Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Gra o wolność

Gra o wolność

02.11.2011
Czyta się kilka minut
Wojna o przyszłość kultury jest - jak zawsze - wojną o język. Na naszych oczach ścierają się dwa modele dystrybucji wiedzy: analogowy, oparty na kontroli dostępu w obiegu informacji, i cyfrowy, w którym informacje swobodnie krążą pomiędzy nadawcami a odbiorcami. Wojna toczy się o to, by świat cyfrowy stał się z powrotem analogowy.
T

Takie na przykład słowo jak "e-book". Termin semantycznie pusty, bo przecież coś takiego jak książka elektroniczna nie istnieje. Istnieją teksty: ciągi znaków dystrybuowane przez sieć w formie zer i jedynek. Istnieją też książki: przedmioty z papieru zszyte z jednej strony. Słowo "e-book" jest więc orężem w tej wojnie: ma nas przekonać, że nadal obcujemy z książką. Ale przecież nie obcujemy.

Wojna toczy się oczywiście o pieniądze. W świecie mediów analogowych informacja i medium stanowiły jedność. Papier i litera były ze sobą nierozerwalnie związane. Sprzedając literę, sprzedawało się papier. Sprzedając papier, sprzedawało się literę. W świecie cyfrowym tak się nie da. Ekran wyświetli nam cokolwiek tylko zechcemy, a informacja w formie cyfrowej daje się dystrybuować bezkosztowo na całym świecie. Informacja w formie cyfrowej ma jeszcze jedną cudowną właściwość. Kiedy damy komuś książkę, to tym samym my już jej nie mamy. Kiedy wyślemy komuś informację cyfrową, mamy ją i my, i obdarowany. Cudowne rozmnożenie.

Cudowne rozmnożenia i bezkosztowa dystrybucja nie są czymś, co cieszy biznesmenów przyzwyczajonych do czerpania zysku ze sprzedaży przedmiotów. Takich np. jak cegły, ziemniaki czy papier (także ten zadrukowany). Stąd "e-book" - słowo, które ma nas przekonać, że nic się nie zmieniło, że stare modele biznesowe ciągle działają, i że nie powinniśmy od informacji w formie cyfrowej wymagać niczego więcej niż od informacji w formie analogowej.

Jedyny model biznesowy, który działa w przestrzeni cyfrowej i pozwala efektywnie pobierać opłaty za treści, to model wertykalny, w którym jedna firma ma kontrolę nad całością procesu. Dzisiaj mamy tylko dwie takie firmy - Amazon i Apple. Mają one urządzenia i księgarnie internetowe, do których podłączone jest każde urządzenie i gdzie za odpowiednią opłatą można uzyskać dostęp do plików.

Ich sekret polega na tym, że klienci nie płacą za "e-książki". Płacimy nie za samą informację - plik, tekst, utwór - lecz za usługę: pewne i szybkie dostarczenie treści na nasze urządzenie, w całości i bez utrudnień. Bo przecież tę samą treść możemy znaleźć w wielu różnych miejscach: dostać mailem od kolegi lub ściągnąć z Megaupload. Jedno i drugie jest na dodatek całkowicie legalne - tak długo, jak długo my nie udostępniamy tej informacji nieznajomym. Ale znalezienie tej informacji zajmuje czas i wymaga pewnych kompetencji, dlatego znacznie prościej jest zapłacić.

W otwartej przestrzeni internetu istnieją wydzielone miejsca, które można nazwać - za tytułem płyty Świetlików - "ogrodami koncentracyjnymi". Bo ogrody koncentracyjne Apple i Amazona mają jeszcze jeden sekret - Digital Rights Managements. Plików, które otrzymujemy za ich pośrednictwem, nie możemy wykorzystywać w dowolny sposób. Systemy kontroli dostępu ograniczają nasze możliwości. Po co? Usiłują zamienić cyfrowe w analogowe.

Jedyny model biznesowy, który działa w przestrzeni cyfrowej i pozwala efektywnie pobierać opłaty za treści, to model wertykalny, w którym jedna firma ma kontrolę nad całością procesu. Dzisiaj mamy tylko dwie takie firmy - Amazon i Apple. Mają one urządzenia i księgarnie internetowe, do których podłączone jest każde urządzenie i gdzie za odpowiednią opłatą można uzyskać dostęp do plików.

Ich sekret polega na tym, że klienci nie płacą za "e-książki". Płacimy nie za samą informację - plik, tekst, utwór - lecz za usługę: pewne i szybkie dostarczenie treści na nasze urządzenie, w całości i bez utrudnień. Bo przecież tę samą treść możemy znaleźć w wielu różnych miejscach: dostać mailem od kolegi lub ściągnąć z Megaupload. Jedno i drugie jest na dodatek całkowicie legalne - tak długo, jak długo my nie udostępniamy tej informacji nieznajomym. Ale znalezienie tej informacji zajmuje czas i wymaga pewnych kompetencji, dlatego znacznie prościej jest zapłacić.

W otwartej przestrzeni internetu istnieją wydzielone miejsca, które można nazwać - za tytułem płyty Świetlików - "ogrodami koncentracyjnymi". Bo ogrody koncentracyjne Apple i Amazona mają jeszcze jeden sekret - Digital Rights Managements. Plików, które otrzymujemy za ich pośrednictwem, nie możemy wykorzystywać w dowolny sposób. Systemy kontroli dostępu ograniczają nasze możliwości. Po co? Usiłują zamienić cyfrowe w analogowe.

Systemy DRM z punktu widzenia autorów i czytelników mają istotne wady. Po pierwsze, są nieetyczne, gdyż odbierają prawa przysługujące nam na mocy ustawy o prawie autorskim, takie jak wykonanie kopii na prywatny użytek, cytowanie itp. Po drugie, antagonizują czytelników i autorów, a przecież nie ma takich autorów, którzy chcieliby utrudnić dostęp do swoich książek. Po trzecie wreszcie, odbierają nam kontrolę nad urządzeniami, z których korzystamy. Słynny był casus firmy Amazon, która odkryła, że nie posiada licencji na "1984" Orwella i... bez wiedzy czytelników wykasowała tę powieść z ich komputerów. Fakt, iż sprawa dotyczyła powieści Orwella, stał się symboliczny: żyjemy w społeczeństwie nadzoru. Ktoś inny ma kontrolę. Algorytmy, którym powierzamy swoją prywatność, nie są zaprogramowane na naszą korzyść.

Jest to gra, która skończy się zapewne zgniłym kompromisem; znajdziemy taki poziom kontroli, który jest społecznie akceptowalny, i wszyscy będziemy się świetnie bawić w ogrodzie koncentracyjnym. Scenariusz ten ma warianty narodowe. Polacy nie są tak wyczuleni na kwestię nadzoru jak Niemcy. Nie są też tak skłonni oddawać wolność w imię bezpieczeństwa jak Amerykanie. Poziom, na którym zatrzyma się to kompromisowe rozwiązanie, będzie zatem różny.

Ale nie jest to scenariusz pozytywny. W świecie idealnym kontrola nad przestrzenią komunikacji należy tylko do tych, którzy się komunikują, a nie do pośredników. Nikt nie zbiera informacji na temat moich lektur i nie buduje mojego profilu intelektualnego, który da się wykorzystać do naciągnięcia mnie na kolejne parę złotych. To jest powód, dla którego nie podobają mi się wertykalne modele dystrybucji tekstów. Jesteśmy tu za blisko Policji Myśli.

No i oczywiście jest jeszcze kwestia praw autorskich i zbudowanych na nich modeli biznesowych. Z jednej strony analogowy trend jest ciągle silny i trwa dokręcanie śruby. Unia Europejska przedłużyła prawa producentów i artystów wykonawców z pięćdziesięciu do siedemdziesięciu lat. To ogranicza nam dostęp na przykład do nagrań muzyki klasycznej z lat pięćdziesiątych, które właśnie wchodziłyby do domeny publicznej. Z drugiej strony, widzimy narastanie przeciwstawnych tendencji. Prawa autorskie stały się gorącą kwestią polityczną, o czym już teraz przekonuje sukces Partii Piratów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Na sprzeciwie wobec tego systemu można nie tylko zbudować program polityczny, ale także wykreować wybieralnych liderów. Refleksja nad systemami własności intelektualnej staje się też coraz wyraźniejsza w organizacjach pozarządowych i społecznych, wpływowych think-tankach (Barcelona Charter, Deklaracja Waszyngtońska).

Ale też sam przemysł dostrzega, iż system prawa autorskiego jest nieefektywny. Miał wspierać biznes - bo od dawna wiadomo, że nie chodzi tu o autorów - ale jest niefunkcjonalny w zdigitalizowanej przestrzeni kultury. Media drukowane to już ostatni bastion tego rynku, który opierał się digitalizacji. I jeśli historia nas czegoś uczy, to pomimo wszystkich pomysłów na "e-booki", ten model niebawem padnie.

Pytanie tylko, czy na gruzach istniejącego systemu uda się zbudować takie rozwiązania, które nie będą krępować podstawowych swobód twórczych, wolności słowa i praw człowieka?

Jarosław Lipszyc - poeta, publicysta, działacz na rzecz wolnej kultury. Autor książek: "bólion w kostce" (1997), "poczytalnia" (2000) i "Mnemotechniki" (2008). Członek zespołu "Krytyki Politycznej", prezes Fundacji Nowoczesna Polska. Koordynator projektów: Wolne Lektury, Wolne Podręczniki oraz Czytamy słuchając.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]