Micheil Kawelaszwili, jeden z najlepszych gruzińskich futbolistów z ostatniej dekady XX stulecia, gdy Gruzja, po domowych wojnach, budowała dopiero swoją niepodległość, zostanie w sobotę wybrany na prezydenta. Jest jedynym kandydatem na to stanowisko, a wybierać go będą posłowie Gruzińskiego Marzenia, partii, która rządzi w Tbilisi od dwunastu lat, a pod koniec października ogłoszona została zwyciężczynią czwartych już z rzędu wyborów do parlamentu. Gruzińska opozycja nie uznała wyniku elekcji, twierdzi, że Marzyciele oszukiwali, i domaga się powtórki wyborów, tyle że już pod międzynarodowym nadzorem. Opozycyjni posłowie bojkotują parlament i nie zasiądą też w kolegium elektorskim, mającym wybierać nowego prezydenta. Nie zagłosują więc przeciwko kandydaturze Kawelaszwilego, który ma szansę zwyciężyć jednogłośnie.
Piłkarz na prezydenta
Gruziński eks-piłkarz zostanie w ten sposób drugim po George’u Weah piłkarzem wyniesionym na urząd prezydenta. Weah, najlepszy piłkarz w dziejach Afryki i jedyny z Afryki, który w 1995 roku zdobył tytuł najlepszego futbolisty na świecie, został wybrany na prezydenta ojczystej Liberii i rządził nią w latach 2018-24.
Występowali na boiskach w tym samym mniej więcej czasie, ale Kawelaszwili nigdy nie dorównywał Liberyjczykowi. Był raczej wyrobnikiem, a nie mistrzem, a co dopiero arcymistrzem. Kiedy w 1995 roku George’a Weah ogłaszano najlepszym piłkarzem na świecie, młodszy o pięć lat Kawelaszwili (rocznik 1971), po udanych występach w Dynamie Tbilisi i kilku zdobytych mistrzostwach Gruzji, przeszedł do drużyny Spartak-Alania Władykaukaz z Północnej Osetii i zdobył z nią kolejne mistrzostwo, tym razem Rosji. Bramkostrzelny napastnik ze Wschodu wzbudził zainteresowanie nawet w angielskiej Premier League, uchodzącej za najlepszą, piłkarską ligę świata, i w 1996 roku Kawelaszwili podpisał kontrakt z Manchesterem City.
Debiut miał jak marzenie – strzelił bramkę w rozgrywanym na własnym boisku derbowym pojedynku z Manchesterem United. City przegrało jednak tamten mecz 2-3 i spadło z ligi (dopiero w 2008 r. drużynę kupią szejkowie z Abu Zabi i Dubaju i szastając petrodolarami sprowadzą do niej najlepszych na świecie piłkarzy i najlepszego na świecie trenera Pepa Guardiolę). W drugiej lidze angielskiej Gruzin zagrał ponad 20 razy i strzelił tylko dwa gole. Władze brytyjskiego futbolu uznały, że to za mało, by wydać mu pozwolenie na pracę w Anglii.
Kawelaszwili pożegnał Manchester i przeniósł się do Szwajcarii. Spędził tam dziesięć lat grając w drużynach z Zurychu, Lucerny, Aarau i Bazylei (w 2004 r. na krótko wrócił do Alanii Władykaukaz), zdobywając w 1998 r. szwajcarskie mistrzostwo. W latach 1991-2001 zagrał prawie pół setki meczów w reprezentacji Gruzji (byli w niej wtedy także m.in. bracia Szota i Archil Arweladze, Giorgi Kinkladze, Temur Kecbaja i młodsi, Lewan Kobiaszwili, Kachaber Kaladze czy Giorgi Demetradze – w tamtych czasach Gruzja miała świetnych piłkarzy, ale kiepską drużynę) i strzelił dla niej 10 goli. Kończył powoli karierę, gdy jesienią 2005 r. George Weah po raz pierwszy – jeszcze bez powodzenia – stawał do wyborów prezydenckich w Liberii.
Agresywny prawoskrzydłowy
Skończywszy sportową karierę i zaczynając polityczną, Weah, jak na arcymistrza i bohatera ludowego przystało, od razu mierzył w cel najwyższy – prezydenturę. Dopiero gdy przegrał pierwsze wybory, cofnął się o krok, a nawet dwa, wyjechał do USA, gdzie zrobił maturę i zdobył akademicki dyplom (przeciwnicy polityczni wyśmiewali jego brak wykształcenia), stanął do wyborów do Senatu i został senatorem. I dopiero potem, lepiej przygotowany i bardziej doświadczony, ponownie zgłosił się do wyborów prezydenckich (w 2017 r.) i tym razem już wygrał.
Kawelaszwili również wybrał politykę, ale poprzeczkę zawiesił sobie niżej Liberyjczyk. Podobnie jak Weah próbował trenerki, jeszcze w Szwajcarii, ale zajęcie szybko go znudziło (Weah jako trener osiągnął niebywałe sukcesy i w 2002 r. omal wprowadził drużynę Liberii do finału piłkarskich mistrzostw świata w Japonii i Korei). Kawelaszwili też wrócił do ojczyzny, a w 2015 r. ubiegał się o posadę prezesa gruzińskiej federacji piłkarskiej. Został odrzucony, ponieważ nie miał wymaganego wyższego wykształcenia (prezesem został i do dziś nim pozostaje inny były piłkarz Lewan Kobiaszwili). Dopiero wtedy, rozczarowany futbolem, a może nawet nań obrażony, zajął się polityką.
W 2016 r. stanął do wyborów parlamentarnych jako kandydat rządzącej od czterech lat partii Gruzińskie Marzenie, założonej przez najbogatszego z Gruzinów, dolarowego miliardera Bidzinę Iwaniszwilego. W tamtych czasach oligarcha chętnie gromadził wokół siebie sławnych gruzińskich myślicieli, pisarzy, malarzy, aktorów i atletów, rozczarowanych burzliwymi rządami prezydenta Micheila Saakaszwilego (2003-2013) i klęską poniesioną w wojnie z Rosją w 2008 r.
Kawelaszwili został posłem. W 2020 r. ponownie stanął do wyborów parlamentarnych i zachował mandat. Dopiero wtedy zaczął się wyróżniać jako zagończyk Iwaniszwilego. Wcześniej nikt nie znał jego poglądów na życie i świat, ale odkąd w lutym 2022 r. Rosja najechała na Ukrainę, a Gruzja, z ostrego kursu na Zachód zaczęła przybierać dużo ostrożniejszy, między Zachodem i Wschodem, Kawelaszwili objawił się jako jako główny krytyk Zachodu i liberalnej demokracji.
W czerwcu 2022 r. oficjalnie wystąpił z Gruzińskiego Marzenia i z kilkoma innymi posłami założył sprzymierzony z Marzycielami ruch „Siła narodu”, odwołujący się do gruzińskiego nacjonalizmu, prawosławia i tradycji. Wyklinał w parlamencie Unię Europejską i cały Zachód (w 2017 r. Marzyciele zapisali w konstytucji, że obowiązkiem każdego gruzińskiego rządu jest integracja z Zachodem) jako współczesną „Sodomę i Gomorę”, i „globalną partię wojny”, zamierzającą popchnąć Gruzję do wojny z Rosją, by otworzyć na Kaukazie drugi wojenny front przeciwko Moskwie i odciążyć Ukrainę. Nie przebierając w słowach, wyzywał zwolenników Zachodu od zdrajców, a zachodnich ambasadorów w Tbilisi – od wojennych wichrzycieli i wywrotowców, spiskujących przeciwko prawowitym władzom Gruzji.
W 2023 r. był jednym z pomysłodawców uchwalenia wzorowanej na rosyjskiej „ustawy o obcych agentach”. Wówczas została odrzucona pod naciskiem ulicznych wystąpień, ale w tym roku, w maju, mimo ponownych burzliwych protestów, zdominowany przez Marzycieli parlament przyjął ją, a latem uchwalił dodatkowo kolejną wzorowaną na rosyjskiej ustawę „o ochronie wartości rodzinnych” i przeciwko „propagandzie LGBT”.
W Gruzji mówiono, że Kawelaszwili i jego „Siła narodu” mówią głośno to, co myśli Iwaniszwili, ale do czego niezręcznie, mając na względzie Zachód, jest mu się otwarcie przyznać. Przed tegorocznymi wyborami pod koniec października „Siła narodu” rozwiązała się, a jej przywódcy z Kawelaszwilim na czele znów wstąpili do Gruzińskiego Marzenia i ponownie zdobyli poselskie mandaty.
Wzór gruzińskiego mężczyzny
„Przyzwoitość, sprawiedliwość, patriotyzm i wierność zasadom – to zalety, które wyróżniają Micheila Kawelaszwilego. Jego charakter czy też, jeśli wolicie, jego habitus czynią go wzorem gruzińskiego mężczyzny. Jest wspaniałym mężem i ojcem czwórki dzieci. Jestem przekonany, że dzięki niemu urząd prezydenta odzyska godność, którą mu odebrano” – tak przedstawiał Iwaniszwili wybrańca Marzycieli na nowego prezydenta Gruzji.
Kawelaszwili jest mężczyzną młodym (53 lata to na polityka wiek młody), wysokim (182 cm), okazałym i przystojnym (de gustibus non est disputandum), mówi po rosyjsku, dogada się pewnie po angielsku i niemiecku i obytym w świecie (piłkarska młodość zeszła mu w Rosji, Anglii, Szwajcarii). Ale gruzińska opozycja uważa, że na prezydenta zupełnie się nie nadaje. Najzłośliwsi przeciwnicy twierdzą wręcz, że na urzędzie prezydenckim stanie się pośmiewiskiem i że właśnie o to jego dobrodziejowi Iwaniszwilemu chodzi.
Opozycja przekonuje, że Kawelaszwili będzie jedynie popychadłem bogacza, nie stać go będzie na jakąkolwiek samodzielność, nie ma pojęcia o świecie ani dyplomacji, a swomi gafami, którymi jako poseł śmieszył Gruzinów, pełniąc funkcję prezydent przyniesie im tylko wstyd. Że jest dla Iwaniszwilego jak ten koń, którego rzymski cesarz Kailigula ogłosił senatorem.
Przeciwnicy Marzycieli podejrzewają, że Iwaniszwili postanowił wybrać piłkarza na prezydenta, żeby utrzeć nosa Zachodowi. Awansował znanego z niechęci do Zachodu Kawelaszwilego, żeby pokazać, iż nie myśli znosić połajanek z Waszyngtonu i Brukseli, a to jak rządzi Gruzją, jest wyłącznie jego sprawą i nikomu nic do tego.
Krytycy sarkają, że brak wykształcenia nie pozwolił Kawelaszwilemu zostać prezesem piłkarskiej federacji, ale Iwaniszwili uznał, że nie jest to przeszkoda, by uczynić go prezydentem (oficjalna biografia Kawelaszwilego mówi, że zaczął studia na wydziale ekonomii na uniwersytecie tbilskim, ale – jak to w przypadku niejednego polityka – nie wspomina słowem, jak się ta nauka skończyła. „Gruzińska konstytucja i nie tylko gruzińska nie mówi nic o wykształceniu prezydenta, a miłości do ojczyzny i wierności jej nie zapewni żaden dyplom” – przekonuje sekretarz generalny Marzycieli Mamuka Mdinaradze: „A pod tym względem Micheil Kawelaszwili nawet bez dyplomu jest lepiej wykształcony od innych. Mieliśmy już prezydentów z kilkoma dyplomami i jak to się skończyło?”.
Kłopoty bogacza z prezydentami
Iwaniszwili, niekoronowany król Gruzji, który uważa ją za swoją własność, najchętniej w ogóle zniósłby urząd prezydenta, ale nie ma w parlamencie wystarczająco wielu posłów (musiałby mieć większość dwóch trzecich), by zmienić konstytucję. Kiedy wygrywał w 2012 r. wybory, prezydent sprawował w Gruzji pełnię władzy. Odebrał mu ją Saakaszwili, który pod koniec drugiej i ostatniej kadencji, nie mogąc dłużej rządzić jako prezydent, chciał pozostać u władzy jako premier. Kazał więc swoim posłom, by wzorem znienawidzonego rosyjskiego przywódcy Władimira Putina poprawili konstytucję, odebrali władzę prezydentowi i powierzyli ją szefowi rządu. Saakaszwili wszystko miał już gotowe, ale jego partia przegrała wybory parlamentarne w 2012 r. i władza, którą szykował dla siebie, dostała się jego przeciwnikom, Iwaniszwilemu.
Na swojego pierwszego prezydenta, a czwartego prezydenta Gruzji (pierwszy, Zwiad Gamsachurdia panował w latach 1991-92, jego następca, Eduard Szewardnadze – w latach 1992-2003, a Saakaszwili w latach 2003-2013) Iwaniszwili wybrał skromnego, niedźwiedziowatego filozofa Giorgiego Margwelaszwilego, bezpartyjnego, pozbawionego politycznych ambicji i niezależnej, politycznej bazy. Miał być jedynie figurantem oligarchy, ale rola ta szybko przestała mu odpowiadać i równie szybko się z nim pokłócił. Poszło o wzniesiony przez Saakaszwilego prezydencki pałac, z którego Iwaniszwili kazał się swojemu wybrańcowi natychmiast wyprowadzić. Margwelaszwili nie posłuchał, a w ślad za tym nieposłuszeństwem poszły następne i pod koniec swojego panowania o filozofie z prezydenckiego pałacu mówiono w Gruzji, że bliżej mu do opozycji niż do Marzycieli.
Na następcę Margwelaszwilego (nie chciał ubiegać się o drugą kadencję) Iwaniszwili wybrał damę. Salome Zurabiszwili przyszła na świat w Paryżu, w rodzinie gruzińskich emigrantów, którzy na początku XX wieku uciekli do Francji przed bolszewikami. Wróciła do Gruzji po „rewolucji róż”, by stanąć na czele francuskiej ambasady w Tbilisi, ale Saakaszwili namówił ją, by przeszła na służbę starej ojczyzny i powierzył jej stanowisko szefowej dyplomacji. Wkrótce się poróżnili i pani Salome ustąpiła z urzędu. Iwaniszwili uznał ją za doskonałą kandydatkę na prezydenta. Liczył, że dzięki swoim znajomościom zapewni mu życzliwość Zachodu, z którego się wywodzi, a bez politycznego zaplecza w Tbilisi i wciąż w Gruzji nieco obca będzie mu całkowicie posłuszna i od niego zależna.
Ale pani Salome zbuntowała się jeszcze bardziej niż Margwelaszwili, a pod koniec prezydentury (2018-2024) nie tylko przeszła do obozu opozycji, ale objęła jego przywództwo. Sprzeciwiła się autokratycznym tęsknotom Marzycieli i zwrotowi w polityce zagranicznej z Zachodu na Wschód. Nie uznała też wyników październikowych wyborów i wraz z opozycją żąda ich powtórzenia.
Kłopoty z prezydentami sprawiły, że Iwaniszwili postanowił zerwać ze zwyczajem wybierania ich w powszechnej elekcji i zgodnie z poprawioną na jego życzenie konstytucją, szósty prezydent Gruzji po raz pierwszy zostanie wybrany przez kolegium elektorskie, składające się z posłów i radnych z samorządów. Jeśli w pierwszym głosowaniu żaden z kandydatów nie zdbędzie większości dwóch trzecich głosów, w drugiej do zwycięstwa wystarczy zwykła większość. Iwaniszwili liczy, że wybrany w ten sposób prezydent będzie jeszcze słabszy, pokorniejszy i łatwiej będzie wymóc na nim posłuszeństwo.
Pani Salome wciąż jednak przysparza kłopotów. Twierdzi, że wybrany pod koniec października parlament jest nielegalny, więc nie ma prawa wybierać prezydenta. Jej kadencja dobiega końca 16 grudnia, ale Gruzinka upiera się, że nie złoży prezydentury, dopóki nie zostanie wybrany nowy, prawowity parlament, który wybierze jej następcę. Jeśli więc, mimo jej sprzeciwów, w sobotę głosami Marzycieli piłkarz zostanie wybrany na prezydenta, Gruzja będzie mieć ich aż dwoje.
Gruzja republiką piłkarzy
George Weah nie okazał się dobrym przywódcą i przed rokiem, w kolejnym wyborach, nie udało mu się wywalczyć reelekcji. Pogodził się jednak z wolą rodaków, a oni przyznali, że przegrał i oddał władzę tak samo pięknie, jak kiedyś wygrywał na boisku.
W Gruzji czas piłkarzy w polityce zdaje się dopiero nastawać. Kawelaszwili zostanie prezydentem, a w parlamencie (a także w fotelu prezesa piłkarskiej federacji) zasiada Lewan Kobiaszwili, który dzięki sukcesom gruzińskiej drużyny cieszy się – w przeciwieństwie do Kawelaszwilego – zgodnym szacunkiem.
Największy apetyt na politykę i władzę ma 46-letni Kachaber Kaladze, jeden z najlepszych, a z pewnością najbardziej utytułowany piłkarz, jakiego wydała Gruzja (5-krotny mistrz Gruzji, 3-krotny mistrz Ukrainy, mistrz Włoch i dwukrotny zdobywaca Ligi Mistrzów). Po wspaniałej karierze sportowej zajął się równie udanie interesami, a w 2012 r. przystał do Iwaniszwilego i Marzycieli. Sądzono, że bogacz potraktuje sławnego atletę wyłącznie jako wyborczą lokomotywę, a potem odsunie na bok, ale Iwaniszwili wziął Kaladzego do rządu jako wicepremiera i ministra energetyki, awansował do władz partii. Od 2017 r. Kaladze jest burmistrzem Tbilisi i jednym z najbardziej wpływowych w Gruzji polityków. Wielu widzi w nim przyszłego premiera kraju.
Piłkarzy zawsze otaczał w Gruzji kult pół-bogów. Tym bardziej dziś, gdy nie tylko pojedynczy gracze, ale drużyna narodowa zaczęła wygrywać. W marcu, gdy reprezentacja Gruzji pokonała w rzutach karnych Grecję i jako pierwsza drużyna z Kaukazu zakwaifikowała się do finałowego turnieju o mistrzostwo Europy (w 2020 r. przegrali baraże z Macedonią), w Tbilisi zapanowała euforia większa niż po ogłoszeniu przed laty niepodległości. A kiedy w czerwcu Gruzini pokonali faworyzowaną Portugalię (wcześniej przegrali z Turcją i zremisowali z Czechami), awansowali dalej i przegrali dopiero z przyszłymi mistrzami, Hiszpanią (zakończyli mecz wynikiem 1-4, ale prawie do końca pierwszej połowy prowadzili 1-0), wesele i święto w Gruzji trwało prawie tydzień. Do dziś Gruzini wspominają, że był to ostatni raz, gdy byli zjednoczeni i nic ich nie dzieliło, nawet polityka.
Ale polityka szybko zazdrośnie upomniała się o swoje pierwszeństwo. W Gruzji trwały uliczne demonstracje i rozruchy, a tysiące demonstrantów przed parlamentem protestowało przeciwko rządom Marzycieli, którzy przyjęli ustawy „o zagranicznych agentach” i „propagandzie LGBT”, coraz ostrzej krytykowali Zachód i podważali sens przystępowania do europejskiej wspólnoty.
Polityka upomniała się też o piłkarzy. Marzyciele, chcąc przypisać sobie ich sukcesy, powtarzali, że gdyby nie ich dobre rządy, zwycięstwa futbolistów byłyby niemożliwe. Premier Irakli Kobachidze odznaczył piłkarzy państwowymi orderami, a Iwaniszwili wypłacił im 11 mln dolarów nagrody (do podziału wśród zawodników i trenerów). Wybierając byłego piłkarza Kawelaszwilego na prezydenta, również chciał przypodobać się rozkochanym w futbolu rodakom.
Większość piłkarzy z drużyny „Krzyżowców” opowiada się jednak za Zachodem, Europą i opozycją, a przeciwko zwrotowi na Wschód. Solidarność z protestującymi przed parlamentem wyrazili m.in. Giorgi Czakwetadze, Giorgi Koczoraszwili, Budu Ziwziadze czy Dżaba Kankawa (jeden z najlepszych w ostatnich latach gruzińskich piłkarzy zrezygnował z powołania do drużyny na mistrzostwa Europy, uznając, że jako prawie 40-latek powinien ustąpić miejsce młodszym), a przede wszystkim najlepszy dziś gruziński piłkarz, 22-letni Chwicza Kwaracchelia. „Przyszłość Gruzji jest w Europie” – ogłosił „gruziński Maradona”, czym rozwścieczył Kawelaszwilego. „Kwara, jeśli dojdzie u nas do wojny, ty z tymi swoimi słowami będziesz temu winien” – oświadczył przyszły prezydent Gruzji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















