Edmund Niziurski

Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ubiegłego tysiąclecia.
Czyta się kilka minut

Cudowne lata. Druga, trzecia, czwarta, piąta klasa podstawówki im. Henryka Rupa (obecnie „Przy Łazienkach” bodajże). Imię komunistycznego patrona dawało pole do niezwykle fantazyjnych, a głównie niecenzuralnych modyfikacji na szkolnych tarczach. Można było literki zamienić kolejnością, odrobinkę zdrapać, troszkę dopisać... i nazwa była zgoła inna, a tarcza pozostawała tarczą. Walka z systemem na tarczy. Pozornie wszystko było w porządku – jak to w latach osiemdziesiątych.

Ś.P. Edmund Niziurski już znacznie wcześniej zbudował pomnik trwalszy niż ze spiżu, strzelający nad ogrom królewskich piramid, czego najlepszym dowodem wypieki na licach moich córek, gdy im czytałem „Sposób na Alcybiadesa” (jaka to mądra książka!) w zupełnie innej Warszawie, w zupełnie innym systemie, w zupełnie innym tysiącleciu. Można oczywiście stwierdzić, że mamy do czynienia z wypiekami poniekąd genetycznymi, że ich wypieki są moimi wypiekami zarazem (z lekkim przesunięciem czasowym), gdyż, jak to mawiają, „gena nie wydłubiesz”. Ale zasada owa, choć głęboko porażająca mądrością, akurat do literatury nie stosuje się literalnie, co wie każde pacholę, a zwłaszcza każdy rodzic. A do Niziurskiego się stosuje (wiem, bo przeczytałem dzieciom prawie wszystko). Odradza się w następnych pokoleniach. I to przepiękne, poruszające, zaprawdę nieco nostalgicznie.

Boże, jak się czekało na piątek, żeby wyruszyć z Matką (później już sam, ale nauka nie poszła w las) w trasę po kioskach, księgarniach i antykwariatach wokół Łazienek. Przeputać cotygodniowe kieszonkowe na nowe i stare książki. Upolować gdzieś sobotni „Świat Młodych”, polując od kiosku do kiosku. Nasycić się cytrynową mambą w warzywniaku. Piątek, ach, piątek. Wielopiętrowy Uniwersus z pachnącymi nowościami oraz arcydziełami poligrafii z ZSRR, NRD i Jugosławii w dziale zagranicznym... a przede wszystkim antykwariat na rogu Chełmskiej i Belwederskiej. Ech, antykwariat. Buszowanie po półkach, przekręcanie głowy po grzbietach tytułów, czytanie cudzych dedykacji, wyciąganie zasuszonych liści, przystawianie stołków (mały byłem). „Tajemnica Zielonej Pieczęci”, Seria BKD (Bitwy–Kampanie––Dowódcy), oraz Niziurski, Niziurski, Niziurski... Jesiennopiątkowe późne popołudnie z książką na słonecznym balkonie z widokiem na jednostkę wojskową, kilka drzew i stację benzynową. Zapach benzyny kojarzy mi się z rajem. Z Edmundem Niziurskim.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2013