Kara

Kary mają się u nas dobrze. Jest tendencja do stałego ich zaostrzania, nie bacząc na to, że więźniów przybywa, a nie ma ich gdzie wsadzać. Wielu już dziś dysponuje w celi przestrzenią mniejszą, niż zezwala prawo. Karzemy nie tylko przestępców, ale też ludzi lekkomyślnych i zapominalskich. W zasadzie słusznie, byle nie mylić tych, co robią to umyślnie i stale, z tymi, którym zdarzyło się to wyjątkowo. Chcemy też karać młodzież. Nie bez racji, byle nie wylać tej młodzieży razem z kąpielą tej kary. Mam też dziwne wrażenie, że gdyby nie nasze członkostwo w UE, chyłkiem wróciłaby kara śmierci i zadomowiła się u nas na dobre.
Czyta się kilka minut

Kościół przez wiele stuleci był zwolennikiem bardzo surowych kar. Pamiętamy, jak szybko i przykładnie karał różnych innowierców, heretyków, myślicieli, kobiety uznane za czarownice czy plemiona, które nie od razu chciały się nawrócić. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach, a zwłaszcza po Soborze Watykańskim II, na pierwszy plan wysunęło się miłosierdzie, a jego blask rozświetlił naszą wiarę.

Jesteśmy podobno najmocniej wierzącym narodem w Europie. Widać wiara wiarą, a kara karą.

Damnatio

Rzym starożytny też miał spory rejestr kar. Od poprzedzanej nieraz torturami śmierci, przez samobójstwo przedstawiane ofierze jako propozycja nie do odrzucenia, aż po wygnanie do jakiejś odległej prowincji czy na słabo zaludnioną wyspę. Była jeszcze kara podyktowana wyjątkową zawziętością władzy. Nazywała się damnatio memoriae - zatrata pamięci. Imię skazanego usuwano z pomników, stel, tablic, a nawet wyskrobywano ze wszystkich dokumentów pisanych.

Dziwna rzecz, historia przechowała znacznie więcej imion skazanych na niepamięć niż tych, którzy tę karę orzekali. Warto o tym pamiętać.

Konferencje

Ach, ileż to zagadek, niuansów i nowości w dzisiejszych konferencjach prasowych. Kiedyś nader rzadkie - dziś częste jak wysyp grzybów podczas deszczowej jesieni. Kiedyś będące popisem oratorskim, dziś - widoczną męką konferencjonisty; język się plącze, gramatyka szwankuje, panika w oczach, nie wiadomo, co zrobić z rękami... Dawniej zwoływali je najwyżsi dostojnicy, dziś również samorządowcy, tabuny urzędników, posłanki i posłowie, doradcy, osoby, które czują się obrażone, i osoby, które chcą kogoś obrazić. Dawniej według konferencji można było nastawiać zegarki, dziś są wielokrotnie przesuwane, opóźniane. Osobnym zjawiskiem są konferencje-deski. Celują w nich dwaj wicepremierzy zwołujący konferencje jako deski ratunkowe wtedy, kiedy znów spadną im sondaże.

Cóż... tempora mutantur. Mores też.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 14/2007