Dogonić Vengerova!

Andrzej Wituski, dyrektor Międzynarodowych Konkursów Skrzypcowych i Lutniczych im. Henryka Wieniawskiego: Kiedy impresario Vengerova powiadomił mnie, że maestro jest drogi, poczułem się trochę dotknięty. Podał mi kwotę. Wysoką, ale błyskawicznie odpowiedziałem, że tak, że akceptuję i zapraszam! Rozmawiała Dorota Juszczyk

04.10.2011

Czyta się kilka minut

Dorota Juszczyk: Piękną tapetę ma Pan na monitorze swojego komputera. To pamiątka z wakacji? Wypoczywał Pan nad morzem?

Andrzej Wituski: Nie proszę pani, ja tam pracowałem.

Ładne miejsce do pracy.

To jest rezydencja Maxima Vengerova pod Monte Carlo. Bardzo urokliwe miejsce 200 metrów od morza. Jedna z wielu, bo jeszcze pomieszkuje w Amsterdamie czy Lugano. Jest obywatelem świata. Spędziłem tam trzy dni "dopinając" program XIV Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego, który rozpoczyna się 8 października w Poznaniu. Vengerov jest przewodniczącym jury.

Kręcąc się po tym domu, nie mogłem się powstrzymać od pytania: ile też dni w roku Maestro tam spędza. Powiedział, że około trzydziestu. To musi sporo kosztować - zauważyłem. "Toteż spłacam bardzo wysoki kredyt. Ale jak do mnie zadzwoni Claudio Abbado albo Daniel Barenboim, to muszę ich gdzieś zaprosić. Przecież nie do hotelu" - wyjaśnił.

"Zdobycie" Maxima Vengerova na szefa jury tegorocznego konkursu to Pana osobisty sukces.

Łatwo nie było. Vengerov miał dziesięć lat, kiedy w 1984 r. wygrał Międzynarodowy Konkurs Młodych Skrzypków w Lublinie, my mówimy o tym Konkursie "mały Wieniawski", i od razu było wiadomo, że przed nim wielka kariera. Sześć lat potem był zwycięzcą konkursu im. Carla Flescha w Londynie. Śledziłem, co się z nim dzieje, słuchałem nagrań, czytałem, oglądałem w telewizji jego koncerty albo jak odbiera nagrody Grammy, Edisona, wyróżnienia, płytę roku. Zakładałem, że konkurs w 2006 r. będzie ostatnim, w którym wezmę udział jako organizator i zamarzyłem sobie, aby na koncercie zamykającym konkurs wystąpił Maxim Vengerov. Wymyśliliśmy sobie w Towarzystwie taki koncert - suplement. W 2001 r. jego gwiazdą był Nigel Kennedy. A wtedy pomyślałem o Vengerovie.

No i zacząłem korespondencję, ale nie z Vengerovem, nie, nie... Najpierw trzeba było przebrnąć przez sito jego doradców i impresariów w różnych częściach świata. Trochę to trwało, ale nie odpuszczałem. Nie widziałem Vengerova na oczy, nie zamieniłem z nim jednego słowa, ale wierzyłem, że musi się udać. Wierzyłem tak dalece, że w którymś momencie ośmieliłem się

nawet zasugerować, co miałby grać. Nie chciałem, aby wybrał koncert, który wcześniej wykonywali uczestnicy konkursu. Ta przepaść wykonawcza byłaby zbyt głęboka. I tak to szło miesiącami, aż impresario napisał mi, że Maestro rozważa przyjazd do Poznania, jednak uprzedza: Maestro jest drogi.

Poczułem się trochę dotknięty, jednak przełknąłem to i zapytałem, jak drogi. Podał mi kwotę. Wysoką, ale błyskawicznie odpowiedziałem, że tak, akceptuję i zapraszam.

Pan miał te pieniądze?

Miałem sponsora. Vengerov zaproponował koncert Dymitra Szostakowicza, a ja, że musi być także Wieniawski. On na to, że Wieniawski będzie na bis. To ja, że Wieniawskiego muszę mieć na plakacie, czyli musi być w programie. Impresario próbował jeszcze postawić na swoim, pisząc, że Szostakowicz jest trudny, męczący, to ja ripostuję, że mieliśmy w Poznaniu niedawno Belkina, który po Szostakowiczu bisował trzy razy. W końcu poznańsko-nowosybirskim targiem stanęło na Szostakowiczu i "Legendzie" Henryka Wieniawskiego. A bisy... co Maestro zechce.

Vengerov po Szostakowiczu rzeczywiście nie ukrywał zmęczenia. Ale publiczność - jak wszędzie na świecie - pokochała go. To był niezapomniany koncert.

Zagrał fenomenalnie. Miał takie porozumienie z publicznością, jakie bardzo rzadko się zdarza. Czasami mówimy o kimś, że ma charyzmę. Zaczarował publiczność. Młodzi skrzypkowie mówili mi potem, że byłoby wspaniale móc "sprawdzić się" przed kimś takim. Niewiele starszym od uczestników konkursu - dodajmy. Po koncercie wydałem małe przyjęcie. Byli wszyscy jurorzy, ludzie z dużym dorobkiem artystycznym, światowe kariery, niektórzy to jego pedagodzy... A jednak wyczuwało się pewien dystans, jakieś onieśmielenie, respekt. Najtrafniej skomentowała to Ida Haendel... "My, owszem, jesteśmy wielcy, ale to jest Vengerov. Ja też przecież gram bardzo ładnie, ale to jest Vengerov. To jest zupełnie nowy świat". Ona mówi do niego "synku". No, myślę sobie, ładnie kończę te moje konkursy.

Wtedy nie przyszło Panu nawet do głowy, że z powodu Vengerova wcale nie skończy Pan jeszcze tych swoich konkursów.

Krótko po konkursie odwiedziła mnie jedna z poznańskich skrzypaczek, która wybierała się do niego na lekcję. Boże! Jaka była szczęśliwa, chociaż on zgodził się tylko, aby brała udział w lekcji wyłącznie jako obserwatorka, miała jechać bez skrzypiec. To ja siadłem i błyskawicznie napisałem do niego list o moim marzeniu, że chciałbym zorganizować jeszcze jeden konkurs tylko po to, by on przewodniczył pracom jury, napisałem, co mówili młodzi skrzypkowie, że potrzeba im świeżego wiatru, grania "po dzisiejszemu" itd., itd... dodałem kilka ozdobników i on to przeczytał przy niej. A więc przeskoczyłem tę armię impresariów i doradców.

Jednak niewiele mi z tego przyszło. Vengerov orzekł, że za wcześnie, mamy jeszcze pięć lat, że zobaczymy. Pilnowałem go. Pisałem, przypominałem, słałem informacje o konkursie, czasami gdzieś pojechałem, aby się z nim zobaczyć, można powiedzieć, że go nękałem. Dużo rozmawialiśmy, nawet o konkursie, mówił o swoich pomysłach, co trzeba zmienić w regulaminie, jaki repertuar, jacy jurorzy, ale nigdy nie powiedział, że zgadza się na tę robotę. I tak ponad dwa lata.

Aż tu nagle dostaję maila z pytaniem, czy mógłbym być w środę o 12 w południe w tym i tym hotelu w Londynie. A to był poniedziałek. Na Chwaliszewo to może bym zdążył, ale do Londynu nie bardzo. Jednak moje biuro wzięło się do roboty i w środę o 6 rano razem z Waldkiem Łysiem, konkursowym tłumaczem, polecieliśmy do Londynu, a właściwie pod Londyn, bo to był Ryannair. Jakimś autobusem dopchaliśmy się dalej. Z Vengerovem rozmawiam po niemiecku, zresztą on mówi wszystkimi językami, ale wziąłem Łysia z jego doskonałym angielskim, bo sądziłem, że skoro takie nagłe wezwanie, to będziemy finalizować ustalenia i chciałem być precyzyjny. Zwłaszcza w jednej kwestii...

Przyszedł punktualnie, miał zamówiony stolik, pod palmami. Hotel piękny, wytworny. Siadamy i przez kilka godzin gadamy o konkursie wzdłuż i wszerz. I ani słowa o tym, że będzie szefem jury, i co najważniejsze: ile to będzie kosztowało. Ani słowa. A ja byłem goły jak święty turecki. Złotówki nie miałem. Pamiętałem tylko, ile zapłaciliśmy za koncert w Poznaniu, potem kilka godzin pracy dziennie przemnożyłem przez czternaście konkursowych dni i w głowie mi się zakręciło.

W końcu on mówi, że bardzo się cieszy, a teraz już idzie do Królewskiej Akademii Muzycznej, bo ma lekcje. Łyś się zdenerwował i pyta: "Szefie, czy on się zgodził, czy nie". To ja pytam Maxima, a on się śmieje, podaje mi rękę i mówi: "Spokojnie panie Wituski, zgadzam się". "A za ile?". "O tym, panie Wituski, proszę rozmawiać z moim impresariem". Więc poszliśmy z Łysiem do pubu i huknęliśmy sobie po dobrym piwie. Rzeczywiście po kilku dniach dzwoni impresario, pytam, gdzie mam przyjechać. Nie, nie, on przyjedzie do mnie. Cztery godziny rozmawialiśmy. Staraliśmy się

uczciwie "wycenić" pracę Mistrza, ale też trzymając się - jak to powiedział impresario - polskich realiów, z którymi wcześniej starał się zaznajomić Vengerova.

Ta praca to przecież nie tylko ocenianie kandydatów podczas konkursu, ale również wstępne przesłuchania chętnych w dziewięciu miastach na świecie: w Baku, Bergamo, Brukseli, Londynie, Moskwie, Poznaniu, Quebecu, Seulu i Jokohamie.

Maxim Vengerov nie chciał sytuacji, w której do konkursu dopuszcza się skrzypków na podstawie artystycznego życiorysu, otrzymanych nagród, dvd czy nagrań płytowych. Dla niego jest ważne nie tylko, jak kandydat gra, ale też jak wchodzi, jak się zachowuje i czy to na pewno on gra. Zdarzały się już przecież na różnych konkursach poważne nieporozumienia. Na obecny konkurs zgłosiło się 160 chętnych i on w każdym z tych miast, z każdą z tych osób po występie rozmawiał. Piętnaście, dwadzieścia minut. Mówił, jak grali, co było dobre, co złe, co powinni zmienić. Dlaczego jego decyzja jest na "tak", albo na "nie". Wszędzie młodzi ludzie cierpliwie czekali w kolejce, aby z nim porozmawiać. Przecież na całym świecie młodzi skrzypkowie marzą, by dostać się do niego na lekcję. By ich posłuchał, coś powiedział. Pani wie, ile to pracy, ile czasu? I jak to wycenić?

Jak? Niech już Pan wreszcie powie: ile?

Mniej, niż się obawiałem. Ale ja ciągle nie miałem nic. Tylko trzy wyjścia: powiedzieć "tak", powiedzieć "nie" i trzecie: "odpowiem za siedem dni". I rzeczywiście za siedem dni zadzwoniłem do impresaria i powiedziałem, że akceptuję.

Już Pan nie był goły jak święty turecki? Znowu znalazł się sponsor?

Nie, przeznaczyłem na to część pieniędzy, jakie otrzymaliśmy od prezydenta Poznania, który wiedział, jaką to dla nas przedstawia wartość. Ale postawiłem też warunek, że podpisanie kontraktu odbędzie się w Poznaniu. Warszawa jest czasem obojętna na to, co dzieje się poza jej murami, co jej nie dotyczy. W listopadzie ubiegłego roku na konferencji prasowej Vengerova po jego koncercie w Filharmonii Narodowej, podczas którego wystąpiły nasze dwie laureatki Alena Baeva i Agata Szymczewska, a Maxim Vengerov dyrygował, Ministerstwo Kultury reprezentował nowo powołany dyrektor Instytutu Muzyki i Tańca, Andrzej Kosowski. Przecież nasz konkurs też jest międzynarodowy, też promuje Polskę. Tak jak Konkurs Chopinowski. Proszę wejść na naszą stronę internetową i zobaczyć, jak na przykład w Quebecu w teatrze pełnym ludzi jeden z największych skrzypków świata Maxim Vengerov, nie żaden Polak patriota, ale cudzoziemiec, mówi z estrady o poznańskim konkursie skrzypcowym, jednym z najstarszych na świecie, jak mówi o Polsce. Czy to nie jest promocja naszego kraju? Ile by trzeba za to zapłacić? Nawet w Światowej Federacji Międzynarodowych Konkursów Muzycznych darzą nas większym szacunkiem niż w kraju.

No, to ile Pan zapłaci?

Tego nie mogę zdradzić. Niech już pani da spokój z tymi pieniędzmi.

Jeszcze do nich wrócę... Czyli o tym, kto weźmie udział w XIV Konkursie, zdecydował jeden człowiek, który spośród ponad 160 chętnych wybrał 52 osoby. Tego chyba nie było na żadnym konkursie.

U nas nie. Ale przesłuchania preselekcyjne organizują na przykład na konkursie Van Cliburna w Fort Worth w Teksasie. Oni mają ropę i stać ich na to, by całe jury w różnych miejscach kwalifikowało kandydatów.

Maxim Vengerov wziął na siebie ogromną odpowiedzialność. Pan miał tam coś do powiedzenia?

W tym przedmiocie - nic. Nie byłem na wszystkich przesłuchaniach, co prawda próbowałem coś dorzucić, przekonać go do osób, które mnie się podobały. Ale on powiedział, że listę skrzypków dopuszczonych do konkursu podpisuje własnym imieniem i nazwiskiem. I na to przystałem.

Własnym imieniem i nazwiskiem podpisał się również pod pewnymi zmianami w programie konkursu. Zmienił też zasady pracy jurorów.

Ale to była nasza wspólna praca. Powiedział na konferencji prasowej po preselekcjach w Poznaniu, że boss jest jeden. Poza tym on nie znosi nieuczciwości. W tegorocznym konkursie odchodzimy od zasady, że jurorzy powstrzymują się od oceniania własnych uczniów. Bo właściwie dlaczego - pyta Vengerov. Przecież dobrze słyszą i mogą to uczciwie ocenić. A poza tym dzisiaj trudno powiedzieć, kto czyim jest uczniem. Ta młodzież nieustannie wędruje po świecie. Tu ma trochę lekcji, tam bierze udział w kursach mistrzowskich. Jak pani poczyta życiorysy kandydatów, to co najmniej połowa z nich kiedyś była np. u prof. Zachara Brona.

Z samym przewodniczącym jury na czele. To u niego zaczynał w wieku siedmiu lat, za nim pojechał uczyć się do Londynu. Zachar Bron wraca do nas po trzydziestu siedmiu latach od zdobycia III nagrody w 1977 r. W jury zasiądą też inni nasi laureaci: Bartłomiej Nizioł i Piotr Milewski.

I mocno się napracują. Po raz pierwszy nie będzie oceny globalnej. Teraz jurorzy będą musieli ocenić osobno dźwięk, technikę i interpretację. A karteczki z punktami będą zbierane zaraz po zakończeniu przesłuchań przedpołudniowych i popołudniowych. Nie będzie czasu na wymianę wrażeń, zastanawianie się. Każdy odpowiada za siebie. Nie mówię, że będziemy punktację wywieszać na tablicy, ale ma być uczciwie i obiektywnie.

Czy jurorzy nie odbiorą tego jako wyraz braku zaufania wobec nich?

Jurorzy też są wybrani między innymi przez Vengerova. Obaj pisaliśmy swoje propozycje i w znakomitej większości pomyśleliśmy o tych samych nazwiskach. Mamy zaufanie do nich. To znakomici artyści i pedagodzy. Ci z kandydatów, którzy nie przejdą do dalszych eliminacji, będą mogli porozmawiać z Maximem Vengerovem. Tego też jeszcze w historii konkursu nie było.

Nawet nie chcę myśleć, co się będzie działo, jeśli werdykt jurorów rozminie się z emocjami publiczności. Tak się przecież zdarza. Vengerov znacząco wzbogacił też program konkursu, jest atrakcyjniej, ale i trudniej.

To zależy. I tak nie wszystkie jego pomysły będą realizowane. Na przykład chciał, aby kandydaci zagrali i jednocześnie poprowadzili orkiestrę w czterominutowym walcu Piotra Czajkowskiego. Mieliby przywitać się z orkiestrą, wytłumaczyć, jakie życzą sobie tempo itd., itd. Wiemy, że nie wszyscy mówią po angielsku, i baliśmy się, że z powodu bariery językowej może zajść wiele nieporozumień. Zresztą byłoby to zbyt stresujące dla młodych skrzypków. Ale poza tym same atrakcje. Oto w III etapie pierwszą część jednego z koncertów Mozarta grać będą nie - jak dotąd - z towarzyszeniem fortepianu, ale z Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus pod dyrekcją Agnieszki Duczmal. W utworach Mozarta skrzypkowie pokażą też, jak potrafią współpracować z drugim solistą. Będzie to altowiolista. Sensacją może być przedstawienie skomponowanej przez kandydata kadencji w Mozarcie. Sam jestem ciekaw, czy znajdą się tacy śmiałkowie. Atrakcyjnie zapowiada się też wykonanie utworu dowolnego. Publiczność zawsze to lubi. Vengerov nie pozostawił jednak kandydatom zbyt dużej dowolności. Oni sami czasami wybierali utwory zbyt tuzinkowe. Teraz dostali gotowy zestaw do wyboru: Bartok, Ysa?e, Schnittke, Kreisler, Milstein. Piękna muzyka.

Zanim się Pan zasłucha, porozmawiajmy jednak o pieniądzach. Bez nazwisk. Ile to kosztuje?

Od czterech do pięciu milionów złotych. Generalnie są to pieniądze rządowe i samorządowe. To przede wszystkim koszty nagród, honorariów, promocji, podróży służbowych, hoteli i wielu innych związanych z obydwoma konkursami: lutniczym i skrzypcowym. Po każdym konkursie NIK i inne organy kontrolne sprawdzają wszystko co do złotówki. Otrzymujemy również pewne wsparcie od sponsorów, niestety z upływem lat coraz mniejsze. Z konkursem Wieniawskiego jestem związany od 35 lat. Jako wiceprezydent Poznania, prezydent, prezes towarzystwa Wieniawskiego i wreszcie dyrektor Międzynarodowych Konkursów. Zbudowałem sobie siatkę "pomocników". To się tworzy nie przez instytucje, ale przez związki ludzi. Chodzę do bogatych i mniej bogatych. Dzięki temu będziemy mogli podjąć gości, jurorów i dziennikarzy w Klubie Konkursowym. Ale usłyszałem też w jednej z najbogatszych firm Poznania, że oni kultury nie mają w swojej strategii. Tego nigdy nie zapomnę.

Paradoksalnie sporo zachodu poświęciłem też instytucji, która kulturę ma w swojej misji - TVP. Wspólnie z prezydentem Poznania i marszałkiem Województwa Wielkopolskiego ślemy pisma do Ministerstwa Kultury i TVP. Potrzebuję milion, aby w Auli UAM działało studio konkursowe jak na Konkursie Chopinowskim, żeby odbyły się relacje na żywo i transmisje z wydarzeń. Wie pani, ile w tej sprawie było pism, telefonów, rozmów, ustaleń?

Właściwie po co to Panu? Za pół roku skończy Pan osiemdziesiąt lat. Chce się Panu jeszcze być ciągle na baczność, żebrać o pieniądze, czuwać nad wydatkami, przepisami, pilnować, by wszystko "zagrało"?

Pani nieustannie mi liczy - albo pieniądze, albo lata... Otóż chce mi się. Jak jest pasja, to są i siły. Mogłem odejść pięć lat temu, ale jak zacząłem chodzić za Vengerovem, to już nie mogłem się wycofać. Zarząd Towarzystwa dał mi wszystkie uprawnienia, finansowe, decyzyjne. Co trzy miesiące muszę zdawać sprawozdanie. Więc teraz śpię z pieniędzmi, z dziesiątkami problemów do załatwienia, zasypiam kombinując, gdzie by tu jeszcze zadzwonić. To dla mnie nowe-stare życie.

Wychodząc o siódmej trzydzieści z domu, zapominam o biologii. Mam znakomity zespół. To ludzie, którym - co najważniejsze - nigdy nie muszę mówić dwa razy. Oni znoszą moje wybuchy, bo wiedzą, że szybko mi przechodzi i że ja ich bardzo cenię i szanuję. I bez nich nic bym nie zrobił. Powiem pani w sekrecie, dlaczego tu przychodzę. Także z tego powodu, że muszę codziennie rano ogolić się, założyć czystą koszulę, wyczyścić buty, zachować pogodę ducha i przytomność umysłu. I na koniec - przecież to mój Poznań. Od urodzenia... do końca.

Międzynarodowe Konkursy Skrzypcowe im. Henryka Wieniawskiego organizowane są w Poznaniu od 1952 roku. Pierwszy odbył się przed wojną w Warszawie. Laureatami Konkursów byli między innymi David i Igor Ojstrachowie, Wanda Wiłkomirska, Charles Treger. XIV Konkurs odbędzie się w Poznaniu w dniach 8-23 października. Jury pod przewodnictwem Maxima Vengerova wysłucha i oceni 52 młodych skrzypków z całego świata. Najwięcej z Rosji oraz Polski. Konkurs zakończy się Koncertem Nadzwyczajnym, podczas którego Maxim Vengerov zagra Koncert Skrzypcowy Ludwiga van Beethovena.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2011