Jak Silvio odbywa swoją karę

Groteska jak z filmu Morettiego – tak pewien włoski korespondent komentował spektakl, którego był uczestnikiem w miniony piątek.
Czyta się kilka minut

Setka dziennikarzy z prasy i TV koczowała od świtu przed ośrodkiem opiekuńczym pod Mediolanem – otoczonym barierkami, policją i ekipą prywatnych osiłków – by uchwycić moment, gdy pod drzwi pawilonu dla chorych na Alzheimera podjedzie limuzyna Silvia Berlusconiego. Tu właśnie ekspremier i główny lider polityczny ostatniego dwudziestolecia Włoch odbywa nakazane przez sąd prace społeczne.

Potem jak stado baranów wszyscy stali cztery godziny w nadziei, że po spełnionym obowiązku Silvio rzuci choć słówko. „Poszło dobrze” – oznajmił, dodając, że dyrekcja prosiła, by nie urządzał tu konferencji. Na dłuższe wywody pozwolił sobie potem w TV: relacjonował, że na razie zapoznał się z obiektem, że opowiadał pacjentom dowcipy i rozmawiał o Milanie; jako właściciel tego klubu ma wspólne tematy z wiekowymi kibicami. Obiecał, że następnym razem przywiezie klubowe zegarki.

Taka to będzie kara za 20 lat przekrętów i psucia demokracji: przynosić staruszkom gadżety (za które nie płaci), pogadać o meczach, uścisnąć do zdjęcia rozanieloną córkę pacjenta, czasem podać coś lekarzom i wolontariuszom, którzy naprawdę są tu z chorymi. W istocie to oni ponoszą największą karę: w ośrodku nie da się normalnie pracować; wszyscy, w tym rodziny pacjentów, dostali specjalne identyfikatory; w wyznaczone dla Silvia dni trzeba przebijać się przez kordony i przyzwyczaić do smutnych panów ukrytych w schowku na szczotki.

Skoro ani to dotkliwe dla ukaranego, ani pożyteczne, a do tego zamienia się w medialną szopkę – jaki w tym sens? Ano w tej szopce, w tych ekipach TV i fotoreporterach wdrapujących się na jedyne drzewo na dziedzińcu. Jałowość ich pracy, z punktu widzenia dziennikarskiej misji, bije tak po oczach, że tym łatwiej rozumiemy, iż nie są tam jako dziennikarze. Są przedłużeniem oczu i uszu gawiedzi, która w każdej epoce lubi popatrzeć, jak wieszają złodzieja. Nieważne, czy akurat on nakradł najwięcej. Ważne jest okresowe przekonanie się, że „jest sprawiedliwość na tym świecie”.

Różne epoki mają swoje standardy kary, litości i trwogi. Ostatnie publiczne egzekucje nasza cywilizacja urządzała po 1945 r. Zamiast chłosty dziś można dostać grzywnę za czyny lubieżne lub trafić na okładkę brukowca. 70-letnich łapowników nikt nie wsadza do lochu, tym bardziej że widok możnego łotra, który musi się schylić do zwyczajnej pracy, ma swą dydaktyczną moc. Obejrzawszy obrazki spod Mediolanu, łatwiej potem znieść paradę ludzi proszących o wysłanie ich do Brukseli. Choć w wielu przypadkach powinni raczej popracować w hospicjum lub schronisku dla zwierząt.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 20/2014