczał dymka.

A kiedy w piątej serii jedenastek odbił piłkę po strzale Daniela Jamesa, nie drgnęła mu nawet powieka. Dopiero gdy koledzy w ekstatycznej radości biegli ku niemu, rozłożył ręce w mesjańskim geście.

Kazimierz Górski twierdził, że jeśli coś się powtarza, nieważne, czy negatywnego, czy pozytywnego, to nie jest to już przypadek. Jeśli więc polscy bramkarze od 50 lat są widoczni i odgrywają ważne role w europejskim futbolu, o przypadku nie ma mowy – mówił mi wówczas Andrzej Dawidziuk w rozmowie dla Sport.pl. To właśnie z nim Szczęsny zbiegł do szatni na papierosa. Ponoć także po to, aby omówić taktykę i pomysł na karne.

Lata 90 - bramkarskie rewolucje

Dawidziuk to trener bramkarzy reprezentacji Polski i jeden z największych autorytetów w tej dziedzinie. Z reprezentacją pracuje z krótkimi przerwami od 2006 r. W tej roli na ławce trenerskiej ma na koncie już ponad sto meczów.

Wspólnie szukaliśmy momentu, w którym – choć nienazwana – utworzyła się polska szkoła bramkarzy.

– Jeszcze w latach 50. bywało, że trening bramkarski prowadził trener całej drużyny. W latach 80. było to już w kompetencjach asystenta trenera. Dopiero w latach 90. zaczęli pojawiać się pierwsi trenerzy bramkarzy – mówił mi Dawidziuk.

Tyle że dwie największe legendy – Jana Tomaszewskiego oraz Józefa Młynarczyka – to odpowiednio lata 70. i 80. Dużo wcześniej, niż w ogóle pojawił się fach trenera bramkarzy.

– Nie było trenerów, a mieliśmy kapitalnych bramkarzy. Zresztą sam Jan Tomaszewski powiedział mi, że miał mocną konkurencję; równie dobrze „zatrzymać Anglię” mógł Zygmunt Kalinowski, Piotr Czaja czy Piotr Mowlik, a nie „Tomek” – tłumaczył mi Dawidziuk. I dodawał: – W latach 70. i 80. większość treningów wyglądała tak, że po rozgrzewce bramkarze wchodzili do bramki i do końca zajęć bronili strzały kolegów. Zawodnicy non stop strzelali, ale golkiperzy odbijali piłki, ćwicząc gibkość, akrobatykę, zarządzanie własnym ciałem. 

Tego wówczas wymagał mecz. Polacy osiągnęli szczyt możliwości, jeśli chodzi o obronę strzałów, byliśmy wyróżniającą się nacją wśród bramkarzy. Ale w latach 90. doszło do rewolucji, która w naszym fachu okazała się przewrotem kopernikańskim.

W 1992 r. władze futbolu, aby przyspieszyć i uatrakcyjnić widowisko, zdecydowały, że bramkarze nie mogą już chwytać w ręce piłki podawanej przez kolegów z drużyny. Miało to służyć przyspieszeniu gry.

– Podczas Euro 1992 r. bramkarz mógł jeszcze łapać piłkę od kolegi, ale już na igrzyskach w Barcelonie Aleksander Kłak bronił na nowych zasadach. To dlatego bramkarze z lat 90., jak Jarosław Bako czy Jerzy Dudek, musieli zaadaptować się do zmian. Kolejne pokolenie, Artur Boruc i młodsi, trenowało już z piłką przy nodze i było mu łatwiej. Dlatego dziś odchodzimy od mówienia, że bramkarz jest dyscypliną indywidualną w grze zespołowej. To integralna część ekosystemu – mówił mi trener.

Jerzy Dudek, bramkarz Liverpoolu, z pucharem Ligi Mistrzów po wygranej w karnych w meczu Liverpool - AC Milan, 25 maja 2025 r. // Fot. Tony Marshall / PA Images / Getty Images

Z Andrzejem Dawidziukiem dużo rozmawialiśmy o taktyce, idei bronienia, zachwycaliśmy się detalami. Ale prawda być może leżała bliżej, niż nam się wydawało. – Bramkarz z pewnością musi być odważniejszy niż przeciętny człowiek. Jeśli będę w pana rzucał przedmiotami, naturalnie się pan uchyli, aby nie zostać trafionym, i będzie się zasłaniał rękoma. A golkiper nie tylko się nie zasłoni, ale nadstawi ciało, aby w niego trafić. Musi być odważny, ale nie głupi – skończył trener.

Albert Camus i bramkarska samotność

Jak to zatem jest z pozycją bramkarza? To sport indywidualny wkomponowany w dyscyplinę zespołową, czy jednak integralna część drużynowego ekosystemu? Ku pierwszej tezie skłania się Michał Okoński.

– Bramkarz to nie jest facet, który działa w kolektywie. Wiadomo: we współczesnym futbolu musi współpracować, kierować linią obrony, rozpoczynać akcje, rozgrywać piłkę. Ale kulturowo jest sam. Także kiedy popełnia błąd – jest samotny. I to chyba jest bardzo polskie – mówi redaktor „Tygodnika Powszechnego” oraz futbolowy ekspert i pisarz. Zarazem dodaje: – Jesteśmy indywidualistami. Czy to kwestia zakorzenionej w nas nieufności do wspólnoty, może dziedzictwo PRL, może efekt transformacji ustrojowej? Nie umiem odpowiedzieć. Ale w naszej naturze leży chyba to, by każdy radził sobie sam, był – jak to mówiono, gdy w Polsce triumfowały balcerowiczowskie idee – „kowalem swojego losu”.

– Ostatnia instancja, obrona Częstochowy, Okopy Świętej Trójcy z „Nie-Boskiej komedii” Krasińskiego, „Każdy ma swoje Westerplatte” Jana Pawła II – to wszystko są pojęcia i zdania, które możemy podłożyć pod sytuację, gdy bramkarz własnym ciałem zasłania dostęp do bramki. I samotnie znosi ból – zauważa Okoński.

Słowem: bramkarz to figura samotna z definicji. Podkreślał to Albert Camus, „najsłynniejszy bramkarz wśród pisarzy”. Podczas oglądania meczu paryskiego Racingu, zagadnięty przez francuskich dziennikarzy, gorąco bronił popełniającego błędy golkipera gospodarzy, mówiąc: „Nie powinniśmy go obwiniać. Dopiero gdy sam staniesz pośrodku lasu, uświadamiasz sobie, jakie to trudne”.

Mimo światowej marki polscy bramkarze również musieli znosić wiele upokorzeń. Fabiański dostał w Londynie nikczemną ksywkę „Flappyhandski”, z Dudka w Liverpoolu wyśmiewano się, gdy wpuścił piłkę między nogami po strzale Diego Forlana. Nawet Boruc – „Holy Goalie!” – musiał wytrzymywać fale hejtu w Glasgow. Zarazem jednak każdy z nich był w stanie przetrwać okres krytyki. Na tej pozycji nie może być ludzi nieśmiałych. Wygląda na to, że my, Polacy, z presją, jaką wymaga stanie między słupkami, radzimy sobie lepiej niż inni.

Z pewnością trzeba było być zahartowanym, aby przetrwać na tej pozycji w latach 80., gdy w bramkarzu ceniło się nie tyle same umiejętności piłkarskie, co heroiczność. „Mówili mi: »rzuć się osiem razy« – rzucałem się. »Zrób pięć przewrotów« – robiłem. Tarzałem się w błocie wedle staroświeckich metod” – wspominał w rozmowie ze mną Andrzej Bledzewski, który z kadrą do lat 16 zdobył w 1993 r. mistrzostwo Europy. A inny były reprezentant Polski Adam Matysek tłumaczył: „Nie przeszkadzały mi zdarte łokcie, poobijane kolana, pozdzierane na betonie ubrania. To musiała być pasja, miłość”.

Fajnie jest być bramkarzem

A może jest jeszcze jedna, cudownie prosta prawda o polskiej szkole bramkarzy. Zdradził ją przed kilkoma laty Łukasz Fabiański, który faktycznie przeszedł drogę od wyśmiewanego w angielskich mediach fajtłapy do niemal legendy Premier League. Kilka tygodni temu fani West Hamu żegnali go ze łzami w oczach, kiedy w wieku czterdziestu lat kończył piłkarską karierę w tym klubie.

Zapytany w 2019 r. o polski fenomen między słupkami, odpowiedział: „Czasem, gdy rozmawiam z golkiperami z innych krajów, opowiadają, że u nich stanie na bramce nigdy nie było postrzegane jako ciekawe, wiało nudą. A w Polsce? Fajnie jest być bramkarzem” – mówił.

Piotr Wesołowicz jest dziennikarzem Sport.pl, komentatorem koszykówki, autorem poświęconego jej podkastu „Plac gry”.


Stróż na jakiejś bramie

Historia naszych bramkarzy nie zaczęła się na Janie Tomaszewskim. Cofnijmy się do początku, kiedy w krakowskim Parku Jordana rodzi się polski futbol. Jedną z najważniejszych postaci jest wtedy Józef Lustgarten, przyszły golkiper Cracovii, a później wybitny sędzia i działacz, zarówno klubu, jak PZPN.

Józef Lustgarten jako bramkarz // wikipasy.pl

Bramkarz urodzony w 1889 r. tak po latach wspominał grę między słupkami: „W pewien dzień stanąłem na kilka chwil – tak mi się przynajmniej zdawało – w bramce i... wsiąkłem. Te kilka minut rozciągnęło się na kilka lat” – mówił. Choć jego matka była załamana: „Marzyłam o karierze dla syna, ale że będzie stróżem na jakiejś bramie, o tym nie myślałam”. Lustgarten, broniący w charakterystycznym białym golfie, jako pierwszy na polskich ziemiach stosował akrobatyczne interwencje w powietrzu, tzw. robinsonady.

A poza boiskiem? Ten polski Żyd, w czasie I wojny światowej żołnierz Legionów, w 1919 r. obronił doktorat na wydziale prawa UJ. W 1939 r. aresztowany przez NKWD we Lwowie, w sowieckich łagrach spędził 17 lat. Po powrocie do kraju został ponownie członkiem zarządu Cracovii. Zmarł w 1973 r.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”