Francois Rabelais „Gargantua i Pantagruel” (1534)

Klasyka, to oczywiste, ożywia się i otrząsa z kurzu w czasie – jak ujmował to Ryszard Przybylski, jej nieprzekupny strażnik – „marnym”.
Czyta się kilka minut

Jest tym, o czym lepiej się pamięta, kiedy jest źle. Waruje na półce jak wierny Sfinks. Łypie okiem – stajemy przed regałami i czujemy, że z niektórych książek idzie jakieś ciepło, enigmatyczne promieniowanie, podczas gdy inne wsiąkły w siebie, ugrzęzły w papierze.

Napór wydarzeń (marnych) jest dziś, na jakąkolwiek tylko półkulę spojrzeć, tak mocny i bezwzględny, że myśl wędruje od razu tam, gdzie ze zdarzeń czyni się fanfaronadę, z głośnych pewności wesołą siekaninę, a z języków oficjalnych, z przekazów duszącej doksy – cyrk rzeczowników. Czyli do Rabelais’go, jego „Gargantui i Pantagruela”. Śmiech, zwłaszcza tak cudownie inteligentny jak u Rabelais’go, ironiczny i autoironiczny, gdy trzeba, gruby, gdy trzeba, cienki, jest, jak dobrze wiadomo, najlepszą odtrutką na powszechne trucie. Boi się go każda władza, czymkolwiek by była; bohaterowie Rabelais’go połykają rzeczywistość (żadnej w powieści abstrakcji, poetyzowania na skraju świata) i – excusez le mot, choć Rabelais by nie przepraszał – wysrywają papkę, czyli rzeczywistość bezczelnie obnażoną. „A na to nie może być zgody!”.

Jednak każdy śmiech, gdy trwa zbyt długo, zaczyna dudnić nazbyt otchłannie. Nie wracałoby się do Rabelais’go dla samego tylko dowcipu, dla fenomenalnej wyobraźni, zwłaszcza językowej, dla obrazoburczych opowiastek – choć i tak to dobry kierunek. Jest jeszcze klasztor Telemski, opactwo „czyń, coć się podoba”, czysta pieśń własna wyśpiewana w harmiderze milionów słów, w bazarowym zgiełku codzienności. Klasztor Telemski to skromna utopia, półraj bez rygoru, ośrodek naturalnej szczęśliwości, niewielki wzór społeczny, który daje jego mieszkańcom jakąś nadzieję, lecz jej nie reguluje. Nie całkiem wiadomo, czy to miejsce ucieczki dla eskapistów, porządne osiedle dla wewnętrznych emigrantów, czy raczej miejsce jutra dla marzycieli; miejsce przetrwania czy miejsce zaczynu? I ta niejasność jest dobroczynna.

Napis umieszczony na wielkiej bramie Telemy, hymn rabelaisowskich kiboli, zaczyna się tak:



Wara od wrót tych, cudaki, bigoty,

Mamuty stare, hołysze nadęte,

Tumany, głąby, ciemniejsze niż Goty

I Ostrogoty, pokraki wyklęte,

Franty, świętoszki, zakutane wszarze,

Dziady plugawe, żarłoki, opoje,

Pały opuchłe, okpiświaty wraże,

Śpieszcie gdzie indziej nieść szalbierstwa swoje.


(przeł. Tadeusz Boy-Żeleński)


Dla odczynienia złego na zewnątrz i w sobie wykonywać po przebudzeniu się i na dobranoc. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 01-02/2017