Na przełomie wieków XIX i XX Europa miała swój punkt krytyczny. Zwany Dreikaiserreichecke, Zakątek Trzech Cesarstw, leżał nad rzeką Przemszą, na pograniczu Górnego Śląska i Zagłębia. Była to nie tylko osobliwość polityczno-geograficzna (styk granic Prus, Rosji i Austro-Węgier), ale też „śluza”, przez którą przetaczała się masa ludzka. Opuszczając galicyjskie i rosyjskie wsie, wyruszała w świat za lepszym życiem.
W ten sposób Mysłowice, położone właśnie tam, stały się na przełomie wieków jednym z największych punktów tranzytowych w Europie. W latach 1900-14 przez tutejszą stację kolejową przeszło, według oficjalnych danych, prawie półtora miliona ludzi. Stacja była wydajna i nowoczesna. Dysponowała łaźniami, punktami rejestracyjnymi, miejscami noclegowymi, stołówkami i biurami wielkich linii oceanicznych, jak Hapag czy Norddeutscher Lloyd.

Niewielkie wówczas miasto stało się jednym z najważniejszych miejsc dla agencji spedycyjnych na mapie świata. Stąd emigranci mogli dojechać koleją prosto do portów Hamburga, Bremy, Antwerpii i dalej za ocean, do Nowego Jorku, Buenos Aires, Rio de Janeiro czy Baltimore.
Jednak dla wielu Mysłowice nie były tylko przystankiem w drodze do raju, lecz miejscem, gdzie ich życie zostało sprzedane – za kilka rubli lub marek.
Mysłowice jako centrum emigracji i punkt handlu kobietami
W tym chaosie, huku parowozów i gwarze różnych języków wyrosły fortuny budowane na najstarszym towarze świata: ludzkiej nadziei. Na szczycie tej piramidy stali ludzie, którzy opanowali sztukę żonglowania prawem i korupcją.
Był personifikacją zbrodni w białych rękawiczkach: Max Weichmann, agent linii oceanicznych, szanowany przedsiębiorca z koncesją na sprzedaż biletów transatlantyckich. Jego biuro w Mysłowicach było pułapką idealną. Gdy zgłaszała się do niego samotna kobieta, nie musiał używać siły. Starczyło kłamstwo: „Do Nowego Jorku nie ma już miejsc, ale mam ostatni bilet do Argentyny. Tam znajdzie pani pracę w znanej mi szwalni”.
W ten sposób, fałszując przy okazji dokumenty, Weichmann wysyłał ofiary prosto w objęcia przestępczej organizacji Zwi Migdal w Buenos Aires. Kierowali nią stręczyciele i właściciele domów publicznych, specjalizujący się w przemycaniu kobiet z Europy Wschodniej. Członkami gangu byli Żydzi z ziem polskich, a ich ofiarami w większości polskie Żydówki.
Bracia Lubelscy i werbunek kobiet z Galicji oraz Kongresówki
Inny styl reprezentowali bracia Adolf i Izaak Lubelscy. Stworzona przez nich sieć werbowników opierała się na „strykerach”, przedstawicielach terenowych, „czarusiach” o miłej aparycji. Przeczesywali oni biedne regiony Galicji i Kongresówki, obiecując młodym, niewykształconym i zdesperowanym kobietom awans społeczny i pracę za oceanem jako guwernantki, kelnerki, szwaczki czy sprzątaczki.
Werbunek kobiet był procesem psychologicznym, który dziś nazwalibyśmy groomingiem. Agenci Lubelskich operowali obietnicą dostatku, ujmowali uśmiechem, chęcią pomocy i złudną obietnicą. Jeśli dziewczyna nie miała paszportu, co było powszechne, załatwiali jej fałszywy dokument. Oferowali ubranie, tymczasowe zakwaterowanie, przejazd. Roztaczali przed nią hipnotyzujące perspektywy.
W tym momencie ofiara stawała się zakładniczką: była im winna pieniądze, co zmuszało ją do posłuszeństwa. Finał był tragiczny: zamiast obiecanych posad, kobiety trafiały w ręce męskich drapieżników, którzy bez skrupułów szantażowali je i wykorzystywali.
Fałszywe małżeństwa, długi i przemoc wobec ofiar handlu ludźmi
Inną metodą było oszustwo „na sztil” – ciche, fikcyjne małżeństwo. Agent brał pozorowany ślub z dziewczyną, często opłacając wcześniej długi jej rodziny, co budowało dług wdzięczności i kobiety, i jej rodziny. Po ceremonii „mąż” zabierał „żonę” w podróż do lepszego świata.
Pierwszym przystankiem były Mysłowice. Tu czar pryskał. W prywatnych mieszkaniach Lubelskich dochodziło do „łamania” ofiar. Jeśli dziewczyna nie miała paszportu, handlarze załatwiali fałszywe papiery za wielką na owe czasy kwotę 30 rubli. Ofiara stawała się niewolnicą długu. Ostatecznie bezradne i zastraszane kobiety trafiały do domów publicznych w Brazylii, Argentynie lub USA.
Ważnym elementem powodzenia tego procederu była obecność kobiet w siatce przestępców. Dokumenty wachmistrza Franciszka Halemby – jedynego sprawiedliwego w mysłowickiej policji – wspominają o postaciach takich jak Sara Osiecka. Podawała się za właścicielkę bezpiecznego pensjonatu, była „dobrą ciocią”, która koiła nerwy dziewcząt, uspokajała, usypiała czujność. Te bez oporu ruszały w kolejne etapy swojej gehenny.
Galicyjska prasa ostrzegała przed agentami emigracyjnymi
Problem zauważała ówczesna prasa. Choćby wydawana we Lwowie „Gazeta Kościelna”, która w kwietniu 1913 r. przestrzegała czytelników: „Anormalne stosunki wychodźcze w Galicyi. Wyzysk, uprawiany na naszych emigrantach, nie byłby jeszcze tak straszną klęską, gdyby nie plaga tysiącznej rzeszy pokątnych agentów emigracyjnych, grasujących w najdalej nawet odległych zakątkach”.

I dalej: „Już sam wyraz pokątny agent emigracyjny – a innych agentów emigracyjnych prawie że niema, bo prawo austryackie nie uznaje agentów emigracyjnych – dowodzi, że jest to człowiek nie szanujący prawa, nie posiadający ustalonych kwalifikacyi do spełniania funkcyi agenta, że jest to samozwaniec. Agenci emigracyjni w Galicyi należą zazwyczaj do ludzi najgorszego gatunku”.
Korupcja w Mysłowicach chroniła handlarzy kobiet
Max Weichmann stworzył w Mysłowicach system korupcyjny, który można nazwać parasolem ochronnym. Naprzeciw dworca znajdowała się restauracja, w której miejscowi urzędnicy i policjanci jedli i pili na jego koszt. Za to wyżsi urzędnicy, jak burmistrz czy skorumpowani rajcy miejscy, otrzymywali za swoje milczenie bardziej wyrafinowane gratyfikacje: od gotówki po luksusowe serwisy stołowe.
Sieć wzajemnych długów, przysług i wspólnego biesiadowania sprawiała, że protesty i wołania o pomoc stawały się dla żandarmów niesłyszalne. Współudział stróżów prawa potęgował poczucie bezsilności i beznadziei. Gdy czasem zmowa milczenia była przerywana, gdy pojawiały się doniesienia o handlu ludźmi, prokuratura – związana towarzysko z elitą miasta – regularnie umarzała śledztwa, twierdząc, że nie dopatruje się znamion przestępstwa.
W morzu bezimiennych ofiar przetrwało nazwisko Dwojry Sznycer. Jej historia stała się symbolem, który wyrwał Europę z letargu. Pochodząca z biednej rodziny pod Tarnowem, uwiedziona przez agenta obietnicą małżeństwa, została przepchnięta przez Mysłowice pod fałszywym nazwiskiem. Dopiero w Buenos Aires, zamknięta w domu publicznym, zrozumiała, że jej „mąż” jest jej właścicielem.
Dwojra była jedną z nielicznych, którym udało się uciec i zeznawać przed międzynarodowymi komisjami, m.in. Jewish Association for the Protection of Girls and Women. Jej relacje zmusiły władze w Berlinie do reakcji. Ale była to reakcja spóźniona i powierzchowna.
Dwojra Sznycer, Franciszek Halemba i proces handlarzy
Każdy mroczny system ma swojego antagonistę, który zwykle kończy tragicznie. W Mysłowicach był nim wachmistrz Franciszek Halemba. Ten miejscowy policjant jako jedyny nie dał się zaprosić na obiady Weichmanna. Z uporem dokumentował, przesłuchiwał ofiary i próbował przebić się przez mur milczenia. Reakcja systemu była skuteczna. Gdy Halemba dotarł zbyt wysoko, protektorzy Weichmanna sprawili, że został oskarżony o niesubordynację i wyrzucony ze służby.
W końcu jednak doszło do procesu Samuela Lubelskiego i jego wspólników. Stało się to w Bytomiu w 1914 r. Prasa wiele sobie po nim obiecywała: obnażono mechanizmy handlu kobietami, pokazano skalę (tysiące kobiet rocznie). Ale wyroki były niskie: kilka lat więzienia uznano za próbę zamiecenia sprawy pod dywan.
Państwo pruskie, stojące u progu wojny, nie mogło pozwolić sobie na przyznanie, że jego struktury w Mysłowicach były skorumpowane. Najpotężniejsi protektorzy handlarzy nigdy nie zasiedli na ławie oskarżonych.
Dziś, patrząc na wody Przemszy, warto pamiętać, że pod ich spokojną powierzchnią kryje się pamięć o tysiącach kobiet, dla których Mysłowice były ostatnim miejscem, gdzie miały imię i nadzieję. Pozostała po nich lekcja, że walka z handlem ludźmi to w istocie walka z systemem, który za odpowiednią cenę obiecuje odwrócić wzrok.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















