Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dwie strony

Dwie strony

18.08.2010
Czyta się kilka minut
Matka odchodzi
T

Tahar Ben Jelloun, wybitny francuskojęzyczny prozaik i poeta urodzony w Maroku, był już w minionych latach tłumaczony na język polski, ale w dalszym ciągu nie jest u nas autorem znanym szerszej publiczności.

W 1990 roku PIW wydał dwie powieści Ben Jellouna w jednym tomie ("Dziecko piasku" oraz "Święta noc"; przeł. M. Cebo), ale na kolejne przekłady jego dzieł musieliśmy czekać prawie dwie dekady. Wciąż, nie licząc niewielkich fragmentów na łamach "Literatury na Świecie", nie ukazały się po polsku takie utwory marokańskiego pisarza, jak "Harrouda" (ceniony przez Barthes’a i Becketta debiut z 1973 roku), "Moha szalony, Moha mędrzec" (1978), "Pisarz do wynajęcia" (1983) czy "Ze spuszczonym wzrokiem" (1991). Dopiero dwa lata temu Karakter opublikował piękną i wstrząsającą, opartą na faktach opowieść o mężczyznach "pochowanych żywcem" w tajnym więzieniu Tazmamart ("To oślepiające, nieobecne światło", 2001; przeł. M. Szczurek), a od niedawna możemy przeczytać także autobiograficzne "O mojej matce" (2008).

Matka pisarza, Lalla Fatma, z dnia na dzień "staje się coraz mniejsza, choroba sprawia, że niknie w oczach". Zawodzi ją pamięć, słabnie wzrok, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Długie godziny spędzane przy łóżku Fatmy przez jej rodzinę oraz dwie służące, arogancką Keltum i podporządkowaną Rimu, to czas trudnych rozmów, mieszających się wspomnień i regularnych spustoszeń powodowanych postępującą chorobą. Matka Tahara coraz częściej rozmawia z duchami przodków, nieżyjącymi od lat mężami, rodzicami i innymi krewnymi, a przestaje rozpoznawać tych, którzy od wielu miesięcy się nią opiekują. Ben Jelloun, najmłodsze dziecko Fatmy, nie bez trudu zapisuje ostatnie lata życia ukochanej matki, ich wspólne rozmowy i jej rozgorączkowane, czasami niezrozumiałe i bełkotliwe monologi, w których wciąż powracają te same osoby i wydarzenia.

Marokański prozaik nie ogranicza się jednak do opisu choroby i agonii, ale - dzięki połączeniu chaotycznych wspomnień Fatmy, zasłyszanych historii rodzinnych oraz własnych domysłów - cofa się także wiele lat do dzieciństwa spędzonego w Fezie, dni spędzanych w szkole koranicznej, strajków i zebrań politycznych z 1953 roku czy przeprowadzki do Tangeru. Ben Jelloun pisze o trzech mężach matki, wyobraża sobie jej dzieciństwo i młodość, ceremonię hammanu, ślub w wieku szesnastu lat i pierwszą noc spędzoną z dopiero co poznanym mężem, kolejne ciąże i lata opieki nad dorastającymi dziećmi. Konfrontuje gorliwą religijność matki, jej całkowite zawierzenie Bogu, brak lęku przed śmiercią z brutalnością nieznającej litości choroby i pokazuje, że w pewnym sensie pogodzona z nieuchronnością losu Fatma wygrywa ten pojedynek, choć jej dni są już policzone.

Sam Tahar nigdy nie był tak przykładnym muzułmaninem jak Fatma, nie jest przesądny i odrzuca wszelkiego rodzaju "brednie", ale to i tak niczego nie zmienia w ich relacji: "Kocham matkę za to, kim jest, za to, co wniosła do mego życia, i ponieważ ta miłość jest quasi-religijna. Często sobie myślę: kim byłbym bez błogosławieństwa moich rodziców? To błogosławieństwo nie ma nic wspólnego z religią (...), to bezinteresowna, prosta i oczywista miłość".

"O mojej matce" nie jest powieścią tak doskonale skonstruowaną i napisaną jak "To oślepiające, nieobecne światło", ale i tak warto zmierzyć się z tym przejmującym hołdem oddanym ukochanej osobie, która dzisiaj istnieje tylko we wspomnieniach najbliższych. Oraz, oczywiście, w literackim świadectwie Ben Jellouna.

Obsesja z przymrużeniem oka

Wydawać by się mogło, że "Ludwig" Davida Albahariego to po prostu jeszcze jedna autotematyczna i metaliteracka powieść o zaciekłej rywalizacji zaprzyjaźnionych niegdyś pisarzy. A jednak takie postawienie sprawy byłoby zdecydowanym uproszczeniem.

W powieści serbskiego prozaika odnajdziemy postmodernistyczną zgrywę (przy jednoczesnym jej wyśmianiu), ale także dojmujący traktat o nienawiści, brutalną literacką zemstę na Belgradzie i szyderczą rozprawkę z pisarskim światkiem (dostaje się twórcom, krytykom, pismom literackim, tabloidom, mediom masowym, literaturze zaangażowanej).

Przyjaźń Ludwiga i S, dwóch nieznanych szerszej publiczności prozaików, kończy się wraz z opublikowaniem przez tego pierwszego książki nad książkami, "szczytowego osiągnięcia postmodernistycznej metody literackiej". Okazuje się jednak, że S wcale nie zrywa przyjaźni ze świeżo upieczonym celebrytą, pupilem Belgradu i nowym ulubieńcem narodu serbskiego, z powodu zwyczajnej zawodowej zawiści. S wcale nie zazdrości Ludwigowi sławy, tłumaczeń na języki obce, głupawych wywiadów telewizyjnych i rozwrzeszczanych fanek. Problem w tym, że mamy do czynienia z perfidną kradzieżą intelektualną, trudnym do wyobrażenia zawłaszczeniem "książki nienapisanej", a w całości wymyślonej przez S.

W czasach wielkiej przyjaźni S opowiadał Ludwigowi o swoim ambitnym projekcie, planowanych rozdziałach i formie przyszłego arcydzieła, konkretnych rozwiązaniach fabularnych, postaciach i zdaniach. Nie muszę chyba dodawać, jak wielkim wstrząsem był dla S dzień, w którym otrzymał w prezencie "swoją" książkę napisaną i wydaną przez Ludwiga ("kiedy ja udawałem, że piszę, a nie pisałem, on udawał, że nie pisze, a pisał").

Monolog okradzionego przyjaciela jest porażającym aktem rozpaczy i wyrazem desperacji, a zarazem świadectwem niegdysiejszego uczucia między dwoma mężczyznami. S zapiera się, że nie ma tutaj mowy o żadnej homoseksualnej relacji (przy okazji miażdży mieszkańców Belgradu za ich skończoną tępotę, zacofanie i homofobię), ale doprawdy trudno nam w to uwierzyć, gdy okazuje się, że brutalna prawda o "literackiej zbrodni" dokonanej przez przyjaciela nigdy nie wyszła poza dom S. Minęły lata od ostatniego spotkania narratora z Ludwigiem, ale nic się nie zmieniło. Rozgorączkowany, chaotyczny monolog, pełen obsesyjnych powtórzeń i coraz bardziej zapętlających się, wielokrotnie złożonych zdań wciąż trwa i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się zakończy.

Opętany S wzbudza przede wszystkim naszą litość, ale też - dzięki dość specyficznemu, perwersyjnemu poczuciu humoru Albahariego - bawi do łez. "Ludwig" to przejmujące studium postępującego szaleństwa i wszechogarniającej nienawiści, którego nie powstydziłby się sam Bernhard, o ile tylko austriacki pisarz więcej by się uśmiechał i częściej mrugał do czytelnika okiem. Albahari nie pozwala nam zapomnieć, że mamy do czynienia z wielopoziomową parodią, przewrotną fikcją literacką, a więc czymś, czego nie powinniśmy traktować zbyt poważnie. W przeciwnym razie, niczym monologujący od lat S, postradamy zmysły, skrzywdzimy najbliższych (żonę pisarza), znienawidzimy tak lubiany kiedyś Belgrad (tę "zamaskowaną prowincję", prawdziwe królestwo kiczu i obłudy) i jego mieszkańców (tych "kołtunów belgradzkich") oraz - przede wszystkim - samego siebie. Zamiast się zadręczać, przeczytajmy błyskotliwego, frywolnego i wciągającego od pierwszych zdań "Ludwiga".

"Nocnik" Philipa Rotha

71-letni Nathan Zuckerman, bohater wielu powieści Philipa Rotha i jego pisarskie alter ego, po jedenastu latach ukrywania się w leśnej chacie na odludziu powraca do Nowego Jorku. Co takiego wydarzy się na Manhattanie, że schorowany i zrezygnowany powieściopisarz raz jeszcze zapragnie żyć pełnią życia?

Zuckerman od dłuższego czasu nie czyta gazet, nie ogląda wiadomości i stara się jak najskuteczniej ignorować istnienie zewnętrznego świata. W dalszym ciągu dużo pisze, czyta książki, kontempluje otaczającą go przyrodę i pierwszy raz, po przeżyciu "w stanie zafascynowania Ameryką blisko trzy ćwierci wieku", nie interesuje się wyborami prezydenckimi (pamiętna rywalizacja Busha i Kerry’ego). Jak sam przyznaje: "W telewizji oglądałem baseball, w radio słuchałem muzyki, i to by było wszystko". Przyjazd do Nowego Jorku staje się więc dla niego nagłym i przytłaczającym powrotem do egzystencji złożonej z "chwil obecnych".

Przypadkowo spotkana na mieście towarzyszka życia E. I. Lonoffa, pierwszego pisarskiego guru Nathana (patrz: "Cień pisarza" Rotha), prowokuje go do snucia wspomnień sprzed kilkudziesięciu lat i jeszcze boleśniej uświadamia mu, jak niewiele czasu pozostało im do końca. Równie przypadkowe otwarcie gazety na stronie z ogłoszeniami sprawia, że Zuckerman poznaje młode małżeństwo początkujących pisarzy i po raz ostatni w swoim życiu zakochuje się (z wielu względów jest to uczucie niemożliwe i beznadziejne). A to nie koniec turbulencji, gdyż do powyższych dochodzi jeszcze konfrontacja pisarza z Klimanem, bezczelnym i zdolnym do wszystkiego łowcą sensacji, który przymierza się właśnie do pisania biografii Lonoffa. Zuckerman zamierza za wszelką cenę przeszkodzić młodemu człowiekowi planującemu "przywrócić Lonoffowi reputację pisarza, niszcząc reputację człowieka".

Philip Roth raz jeszcze w wielkim stylu opowiada nam o swoich najważniejszych obsesjach: chorobach i umieraniu, czytaniu i pisaniu, miłości i seksie. Ostatnie książki nowojorskiego pisarza to kolejne odsłony bolesnych, pesymistycznych opowieści o "konających zwierzętach", którymi jesteśmy. "Duch wychodzi" nie jest może utworem aż tak przygnębiającym jak "Dziedzictwo" czy "Everyman", ale i tym razem Roth nie przynosi nam łatwego pocieszenia. Zuckerman czyta wciąż na nowo "Smugę cienia" Conrada i brutalnie, nie bez dojmującej autoironii i złośliwego poczucia humoru, opowiada o swoim "seksualnym kalectwie", postępującej demencji i "gorzkiej bezradności ułomnego starca, spragnionego dawnej pełni życia".

Roth bezbłędnie punktuje obłudę trzydziestoletnich zwolenników Demokratów, którzy gorzko płaczą po porażce Kerry’ego, a w dalszym ciągu utrzymywani są przez ultrakonserwatywnych rodziców z Teksasu, nafciarskich potentatów zaprzyjaźnionych z Bushem. Brawurowo rozprawia się także z krwiożerczymi biografami, "dziennikarskimi hienami", które pod przykrywką rehabilitacji pisarskiego talentu depczą intymność człowieka.

Amerykański pisarz, podobnie jak Żuławski w głośnym ostatnio "Nocniku", potrafi być bezlitosny, do bólu szczery i niepoprawny politycznie. Obaj piszą o starości i samotności, impotencji i utraconej młodości, miłosnym opętaniu kilkadziesiąt lat młodszą kobietą. Obaj mieszają fikcję literacką z fragmentami eseistycznymi i publicystycznymi. Ale tylko Roth nie przekracza przy tym wszystkim granicy dobrego smaku, nie jest niepotrzebnie wulgarny i prymitywny, nie zastępuje własnych słabości i kompleksów słownym bełkotem, pseudoerudycją i obelgami. Co tu dużo mówić, "Duch wychodzi" to po prostu kolejny literacki majstersztyk spod pióra Rotha.

Doktor House, wersja 2.0

"Zaraz zemdleję. Błękit metylenowy. Oranż akrydyny. Od siedmiu godzin przytrzymuję czyjąś rozciętą szyję" - tymi słowami Gabriel Weston, brytyjska chirurg, córka dyplomaty sir Johna Westona, rozpoczyna swoją fascynującą i zarazem przerażającą opowieść o chirurgii.

Cięcie" to zbiór zabawnych, zgoła anegdotycznych historii ze świata chirurgów (długie lata nauki i praktycznych ćwiczeń, kolejne szczeble pokonywane w hierarchii, silna konkurencja w zawodzie zdominowanym przez mężczyzn itd.), ale autorka nie pozwala nam zapomnieć także o tym, że stawką w wielu opisywanych przez nią medycznych przypadkach było życie lub śmierć pacjenta. Weston nie szczędzi czytelnikom drastycznych obrazów. Otwarcie i bez litości dla hipochondryków opowiada o widokach z sali operacyjnej, gorączkowej rywalizacji ze śmiercią czy licznych błędach popełnianych przez lekarzy. Autorka nie dość, że wprowadza nas tylnymi drzwiami do miejsc niedostępnych dla zdecydowanej większości czytelników (pomijam w tym miejscu nieplanowane wizyty na sali operacyjnej pod pełną narkozą), to jeszcze robi to w niezwykle sugestywny sposób. Stylistycznej sprawności, umiejętności konstruowania przekonujących scen i klarownych zdań oraz "brutalności" niektórych porównań może autorce pozazdrościć niejeden wzięty prozaik.

Małżowiny nosowe oglądane przez fiberoskop wyglądają jak "wielkie pluszowe poduszki zalegające w kątach nocnych lokali", oddział ratunkowy kojarzy się lekarce raczej z halą odlotów, gdzie "każdy pacjent musiał się z kimś lub czymś pożegnać" (na przykład z jedną z kończyn), usuwanie węzłów chłonnych przypomina "wydłubywanie miąższu z owocu", a służąca do przepiłowania kości elektryczna piłka - obrotowy nożyk do pizzy. Weston potrafi być bezlitosna wobec niektórych lekarzy, z którymi przyszło jej pracować (piętnuje przede wszystkim osobniki gburowate, wyniosłe, niepodchodzące do swojej profesji z odpowiednią starannością i uwagą). Opisuje też pacjentów, o których nawet po latach nie potrafi powiedzieć zbyt wielu miłych słów. Przykładem pan Smith, który z własnej woli - chcąc przestraszyć swojego wroga spotkanego w barze - połknął kawałek szkła z rozbitego kufla: "Tatuaż na jego ramieniu głosił wykaligrafowanymi literami jedną ideę: »Nienawiść«. Chociaż sam napis zdążył już nieco wyblaknąć, świadcząc o tym, że zdobi ciało od dłuższego czasu, to wyraz twarzy pana Smitha niezbicie dowodził, że uczucie nienawiści jest dla niego wciąż bardzo istotne".

Czyżbyśmy mieli do czynienia z żeńskim odpowiednikiem serialowego doktora House’a? Tak, jeśli mowa o zawodowym doświadczeniu, profesjonalnym podejściu do wykonywanych przez siebie zadań czy wreszcie ostrym, bezkompromisowym języku, którym oboje nam o tych "przygodach" opowiadają. Różni ich jednak podejście do pacjentów, kolegów z branży oraz samej istoty lekarskiego powołania. Dla Weston to zdrowie i życie pacjenta są wartościami najwyższymi. Dla serialowego mizantropa liczą się przede wszystkim kolejne, coraz trudniejsze choroby-łamigłówki, które trzeba rozwiązać, by udowodnić sobie i wszystkim dookoła, kto jest tutaj najważniejszy (vide odcinek "House versus Bóg").

Weston jest lekarką niezwykle empatyczną, wrażliwą i uprzejmą wobec swoich pacjentów, choć stara się nie zapominać o utrzymaniu odpowiedniego dystansu ("Lekarz nie może mdleć na widok krwi ani dostawać torsji, czując zapach kału. Nikt nie chciałby przecież, aby doktor, informując o złym stanie naszego zdrowia, wybuchał płaczem"). Tak więc, może i House, ale z ludzkim obliczem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]