Dwa billboardy za Missoulą

Wychodzą z domu i nigdy nie wracają. Historie zaginionych kobiet są odbiciem problemów, z jakimi zmagają się dziś rdzenni Amerykanie.
z San Diego (USA)

22.07.2019

Czyta się kilka minut

Jenna Loring, ciotka zaginionej Ashley (na zdjęciu z prawej) i jej kuzynka Lissalynn. Browning w rezerwacie Indian, Montana, 14 lipca 2018 r. / DAVID GOLDMAN / AP PHOTO / EAST NEWS // ARCHIWUM PRYWATNE
Jenna Loring, ciotka zaginionej Ashley (na zdjęciu z prawej) i jej kuzynka Lissalynn. Browning w rezerwacie Indian, Montana, 14 lipca 2018 r. / DAVID GOLDMAN / AP PHOTO / EAST NEWS // ARCHIWUM PRYWATNE

Niska, chudziutka brunetka. Można powiedzieć – 41 kilo beztroskiej radości. W okularach wygląda na miłą dziewczynę z sąsiedztwa. Bez okularów na piękność, która – gdyby nie zaledwie 157 cm wzrostu – mogłaby zostać modelką. Ale jej nie w głowie są przebieranki. Na co dzień nosi T-shirt, dżinsy i kowbojski pasek. Zwyczajna dziewczyna o zwyczajnych marzeniach. Skąd mogła wiedzieć, że jej historia trafi na amerykański Kapitol?

Impreza

Miasteczko Browning, w rezerwacie plemienia Czarnych Stóp w stanie Montana, liczy zaledwie tysiąc dusz. Stąd do granicy z Kanadą jest już tylko 70 kilometrów.

Ashley Loring Heavy Runner, 20-letnia Indianka o wyjątkowo długim nazwisku, szykuje się do wyjścia. Pakuje plecak i czeka na znajomych, z którymi pojedzie na imprezę. Kilka godzin później ktoś zamieszcza w sieci filmik. Ashley siedzi roześmiana wśród przyjaciół i popija piwo.

Z zeznań świadków wynika, że dziewczyna opuściła imprezę w środku nocy. Następnego dnia wysłała do znajomych kilka esemesów z prośbą o podwózkę. Nikt nie mógł jej pomóc, bo Ashley przestała odpowiadać na wiadomości. Od tego momentu zaczynają się już tylko domysły. Podobno ktoś widział, jak uciekała wzdłuż autostrady przed prowadzącym samochód mężczyzną. Trwają spekulacje: może ktoś ją porwał, może trafiła do domu publicznego, może została zamordowana, a jej ciało zakopano w górach?

Dziś, dwa lata po zaginięciu Ashley – stało się to 6 czerwca 2017 r. – wciąż nie udało się ustalić prawdy. Udało się za to przyciągnąć uwagę mediów, które opisywały jej historię. A także zainteresować parlament federalny USA: o zaginionej 20-latce na Kapitolu zrobiło się głośno 12 grudnia 2018 r. To za sprawą jej siostry Kimberly, która zeznawała przed senacką komisją do spraw Indian.

Podczas sesji poświęconej problemowi zaginionych rdzennych Amerykanek Kimberly opowiadała o nieudolnym śledztwie i organizowanych na własną rękę poszukiwaniach. Mówiła o zakrwawionym swetrze, który trzy tygodnie po zaginięciu Ashley znalazła na terenie rezerwatu. Czy należał do jej siostry? Tego nie wiadomo, bo sweter nie został wysłany do laboratorium kryminalistycznego. Kimberly twierdzi, że policja plemienna nie przeszukała nawet terenu, na którym go znaleziono. Po dwóch miesiącach od zgłoszenia zaginięcia Kimberly usłyszała od policjantów, że nie powinna się niczym przejmować. Że siostra pewnie gdzieś wyjechała i w końcu wróci. Jest „przecież dorosła i może robić, co jej się podoba”.

Śledztwo nabrało tempa dopiero po dziewięciu miesiącach, gdy w sprawę zaangażowało się Federalne Biuro Śledcze (FBI). Aż do tego czasu Kimberly musiała szukać Ashley (albo raczej: jej ciała) na własną rękę.

Czyje to śledztwo?

Jak wynika z najbardziej aktualnych danych National Crime Information Center, w 2016 r. zgłoszono zaginięcie 5712 rdzennych Amerykanek (w całych Stanach zgłoszono zaginięcie w sumie ponad 647 tys. osób).

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że śledztwo w przypadku większości tych „indiańskich” spraw toczy się w ślimaczym tempie. Jedną z przyczyn jest obowiązujący w rezerwatach porządek prawny. Na terenie znajdujących się w Stanach 326 rezerwatów władzę sprawują rady plemienne. Indianie mają też własne sądy i system szkolnictwa. Działania administracji plemiennej nadzorowane są jednak przez Biuro ds. Indian: rządową agencję, podległą Departamentowi Spraw Wewnętrznych.

System zależności na ziemiach indiańskich najlepiej można zrozumieć na przykładzie jurysdykcji karnej. W zależności od rodzaju przestępstwa, miejsca, w którym do niego doszło, a także rasy przestępcy i rasy ofiary, jurysdykcję mają władze plemienne, stanowe lub federalne. Np. sądy plemienne mogą orzekać tylko w sprawach o przestępstwa popełnione przez Indian. Jeśli nie można ustalić tożsamości przestępcy albo nie jest on rdzennym Amerykaninem, do działania włączają się władze federalne.

Gdy więc Kimberly zgłosiła policji plemiennej zaginięcie Ashley, informacje na ten temat zostały przekazane do Biura ds. Indian. To z kolei powinno zawiadomić o całej sprawie FBI i prokuratorów federalnych, którzy decydują o wszczęciu śledztwa.

Skomplikowane regulacje i wynikająca z nich opieszałość organów ścigania sprawiają, że przestępcy na indiańskich ziemiach mogą czuć się bezkarni. W niektórych rezerwatach wskaźniki zabójstw kobiet są nawet 10 razy wyższe niż w innych rejonach USA. Ponad połowa Indianek pada ofiarą napaści seksualnej lub przemocy domowej. Co trzecia doświadczyła w życiu gwałtu.

Kobiety mieszkające w rezerwatach są też łatwym łupem dla handlarzy żywym towarem. Takie stany jak Montana czy Minnesota są „zagłębiem” gangów rekrutujących kobiety do burdeli m.in. w Dakocie Północnej. Do pracy na tamtejszych polach naftowych od lat ściągają mężczyźni z całego kraju, a wielu mieszka w kontenerach w pobliżu rezerwatów.

Piekło w niebie

Lissalynn Loring, 34-letnia kuzynka Ashley, ostatni raz miała z nią kontakt kilka miesięcy przed jej zaginięciem. Ashley napisała esemesa, czy może pożyczyć jej 10 dolarów na benzynę. Nie wiedziała, że Lissalynn przeprowadziła się do Portland, odległego o ponad tysiąc kilometrów.

– Zażartowałam, że chętnie pożyczę jej pieniądze, musi tylko do mnie podjechać – mówi Lissalynn w rozmowie z „Tygodnikiem”. – Jak zwykle zareagowała z humorem i wysłała mi mnóstwo uśmiechniętych buziek. To była dobra dziewczyna. Uczyła się w dwuletnim college’u w Browning i marzyła o studiach w większym mieście. Los jej nie rozpieszczał. W dzieciństwie trafiła do rodziny zastępczej. Przez wiele lat wychowywali ją też dziadkowie. Na rodziców alkoholików nigdy nie mogła liczyć – opowiada kuzynka.

Życie w rezerwacie nie oszczędzało też Lissalynn. Jej problemy zaczęły się już w dzieciństwie. Najpierw gwałcił ją wujek, potem kuzyn. Bolesne doświadczenia pchnęły ją w uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Będąc w takim ciągu, wchodziła w kolejne związki i zachodziła w ciążę. Ma piątkę dzieci, najstarszy syn skończył 20 lat. Gdy było już naprawdę źle, najmłodszymi córkami opiekowali się jej rodzice.

– Przyszedł taki moment, że nie mogłam tak dalej – wspomina Lissalynn. – Nie chciałam niszczyć życia sobie i moim dzieciom. Gdy wyszłam z nałogu, podjęłam decyzję o przeprowadzce. W Portland są lepsze żłobki i szkoły. Łatwiej znaleźć pracę.

– Choć jest mi tu dobrze, tęsknię za Browning – dodaje kobieta. – To przecież mój dom. Na terenie rezerwatu mamy piękne góry. W pobliskim parku narodowym można podziwiać szczyty lodowców. Tylko dlaczego, wśród tych pięknych widoków, urządziliśmy sobie piekło!?

Dziś Lissalynn jeździ do Browning tylko po to, aby szukać ciała Ashley. – Gdy całą rodziną idziemy w teren, zapominam o świecie. Towarzyszą mi tylko myśli: co ona wtedy czuła, czy ktoś ją zranił? I czy kiedykolwiek znajdziemy jej ciało? – mówi.

Ostatnie zdjęcie na Facebooku

Podobne pytania co Lissalynn zadaje sobie Johnny Charlo, wąsaty 43-latek o opuchniętej twarzy.

Łączymy się przez wideo na Facebooku. Choć ma dziś wolne w pracy, umawia się ze mną na dziewiątą rano. Kiedyś – po zakrapianej alkoholem nocy – byłoby to dla niego nie do pomyślenia. Ale Johnny jest już abstynentem i mieszka w Missouli, 73-tysięcznym mieście w stanie Montana. Z oddalonego o ponad 100 km rezerwatu Flathead wyprowadził się prawie dwa lata temu. O wyrwaniu się z rodzinnych stron marzyła też jego 23-letnia córka Jermain. Uzależnienie od narkotyków i alkoholu ciągnęło ją na dno.

Ona nowego życia nie zaczęła. O wszystkim przesądził wieczór 15 czerwca 2018 r. Jak co piątek, Jermain przyjechała do Missouli, aby się wyszaleć. Odwiedziła trzy bary w centrum miasta. Miała na sobie dżinsy, kowbojskie buty, szarą bluzę z kapturem i czapkę z daszkiem. Ostatni raz widziano ją o pierwszej w nocy w pobliżu ulicy Orange Street Market. Policja nie wyklucza, że została porwana.

O jej zniknięciu przypominają dziś dwa billboardy. Pierwszy stoi przy autostradzie wyjazdowej z Missouli, drugi na terenie rezerwatu Flathead. Na obu zamieszczono jej zdjęcie i informację o zaginięciu.

Uwagę mijających billboardy kierowców przyciągają starannie pomalowane oczy, wyregulowane brwi i pociągnięte różowym błyszczykiem usta. Jermain uwielbiała się malować. Nie było dnia, by nie opublikowała w mediach społecznościowych swojego zdjęcia. Dlatego, gdy na jej facebookowym profilu zapadła cisza, pierwsza zaniepokoiła się matka. To ona poinformowała policję o zaginięciu córki.

Dzień Ojca

Johnny mówi, że o wszystkim dowiedział się z telewizji.

– Z matką Jermain nie miałem kontaktu – tłumaczy. – Rozstaliśmy się, gdy mała miała zaledwie pół roku. Moja relacja z córką przez to mocno się rozluźniła. Byłem ojcem od święta. Odwiedzałem ją w urodziny i chodziłem na jej przedstawienia w szkole. Gdy miała 12 lat, kupiłem jej deskorolkę. Taką nowiusieńką, za 300 dolarów. Pamiętam dokładnie, bo męczyła mnie o to przez kilka miesięcy. Ale to była radość... – wspomina.

Mężczyzna nie może sobie wybaczyć, że zbliżył się do córki dopiero na kilka miesięcy przed jej zaginięciem. Twierdzi, że Jermain planowała nawet zamieszkać z nim w Missouli. Że chciała wyrwać się z nałogu, przez który zaniedbywała swoje dzieci – miała już córkę i syna.

– Ostatni raz widzieliśmy się 23 kwietnia 2018 r. – mówi Johnny. – Pamiętam dokładnie, to były jej urodziny. Świętowaliśmy podwójnie, bo obchodzę urodziny dzień później. Poszliśmy do chińskiej knajpy. Obiecała mi wtedy, że następnym razem zobaczymy się w Dzień Ojca, w czerwcu. Nie dotrzymała słowa. Nie odbierała telefonu, nie odpisywała na esemesy. Bardzo się na nią zdenerwowałem. Skąd mogłem wiedzieć, że dzień wcześniej coś jej się stało? Tak bardzo chciałem być lepszym ojcem... – mówi i płacze.

Incydent

Johnny długo nie wspomina, że tak naprawdę od córki oddaliło go pięć lat spędzonych w więzieniu. Dopiero pod koniec naszej rozmowy wyznaje, że wyszedł na wolność na jesieni 2017 r. Jest teraz na zwolnieniu warunkowym. Gdy pytam, za co siedział, nie chce zdradzić szczegółów. Mówi tylko „o ataku na drugą osobę”. Do „incydentu” miało dojść, gdy wraz z kolegami z rezerwatu poszedł w pijackie i narkotykowe tango.

Prawdę na jego temat znajduję w internecie. Sprawdzam rejestr przestępców Departamentu Sprawiedliwości stanu Montana: „Johnny Shawn Charlo, skazany za napaść seksualną na 12-latkę”.

Jak wynika z zeznań świadków, na które powołuje się lokalny dziennik „Valley Journal”, do „incydentu” doszło w domu znajomej Johnny’ego. Około piątej rano zakradł się do jej 12-letniej córki. Dziewczynka spała na materacu na podłodze. Johnny dotknął jej miejsc intymnych. Przerażona dziewczynka pobiegła po pomoc do starszej siostry. Gdy wróciły razem do pokoju, mężczyzna miał spuszczone do kostek spodnie. Zeznał potem, że niczego nie pamięta. Twierdził, że tamtej nocy wypił co najmniej dziesięć drinków. Policja znalazła w jego mieszkaniu bokserki. Jak wynika z zeznań dziewczynek – takie samie miał na sobie w momencie napaści.

Jermain przez długie lata nie mogła wybaczyć ojcu tego, co chciał zrobić. Ani razu nie odwiedziła go w więzieniu. Johnny nie poznał nigdy swoich wnuków. Nawet nie jest pewien, ile dokładnie mają lat.

Ponadprzeciętni

Przemoc, rozbite rodziny i trawiące rdzennych Amerykanów uzależnienie od używek – to jedynie wierzchołek góry lodowej. Indiańskie plemiona w USA, których historia naznaczona jest przez wysiedlenia, zamykanie w rezerwatach i stopniowe ograniczanie suwerenności, do dziś tkwią na szarym końcu rozwoju ekonomicznego.

W przypadku wielu spośród 5,2 mln rdzennych Amerykanów nieszczęścia lubią chodzić parami. Gdy w 2016 r. średnia stopa bezrobocia w Stanach wynosiła 4,9 proc., wśród rdzennych Amerykanów była prawie dwa i pół raza wyższa.

Co czwarty Indianin żyje w ubóstwie. Prawie co czwarty nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i korzysta z finansowanej przez rząd federalny opieki na terenie rezerwatów. Statystyczny Indianin żyje 73 lata – to o pięć i pół roku krócej niż przeciętny obywatel USA. Z kolei odsetek samobójstw wśród młodych jest dwa i pół raza wyższy od średniej krajowej.

W zmagających się z alkoholizmem i uzależnieniem od narkotyków społecznościach dzieci o wiele częściej trafiają do rodzin zastępczych. Nie najlepiej jest też z edukacją. Tylko co dziesiąty Indianin skończył studia licencjackie. Tymczasem wśród reszty Amerykanów dyplom licencjata ma co trzecia osoba.

Krócej niż w Iraku

To, jak bardzo rdzenni Amerykanie odstają w ekonomicznych statystykach, widać na przykładzie rezerwatów. Dziś mieszka w nich „zaledwie” jedna piąta Indian. To efekt m.in. rozpoczętej w latach 50. XX w. polityki stopniowej likwidacji rezerwatów i przesiedlania ich mieszkańców do miast. Działania te miały na celu zwiększenie asymilacji rdzennych Amerykanów i stawienie czoła biedzie, szerzącej się na indiańskich ziemiach.

W rezerwatach zatrudnienie można znaleźć głównie w administracji plemiennej, szkołach i sklepach. Ważnym pracodawcą na przestrzeni ostatnich dekad stały się też kasyna, które dla niektórych plemion są głównym źródłem dochodu. Z biznesu hazardowego słynie m.in. plemię Seminolów z Florydy. Zyski z prowadzenia sześciu kasyn wynoszą tam miliardy dolarów rocznie. To jednak wyjątek. Tylko niektóre spośród 573 uznanych przez rząd federalny USA plemion prowadzą na tyle rentowne kasyna, aby zyski przełożyły się na dobrobyt całej społeczności.

I tak, choć na terenie rezerwatu Czarnych Stóp w stanie Montana funkcjonuje kasyno, to aż 38 proc. tutejszych mieszkańców żyje w ubóstwie. Taki sam odsetek ubogich mieszka w największym w Stanach rezerwacie plemienia Nawaho. Rekordy bije jednak rezerwat Pine Ridge w Dakocie Południowej, gdzie ponad połowa ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa. Około 80 proc. mieszkańców nie ma tam pracy, prawie dwie trzecie jest uzależnione od alkoholu, a co czwarte dziecko rodzi się z alkoholowym zespołem płodowym. Nic dziwnego, że w tym jednym z najbiedniejszych rejonów USA średnia długość życia wynosi niecałe 67 lat. To krócej, niż żyją mieszkańcy Iraku.

Po cichu

Do długiej listy problemów, z jakimi zmagają się Indianie, należałoby dodać także niewydolne władze plemienne. Ich działanie zależy od cienkiego strumienia funduszy z budżetu federalnego. Do tego trzeba dodać szerzącą się w rezerwatach korupcję, braki kadrowe i nisko wykwalifikowany personel.

Jak wynika z danych Narodowego Kongresu Indian Amerykańskich, na terenie wszystkich rezerwatów zatrudnionych jest niecałe 3 tys. funkcjonariuszy policji i federalnego Biura ds. Indian. Rezerwat Czarnych Stóp, który ma prawie 8 tys. km kwadratowych powierzchni, patroluje zaledwie 19 policjantów.

Rodzina szukająca ciała Ashley jest raczej bez szans. W kraju, gdzie tak wiele mówi się o równości, Indianie wciąż żyją i odchodzą po cichu. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka specjalizująca się w tematyce amerykańskiej, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. W latach 2018-2020 była korespondentką w USA, skąd m.in. relacjonowała wybory prezydenckie. Publikowała w magazynie „Press”, Weekend Gazeta.pl, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2019