A wyście zeszłej nocy w ogóle spali? Czy tak jak ja – krótka, niekojąca drzemka, budzik nastawiony na drugą, a potem oczy wbite w laptop do rana? Oczy podkrążone, bo lekkomyślnie nagromadziłem niewyspanie. Zamiast zamknąć solidnym snem ostatni weekend względnego spokoju w geopolityce, poprzednią jeszcze noc spędziłem u podnóży Kaukazu po azerskiej stronie. Razem ze mną ćwierć miliona ludzi oglądało świeżo opublikowany filmik, na którym starsza gospodyni w wiejskim obejściu piecze placek z miąższem owoców hurmy wschodniej. Świadomie używam dziwnej botanicznej nazwy na owoce znane każdemu – zwłaszcza w listopadzie, gdy dojrzewają – jako kaki, bo jest w niej szczypta egzotyki, która w moich oczach spowija zagrodę pani Azizy. Gotuje ona w sposób łatwo zrozumiały nawet dla mieszkańców Zachodu, choć niektóre jej składniki i metody są specyficzne. Z liści szczawiu na przykład – wielkich jak łopuch – splata najpierw warkocze, które suszy na sznurach, a podsuszonych używa jako dodatek do mięsa. Ale to przyjemne napięcie bliskości i obcości nie tłumaczy jeszcze, czemu kanał o banalnej nazwie „Country life vlog” (co zwróciło uwagę nawet „Economista”) odniósł trwały sukces w branży – by użyć obcego słowa – foodowej.
A nawet slowfoodowej, bo każdy z setek filmów trwa ponad dwadzieścia minut, z czego dobra połowa to medytacyjne przebitki na bukoliczne sceny z obejścia, zabawy kotów i koguta, bezcelowe gonitwy psa, kapanie wody z wiadra, gałęzie w sadzie kołysane wiatrem. Gdzieś w tle mąż gospodyni raz czy drugi machnie motyką w ogrodzie albo przytoczy taczkę ze szczapami do stojącego w ogrodzie pieca. Jest nawet oswojona wrona rodem z zabawnej kreskówki, która cierpliwie czeka na orzecha, gdy gospodyni tłucze ich całą górę do ciasta z kaki. Porcje bowiem tu są iście gospodarskie, nie rozpala się przecież pieca, żeby upiec omlecik z dwóch jaj.
Subskrybentów jest prawie siedem milionów (dla porównania, liderzy gatunku w czterokrotnie ludniejszej Polsce ledwo dochodzą do dwóch, a np. Jego Wszechobecność Robert Makłowicz ma ich sześćset tysięcy). Opowieści są prawie nieme, wielka to ulga po słownej gorączce influencerów, pełno za to dyskretnych dźwięków tła, szelestów, skwierczenia, kapania, krojenia i szumu liści – jakby to był seans ASMR, czyli tej osobliwej, prawie erotycznej błogości wywoływanej ponoć przez specjalne, ciche dźwięki. Jestem na to nieczuły, ale dźwiękowa materia tych filmów wprowadza mnie w głęboką, przyjemną niespieszność.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Jeśli jeszcze przez chwilę spojrzeć przez pryzmat liczb na ten udany (także biznesowo – każde wyświetlenie to jeden cent od Google’a) projekt medytacji nad bulgoczącą potrawką, to na liście odtworzeń królują filmy o przetworach – na Kaukazie robią cuda z kiszonek, np. piękną mieszankę szatkowanych warzyw pozawijanych w zgrabne rolki z liścia kapusty. O przerabianiu owoców na dżemy i syropy. O zbieraniu i prażeniu migdałów. Także na polskich czołowych kanałach, obok niezbędnych do życia tematów, jak test mrożonej pizzy albo chińskich zupek, filmy o upychaniu kapusty do słoja są zawsze na topie. Niech mi psycholodzy społeczni wybaczą amatorską teorię spod ubabranego sosem palca, ale przetwory odwołują się chyba do silnej w nas potrzeby bezpieczeństwa. Nawet jeśli wychowaliśmy się w nowoczesnym miejskim otoczeniu i babcia nie zajmowała nam parapetów słojami, to te procedury jeszcze przez kilka pokoleń będą wyzwalać atawistyczną ufność, że uda się przetrwać jutro. A nawet pojutrze.
Cykle agrarne przestały budzić zbiorowe lęki, ale to, czego się teraz obawiamy i przez co siedziałem na łączach w ostatnią noc, to znacznie więcej niż sroga zima albo głodne tygodnie przednówka.
Makaron z kaki
Owoce kaki należy jadać, gdy już są bardzo, ale to bardzo dojrzałe, prawie się rozpadają. Można je odłożyć na talerz obok jabłek, szybciej dojdą. Jeśli złapiemy je w optymalnym punkcie, dostarczą ciekawej kwaskowości, odpowiedniej także do mięs (można dołożyć je do pieczeni pod koniec) albo w postaci przecieru jako dodatek do serów. Dobrze też się żenią ze słonym anchois.
- 300 g krótkiego makaronu
- biała część z 3 łodyg selera naciowego
- 1 garść natki pietruszki
- 5 filecików anchois
- 1 kaki
- czosnek
- oliwa
- cytryna lub limonka
Kroimy owoc kaki na duże kawałki i macerujemy kilka minut w soku z cytryny. Siekamy drobniutko seler i natkę. Rozpuszczamy na patelni na oliwie z czosnkiem fileciki anchois, dodajemy selera, dusimy krótko, sypiemy natkę, podlewamy wodą z makaronu, który gotujemy na palniku obok. Przerzucamy na patelnię ugotowany makaron, mieszamy, na talerzu dodajemy kawałki kaki i parę wiórków parmezanu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















