Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dokąd zmierza prąd?

Dokąd zmierza prąd?

18.06.2008
Czyta się kilka minut
Ryzyko ograniczenia dostaw energii rośnie z każdym miesiącem: popyt na energię wzrasta, a inwestycji w energetykę jest jak na lekarstwo.
J

Jednak trwały deficyt energii grozi Polsce za 3-6 lat. Wcześniej możemy spodziewać się krótkotrwałych blackoutów.

Podstawą polskiego systemu elektroenergetycznego są ciągle państwowe elektrownie, skoncentrowane teraz w 4 grupach energetycznych, które kontrolują ok. 75 proc. produkcji. Głównym źródłem energii elektrycznej pozostaje zaś niezmiennie węgiel (kamienny i brunatny), z którego wytwarza się ponad 90 proc. energii.

W Unii Europejskiej nie ma drugiego tak dużego państwa jak Polska w tak dużym stopniu uzależnionego od węgla. Np. Francja z węgla produkuje tylko około 4-5 proc. energii. I być może nie ma drugiego takiego dużego państwa w Unii, gdzie energetyka byłaby tak zdegradowana technicznie. W Polsce ponad 40 proc. bloków energetycznych skończyło już 30 lat, a są i starsze, które już dawno powinny być złomem. System staje się niewydolny.

Energii wystarcza na papierze

Pierwsze poważne ostrzeżenie przyszło latem 2006 roku, kiedy w Warszawie zgasły światła. Sygnał został zlekceważony, a w Polskę poszła wiadomość, że zawiniły upały i susze. Natomiast o ogólnokrajowy blackout otarliśmy 29 stycznia tego roku gdyrezerwa mocy nad potrzebami kraju wyniosła tylko 3 proc. Stało się to zupełnie niespodziewanie. W systemie elektroenergetycznym Polski jest zainstalowane ok. 34 tys. MW mocy, a zanotowane dotychczas największe zapotrzebowanie na moc wynosiło około 25 tys. MW. To oznacza prawie 10 tys. MW nadwyżki.

Są to jednak w dużej mierze liczby iluzoryczne. System wcale tak bezpieczny nie jest. Po odliczeniu bloków odstawionych do remontów, zatrzymanych z powodu przekroczenia norm ochrony środowiska albo braku paliwa, nadwyżka mocy nad potrzebami wynosi zazwyczaj 2-3 tys. MW.

29 stycznia br. była jeszcze mniejsza z powodu nagłych awarii. To już stąpanie po cienkim lodzie.

Wszystkie dostępne prognozy - choćby te sporządzane przez ATKearney czy Polską Grupę Energetyczną - wskazują na wzrost popytu, w momencie, gdy nie ma nawet inwestycji pozwalających odtwarzać moce.

Najczęściej przytaczane oceny, że dla uniknięcia kryzysu energetycznego co roku trzeba budować 800-1000 MW nowych mocy, są słuszne, ale nie do osiągnięcia. W najbliższych 3-4 latach w energetyce konwencjonalnej przybędzie nam około 400 MW mocy netto. Według czarnych scenariuszy do pierwszych systemowych ograniczeń w dostawach energii może dojść już w 2010 lub 2011 roku. Najważniejsze firmy energetyczne przewidują, że trwałe ograniczenie w dostawach energii grozi nam za 3-6 lat.

2 mld Euro za sztukę

Jak realne są te scenariusze? Zadecyduje popyt. Może się okazać, że przemysł, a nawet gospodarstwa domowe zareagują na wzrosty cen energii bardziej zdecydowanie, niż się analitykom wydaje. W 2007 roku wszyscy odbiorcy zużyli niecałe 3 proc. energii więcej niż w 2006 roku, a zużycie w gospodarstwach domowych nie wzrosło. Prognozy zakładające, że wzrost PKB o 1 proc. wywołuje wzrost popytu na energię o 1 proc. okazały się nietrafione.

Popyt jednak rośnie, a na nowe moce nawet w dłuższym okresie nie ma co liczyć. Budowa elektrowni węglowej trwa około 7 lat. Wąskim gardłem są wykonawcy urządzeń elektrycznych. Żeby nowa elektrownia została oddana do eksploatacji w 2015 r., zamówienie trzeba złożyć najpóźniej na początku 2009 r. A w energetyce tylko mniej więcej co drugi ogłaszany projekt inwestycyjny jest realizowany.

Na import energii też liczyć nie można, bo cała Europa Środkowa boryka się z deficytem energii i na razie nie ma technicznych możliwości importu znaczących jej ilości. W tej sytuacji zagrażający nam deficyt energii powinien być traktowany jak na jeden z głównych problemów gospodarczych przystało, czyli poważnie. Na razie jednak Polska nie ma nawet akceptowanej przez obecny rząd polityki energetycznej, jest jedynie dokument przyjęty przez rząd PiS i trwają prace nad nowym.

Inwestycje w energetyce są za drogie, żeby ryzykować starcia polityczne. Jedna średnia elektrownia węglowa o mocy 1000 MW to koszt rzędu 1,6-1,8 mld euro.

Konsument się nie obroni

Polska energetyka boryka się też z problemami wewnętrznymi. Sprawność wytwarzania energii jest niska i wynosi ok. 36 proc., spółki walczą z przerostem zatrudnienia, związki zawodowe blokują reformy i ograniczenie przywilejów zawodowych.

Z drugiej strony - na razie nie grozi jej konkurencja zewnętrzna. Systemy energetyczne poszczególnych państw członkowskich Unii są tak słabo połączone, że w praktyce mamy do czynienia z autarkicznymi rynkami.

To się jednak ma zmienić. Celem politycznym Unii jest jednolity europejski rynek energii. Na takim rynku energetyka węglowa może się okazać niekonkurencyjna z powodu wysokich kosztów ochrony środowiska. Jeśli zostanie wdrożony w życie tzw. pakiet klimatyczno-energetyczny 3 x 20 w wersji proponowanej przez Komisję Europejską, koszty wytwarzania energii z węgla dramatycznie wzrosną. Decyzje zapadną pod koniec tego roku i jeśli okaże się, że od 2013 roku energetyka nie będzie już dostawała za darmo uprawnień do emisji CO2, tylko będzie je musiała kupować na aukcjach, konkurując z zachodnimi koncernami, to jako wysokoemisyjna stanie się droga.

Prognozy cen uprawnień do emisji CO2 na lata 2013-2020 sięgają 39 euro za uprawnienie do emisji 1 tony CO2. Przy takiej cenie polska energetyka musiałaby rocznie wydawać na uprawnienia około 5 mld euro, a i to jest optymistyczny wariant, bo zakłada wygrywanie aukcji. W razie przegranej każda tona CO2 będzie kosztowała 100 euro, bo taka jest kara za emisje bez uprawnienia. Skutki dla konsumentów byłyby koszmarne. W 2007 r. 1 MWh energii w Polsce kosztował ok. 34 euro, a w 2013, przy cenie uprawnienia 39 euro, może już kosztować 100 euro.

To byłby dramat dla gospodarki, a zwłaszcza dla jej energochłonnych działów. Ceny sprzedaży miedzi czy cynku nie wzrosną z powodu wyższych cen energii. Przy wskazanych kosztach ochrony środowiska na dłuższą metę energetyka konwencjonalna na jednolitym rynku nie byłaby konkurencyjna. Elektrownie węglowe mogłyby zostać skazane na rolę elektrowni szczytowych, uzupełniających podaż.

Rachunek jest bardzo prosty. Producenci, którzy będą mieli instalacje bezemisyjne lub niskoemisyjne, w porównaniu z energetyką węglową oszczędzą w przeliczeniu na każde 1000 MW mocy około 240 mln euro. Tylko dlatego, że nie będą musieli kupować uprawnień do emisji CO2. Dochody z aukcji mają wprawdzie trafiać do budżetów państw członkowskich, ale dzisiaj nie wiadomo jeszcze, czy będzie można nimi swobodnie dysponować. Pytanie, w jakiej części można by zawrócić pieniądze wydane przez energetykę na uprawnienia emisyjne z powrotem do energetyki, przeznaczając je na inwestycje. Propozycje KE mówią o 20 proc., a to niewiele.

Rozwój sytuacji zależy od polityków. Polska nie akceptuje propozycji KE, domagając się, by nasza energetyka miała obowiązek zakupu 100 proc. uprawnień do emisji CO2 dopiero w 2020 roku. Zabiegamy o stworzenie w ramach UE koalicji, która dałaby mniejszość blokującą na wypadek, gdyby nasze postulaty nie zostały przyjęte. Jeśli uda się je przeforsować, to energetyka konwencjonalna zyska więcej czasu na zmiany.

To kluczowa sprawa, bo technologie pozwalające na efektywne wychwytanie i składowanie CO2 powstającego podczas spalania węgla będą dostępne co najmniej za 10 lat. Ich zastosowanie oznaczałoby ograniczenie emisyjności elektrowni węglowych i poprawiłoby ich konkurencyjność. Obecnie koszty produkcji energii elektrycznej z systemem składowania CO2 są zaporowo wysokie. Budowa czystych elektrowni jest o 30-70 proc. droższa niż normalnych, a te kosztują krocie.

Jeśli więc dzięki rozwojowi technologii koszty nie spadną, cała polityka klimatyczna Unii może się znaleźć w ślepej uliczce, a elektrownie konwencjonalne mogą wrócić do łask. Na razie zwykłym konsumentom energii pozostaje wyczekiwanie na sytuacje znane jeszcze z lat 80., kiedy brak prądu był zjawiskiem normalnym. Producenci świec zacierają ręce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]