Jak wiele o świecie i o naturze władzy absolutnej potrafi powiedzieć rozrywka i nurty wręcz błahe! Nie należy ich ignorować. XX wiek dobitnie pokazał, że tyrania i groteska to siostry bliźniaczki, i że komedia czy kabaret dobrze ukazują coś, co w poważniejszym tonie umyka analizie.
Dwudziestowieczni władcy bywali karykaturalni, megalomańscy, zakompleksieni. Nadawali sobie boskie tytuły, bywali absurdalnie rozrzutni lub dla odmiany skąpi, lubujący się w przerysowanym image’u i manieryzmach, krwawych spektaklach i godnych telenoweli intrygach. Oczywiście nie znosili przy tym, gdy ktoś na głos wspominał o ich strasznej śmieszności i żartownisiów uciszali przemocą. Cenzura zaś dopuszczała śmiech, ale co najwyżej ze „złych bojarów”, nigdy z cara, i nigdy na tyle śmiały, by pozwolić komuś podważyć nieodwołalność władzy. Nawet pod sam koniec PRL milicja nie przymykała oka na swawole Pomarańczowej Alternatywy, oczywiście ośmieszając się akcjami gonienia krasnali po Wrocławiu, ale już zupełnie serio aresztując uczestników happeningów.
Całkiem inny rodzaj kabaretowości w polityce pokazał wiek XXI – era sprytnego błazna. Strategię tę stosował za swojej pierwszej kadencji prezydent USA Donald Trump i przyniosła mu ona wiele korzyści: swoimi ekscentryzmami, nonsensownymi tyradami w internecie i nieprzewidywalnym sposobem bycia skutecznie przykuwał uwagę opozycji, której nie starczało już pary na zajmowanie się sprawami fundamentalnymi. Pomysł ten podchwycili m.in. premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, obecny prezydent Argentyny Javier Milei, zwany w swym kraju „El Loco”, ale i w Polsce dałoby się znaleźć kilka przykładów polityków, którzy zaryzykowali utratę powagi dla innego rodzaju punktów (czy był to u nas manewr udany, niech każdy już sobie w cichości ducha odpowie).
Dziś Donald Trump już nie pozwala sobie na gafy, nie należy spodziewać się następców legendarnego tweeta o zagadkowej treści „covfefe”. Teraz prezydent grzmi jak nieznoszący sprzeciwu imperator. Na odcinek kabaretowy delegował za to „specjalnego pracownika” rządu, Elona Muska, którego droga do tego stanowiska przywodzi na myśl tyleż motywy ze starodawnych eposów, co komediowe animacje. Zwierzchnik miliardera najpierw kpił z niego i poniżał w internecie, po czym niespodziewanie zawiązał z nim osobliwą umowę: w zamian za status ponad prawem i przyzwolenie na dowolną ingerencję w państwowe instytucje zażądał nieustannych, groteskowych wręcz hołdów i aktów wiernopoddaństwa. Musk został więc nadwornym pochlebcą i (zdecydowanie bardziej żenującym niż śmiesznym) trefnisiem. Przy całej nieprzewidywalności dzisiejszej Ameryki i potencjalnie opłakanych skutkach decyzji jej nowych władców, trudno nie pomyśleć chwilami o niezapomnianej kreskówce „Gumisie” i duecie Księciunio–czołobitny giermek Toadie, choć trzeba też przyznać, że trudno powiedzieć, do kogo w tym osobliwym układzie częściej należy ostatnie słowo.
Fakt, że rozmaite scenariusze w dziejach świata miewały swoje precedensy, niekoniecznie podnosi na duchu. Podobnie jak element kabaretowy w śmieszno-strasznych rządach nie czynił ich znośniejszymi: Charlie Chaplin nie uratował swoim „Dyktatorem” Europy, tragiczny los spotkał Eugeniusza Bodo, który przed wojną dworował sobie z totalitarnego zadęcia, zakładając pogodną Ligę Miłości i Śmiechu. Ale, jak napomknęłam wcześniej, to, co wydaje się lekkie czy błahe, może zawierać ważną lekcję o kulturze. Dajmy na to – klasyczne kreskówki ze studia braci Warner, które na pierwszy rzut oka cieszą czystym slapstickiem: tu ktoś się wywraca, tam orientuje się w biegu, że znalazł się nad przepaścią, znów zapomina skręcić w lewo w Albuquerque. Ale zawierają też inną wielowiekową mądrość albo przestrogę: nie ma takiej potęgi, której nie da się podkopać sprytem. To mądrość pożyczona z zasobu mitów świata, gdyż wzorem dla Królika Bugsa był Brat Królik, Nanabozho, Leuk – istota o skromnej powierzchowności i pozornie słaba, ale zdolna wyprowadzić wszystkich swoich przeciwników w pole. Gdy zatem współcześni politycy lubują się w ostentacyjnie kreskówkowych pozach, można zacząć się zastanawiać, czy kiedyś ktoś nie zapyta ich zawadiacko: „co jest, doktorku?”.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








