Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Talent, sława, łagier

Talent, sława, łagier

02.07.2012
Czyta się kilka minut
Mimo „proletariackiej” urody – nalanej twarzy i kwadratowej szczęki – grał w pierwszej lidze. Przyciągał talentem, czarował szerokim uśmiechem i tembrem głosu. Do dziś jego aktorstwo wyróżnia się na tle trącącej myszką sztuki filmowej międzywojnia.
Więzienna fotografia Eugeniusza Bodo fot. z archiwum A. Wyrzyńskiego
"

"Już taki jestem zimny drań” – tytuł biografii Eugeniusza Bodo pióra Ryszarda Wolańskiego nawiązuje do szlagieru z filmu „Pieśniarz Warszawy”. Rok produkcji – 1934. Reżyser – Michał Waszyński. W obsadzie między innymi Maria Gorczyńska i Michał Znicz. Bodo pojawia się tam jako śpiewak uliczny.

***

W życiu prywatnym też uchodził za zimnego drania. Sława i pieniądze, dwa afrodyzjaki, wabiły tłumy wielbicielek. Potrafił z tego korzystać. Gustował w dziewczynach z ludu: sklepowych, szwaczkach, krawcowych. Szereg epizodycznych romansów, unikał stałości uczuć. Na trzy lata, co w jego przypadku równa się wieczności, związał się z Reri, aktorką rodem z Polinezji, egzotyczną pięknością wypijającą morze alkoholu. W ten układ wplątana była trzecia kobieta – matka Bodo, która partnerkę syna sekowała i poniżała. To właśnie ona, Jadwiga Dorota Dylewska, w życiu emocjonalnym Bodo zajęła miejsce nie do zdetronizowania.

Był wszechstronny, choć najlepiej sprawdzał się w rolach komediowych. Prowadził konferansjerkę, występował w „Qui Pro Quo”, najsłynniejszym kabarecie warszawskim. Obok „Już taki jestem zimny drań” śpiewał inne szlagiery nucone do dziś – „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Baby, ach te baby”, „Tyle miłości”. Miał głowę do interesów: założył wytwórnię filmową, brał udział w reklamach, pisał scenariusze.

Nienagannie ubrany i modnie uczesany. Dziecko szczęścia. W międzywojniu w kraju nad Wisłą nie miał sobie równych. Jego popularność przewyższała najlepsze lata Zbyszka Cybulskiego czy Bogusława Lindy – w końcu rozwijała się w Polsce wolnej, nie za komuny.

Podzielił los każdej gwiazdy, stając się własnością publiczną. Fani debatowali nad tym, czy Bodo lepiej wygląda z brodą, czy bez. Kochali jego psy (znane są znakomite fotografie Bodo z dogiem Sambo – obaj z równą intensywnością patrzą w obiektyw aparatu). Śledzili każdy jego krok. Wiedzieli o słabości do słodkich mazurków i zamiłowaniu do wyszywania makatek z koralików. Cenili abstynencję, kręcili głową, kiedy został uznany winnym wypadku samochodowego, w którym zginął Witold Roland, artysta teatru „Morskie Oko”.

Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Bogdan Eugéne Junod. Urodził się jeszcze w wieku XIX – 29 grudnia 1899 r. w Genewie. Ojciec, Teodor Junod, był szwajcarskim inżynierem, wizjonerem i zapalonym propagatorem filmu; pod koniec życia pochodzenie Bodo odegra istotną rolę. Gdy Gienio miał cztery lata, Junodowie osiedli w Łodzi. Tam Teodor otworzył Uranię, jeden z pierwszych kinoteatrów w Polsce, później wybudował jeszcze teatr Variété.

Jako właściciel kina objazdowego przemierzył z synem bezkresne przestrzenie imperium rosyjskiego. To wówczas Bodo nauczył się świetnie władać rosyjskim. Matka chciała, by został lekarzem, ale Bodo trafił do szkoły handlowej w Łodzi. Jako nastolatek uciekł z domu i przystąpił do trupy teatralnej w Poznaniu. W roku 1918 r. zaczął pojawiać się w podrzędnych rewiach warszawskich, wkrótce zamieszkał w stolicy.

Od początku występów scenicznych używał pseudonimu „Bodo”, powstałego z połączenia początkowych liter dwóch imion, własnego i matki – Bogdan i Dorota. W roku 1925 debiutował w filmie „Rywale” i odtąd jego kariera nabrała rozpędu. Zagrał w ponad trzydziestu filmach, niektóre z nich biły rekordy kasowe: „Wiatr od morza”, „Jego ekscelencja subiekt”, „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Paweł i Gaweł”.

***

Książka Wolańskiego to imponujący efekt żmudnej kwerendy, szperania w archiwach, rozmów ze świadkami. Bogaty materiał ilustracyjny – masa zdjęć i plakatów. Są streszczenia filmów oraz biogramy twórców. To nie tylko portret jednego człowieka, ale opowieść o Polsce międzywojennej – jej intelektualnym klimacie, stylu życia, warszawskiej bohemie. Nierównościach społecznych, krwiożerczym kapitalizmie. Ostatnich latach Rzeczypospolitej wielokulturowej, kiedy jeszcze artyści różnych narodowości stanowili integralną część społeczeństwa.

Sygnały o tym, co się działo po klęsce września ’39, w biografii Bodo ujawniają się w losach konkretnych ludzi, przyjaciół i współpracowników aktora, jeszcze nie jego samego. Henryk Szaro, właściwie Szapiro, świetny reżyser – rozstrzelany w getcie warszawskim. Aktor Józef Węgrzyn trafia do zakładu dla nerwowo chorych, załamany po zamordowaniu w Auschwitz syna Mieczysława, też aktora. Michał Znicz (Michał Feiertag) – zlikwidowany w ramach nazistowskiego programu eutanazji osób psychicznie chorych w słynnej Zofiówce w Otwocku. Zjawiskowo piękna Ina Benita najpierw na Pawiaku rodzi oficerowi Wehrmachtu syna Tadeusza, by po miesiącu zginąć z niemowlęciem w kanałach podczas powstania warszawskiego.

Okupacja była dla aktorów testem na postawę obywatelską. Ich nienaganne morale miało krzepić znękany naród. Bywali heroiczni – walczyli na froncie, jak Aleksander Żabczyński czy Helena Grossówna, oficer Armii Krajowej. Ale większość z nich chciała zwyczajnie żyć, bez aktów bohaterstwa. Z nielicznymi wyjątkami zastosowali się do dekretu podziemnego ZASP-u, zabraniającego występowania w teatrach jawnych, pozostających pod kuratelą niemiecką. Aby z czegoś żyć, zakładali kawiarnie, w których sami obsługiwali gości. Jedną z pierwszych w Warszawie tego typu placówek była Café Bodo, którą aktor otworzył jeszcze na początku 1939 r.

Zdarzały się sytuacje tragiczne, niedające aktorom możliwości wyboru. Bogusław Samborski pod pseudonimem Gottlieb Sambor grał w niemieckich filmach propagandowych. Polskie podziemie wydało na niego wyrok śmierci, jemu udało się zbiec do Argentyny. Podobno kolaboracja z Niemcami miała stanowić parasol ochronny dla jego żony-Żydówki. Mieczysławie Ćwiklińskiej nie udało się wydostać z getta męża, Mariana Steins¬berga, księgarza i wydawcy Skamandrytów, który umarł na ulicy z głodu i zimna. Kazimierz Junosza-Stępowski został zabity wraz z żoną morfinistką pozostającą na usługach gestapo.

Eugeniusz Bodo po klęsce wrześniowej za namową matki uciekł do Lwowa, gdzie setki tysięcy Polaków szukało ratunku. Wkrótce Lwów zajęli Rosjanie; pozwolili tworzyć teatrzyki rewiowe, a aktorom grać w teatrze. Bodo występował w Tee Jazz kierowanym przez Edwarda Warsa. Kiedy w 1941 r. cały zespół miał jechać po raz drugi na tournée w głąb ZSRR, Bodo oświadczył, że nigdzie się nie ruszy. Miał plan: jako obywatel szwajcarski chciał wyemigrować do Ameryki. Prawdopodobnie gdyby trzymał się zespołu, trafiłby do armii Andersa, tak jak jego koledzy. Postanowił jednak czekać na wymarzony paszport. I w tym momencie urywa się po nim ślad. Według encyklopedii i słowników wydawanych za czasów PRL-u, miał zginąć z rąk hitlerowców.

Szalenie interesujące są fragmenty książki, w których Ryszard Wolański z detektywistyczną pasją pokazuje, jak długo trwało odtajnienie prawdziwej historii życia Eugeniusza Bodo. Towarzyszyła temu masa przeszkód – znak każdego sytemu totalitarnego. Rok 1972 okaże się przełomowy. W programie telewizyjnym „W starym kinie” jego autor Stanisław Janicki, historyk kina, zachęcił widzów do nadsyłania listów na temat losów aktorów przedwojennych. Pojawiają się wtedy wieści o Bodo, ale uderzają w wizerunek sojuszniczego ZSRR. W epoce Gierka Janicki może tylko zapakować listy do koperty, zalakować z adnotacją „otworzyć po mojej śmierci” i przekazać Filmotece Narodowej.

***

Kopertę otwiera sam w 1989 r. Od razu zaczyna kręcić „Za winy niepopełnione”, dokument o Eugeniuszu Bodo. Dociera do świadków, m.in. do dysydenta rosyjskiego, 75-letniego prof. Alfreda Mirka, który w 1990 r. na fali pierestrojki opublikował wspomnienia „Dziennik więźnia”. Ich fragment dotyczy towarzysza niedoli z moskiewskiego więzienia na Butyrkach – Eugeniusza Bodo, na którego występach Mirek był wcześniej w Moskwie w 1940 r. W areszcie początkowo go nie poznał: Bodo był przygarbiony i postarzały o kilkanaście lat. Prawie nic nie jadł, nie dostawał paczek – rodzina nie miała pojęcia, gdzie jest. Aby oszukać żołądek, wypijał litry gorącej wody z solą – zabójstwo dla organizmu.

W tym samym czasie co Janicki prywatne śledztwo na temat losów Bodo przeprowadza Wiera Rudź, krewna aktora. Pisze w tej sprawie listy do wszelkich instytucji, w tym do prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna. W końcu w 1991 r. od Rosyjskiego Czerwonego Krzyża dostaje dwie fotografie więzienne. Na nich Bodo z zarostem, opuchniętą twarzą, w drelichu. W dołączonym piśmie kilka zdań o tym, że został aresztowany 26 czerwca 1941 i skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Umarł 7 października 1943 r. w archangielskiej obłasti. Na podstawie artykułu 3 Ustawy Federacji Rosyjskiej „O Rehabilitacji Ofiar Politycznych Represji” z 18 października 1991 został zrehabilitowany.

Ostatnia część książki składa się z protokołów przesłuchań Eugeniusza Bodo. Wstrząsający materiał odsłaniający mechanizm szczucia i kołowania człowieka. Bodo dawał się podpuszczać, z pozoru błahe kwestie okazywały się kluczowe dla sprawy zmistyfikowanej przez NKWD. Pytania o podróże zagraniczne, kontakty, o to, kto co robił, z kim rozmawiał, dlaczego, po co, w jakim celu. I wiara Bodo w sprawiedliwość, w to, że uda mu się wszystko wyjaśnić.

Z rozmów katów z ofiarą układa się miniaturowy autoportret Bodo – ostatni komentarz wielkiego aktora do własnego życia. Mówi o sławie, pieniądzach, dzieciństwie, pracy. Mówi, bo chce żyć, bo nie ma innego wyjścia, bo tylko to mu pozostało. Epilog najbardziej dramatyczny, bo stworzony przez samego bohatera tej znakomitej biografii.

Ryszard Wolański, Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań, Poznań 2012, Dom Wydawniczy Rebis.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]