Co zostaje po aktorze? - pyta Dariusz Kosiński, żegnając zmarłego Jerzego Stuhra. Pytanie, można rzec, trywialne w epoce cyfrowej, która każdemu daje szansę na horacjańską cząstkę nieśmiertelności, zapisaną kodem zer i jedynek składających się na zdjęcia i nagrania. Blisko pół wieku obecności Jerzego Stuhra na scenie teatralnej i w filmie zaowocowało katalogiem wybitnych ról, którymi można by obdzielić kilka pracowitych aktorskich życiorysów - choć dla części radykalnego internetowego komentariatu cały ten dorobek przestał mieć znaczenie w chwili, gdy znany aktor, prowadząc auto po alkoholu, spowodował wypadek, a następnie usiłował zbiec z jego miejsca.
Niewielu z nas miało okazję poznać Jerzego Stuhra prywatnie. Wielu miało jednak wrażenie, że go dobrze zna. Sztuka aktorska - jak zauważa Kosiński - jak mało która przynależy do epoki, w której powstaje. Grając w „Amatorze”, „Wodzireju”, „Seksmisji” czy „Killerze”, Stuhr mówił językiem czasów, w których wcielał się we wszystkie te pamiętne role (z premedytacją pomijam tu jego liczne, ale mniej popularne kreacje teatralne), zarazem sprawiając, że cała epoka zaczynała mówić Stuhrem. Gdyby spytać dziś w sondzie ulicznej o festiwal piosenki w Opolu, część ankietowanych na pewno nadal wymieni występ Jerzego Stuhra z 1977 roku, kiedy przekonywał Polskę, że „śpiewać każdy może”. Gdyby wspomnieć o specyficznym klimacie lat 90., ich melodią dla wielu okaże się „Orła cień” w niepodrabialnej aranżacji komisarza Ryby z „Killera” Juliusza Machulskiego. Ja sam - ilekroć myślami wracam do czasów późnego dzieciństwa - ląduję ze wzruszeniem przy wspomnieniu Johna Pollacka, nieco zapomnianej dziś kreacji Stuhra z klimatycznego „Deja vu” Machulskiego. Rosyjski z amerykańskim akcentem w wykonaniu Polaka? Dla Jerzego Stuhra nie było to wyzwanie. Nawet teraz w pamięci słyszę, jak wyrzuca za drzwi namolną komsomołkę ze słowami „żensczyna, uchadi”.
Role Jerzego Stuhra, pisze Kosiński, były rekonstrukcją powagi spraw codziennych. W pewnym sensie był więc także historykiem, który z faktów tka własną metaopowieść. A że czynił to bez patosu i z lekkością? To wśród historyków potrafią akurat tylko najwybitniejsi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















