Czy tamtego feralnego dnia Wołodymyr Zełenski popełnił błąd? Czy poniosły go emocje, słuszny gniew, poczucie przyzwoitości – co w ścisłym protokole dyplomatyczno-negocjacyjnym nie uchodzi bezkarnie? Czy też może doradcy podpowiedzieli mu chybioną strategię, założywszy, że wobec Donalda Trumpa i J.D. Vance’a trzeba przyjąć twardą postawę? Że nie wolno ustawiać się w roli petenta, tylko jasno wyrażać oczekiwania, przemawiać z pozycji siły? Czy taki był plan? Plan, który zawiódł, bo okazało się, że jest dokładnie na odwrót?
Że Trump oczekuje hołdów i pokłonów, błagań i duserów, próśb o łaskę i zgiętych karków, a nie realistycznych uwag o Putinie oraz przypominania, że „gwarancje”, jakie Ukraina dotąd od Zachodu otrzymała, okazały się mrzonką. Nie chce szczerej rozmowy, jak człowiek z człowiekiem, jak z kimś, kto z napadniętego, niszczonego kraju przyjeżdża do sojusznika. Oczekuje teatru. Żeby zademonstrować, jak bardzo jest władczy.
Jak rozdaje karty, bo to on je ma i trzeba to podkreślać: on ma karty, on ma komplet kart. Jak uprawia politykę na modłę biznesu. Jak nie obchodzą go wartości fundamentalne dla poprzedników. Jak ustawia się do niego kolejka po pomoc, a on jej łaskawie udziela lub odmawia, w zależności od kaprysu. Okazało się więc, że Trump nie oczekuje prawdy, lecz mimikry. Nie nazywania rzeczy po imieniu, lecz zrozumiałego dla potężnych i bogatych kodu słów, gestów i min.
Więc czy Zełenski popełnił błąd? Nie wiem, nie potrafię tego jednoznacznie ocenić.
Z jednej strony, czysto pragmatycznej – wydaje się, że tak. Bo pragmatyka w takich sytuacjach oznacza jedno: wrócić do domu z najlepszymi rozwiązaniami, na jakie pozwala układ sił. Zresztą, że i prezydent Ukrainy w ten sposób to widzi, świadczy wpis, jaki 4 marca zamieścił w portalu X: spotkanie nie poszło tak, jak chcieliśmy; to godne pożałowania; doceniamy pomoc Ameryki; gotowi jesteśmy pracować dla pokoju pod silnym przywództwem Donalda Trumpa.
Tylko pod jednym warunkiem można by tego spotkania nie rozpatrywać w kategoriach porażki. Mianowicie, jeśli los Ukrainy był już przypieczętowany i nic się z tym nie da zrobić. Znowu jednak – skoro Zełenski zgłasza gotowość do rozmów, to chyba znak, że nadzieja wciąż pozostaje.
Z drugiej strony, czysto ludzkiej, etycznej, odwołującej się nie do teatru, a do realiów – nie. Wypowiedział przecież słowa oczywiste dla każdego, kto nie jest zaślepiony rosyjską propagandą albo cyniczną ideologią, w której liczą się wyłącznie siła i interesy. Czy Trump i Vance to przypadek takiego cynizmu, czy może również uwiedzenia przez Putina? Tego również do końca nie wiemy. W każdym razie buta i ostentacja, ustawianie do szeregu, usadzanie były pokazem jak najgorszego stylu, który – niestety – staje się dziś paradygmatem zachodniej polityki.
Wróćmy jednak do kwestii ewentualnego błędu. Abstrahując od tego, jak było naprawdę, w tych emocjonalnych reakcjach, które natychmiast po feralnym spotkaniu się pojawiły – jednoznacznie pochwalających to, co Zełenski zrobił i potępiających każdego, kto miał wątpliwości, nawet jeśli podkreślał swoje poparcie dla Ukrainy – wyczuwam jakiś rodzaj niezgody na to, że „nasz człowiek” w ogóle mógłby się pomylić. Że także on ma prawo do złej oceny, omsknięcia, nadmiernego afektu.
Jakbyśmy za wszelką cenę nie chcieli przyjąć do wiadomości, że ludzie, z którymi się utożsamiamy, ludzie, których uważamy za szlachetnych, walczących w dobrej sprawie, wreszcie: ludzie, którzy są ofiarami, nie zaś agresorami – też mogą błądzić, nieadekwatnie oceniać, zapędzać się, dawać się ponieść impulsom. Pragniemy myśleć, że to zawsze domena innych. Złych albo głupich, albo i jedno, i drugie.
Jest to skłonność zrozumiała, zwłaszcza w kulturze, która porażek, błędów i bezradności nie toleruje. Tym bardziej – w epoce mediów społecznościowych, w których za najdrobniejsze przewinienia płaci się czasem najwyższą cenę. Jest to jednak również skłonność wiodąca na manowce. Oprócz tego, że okrutna, bo okrutna jest każda idealizacja, to w pierwszej kolejności uniemożliwiająca realną ocenę sytuacji. A tym samym – naukę na błędach. Wszak uczy się na nich ten tylko, kto je popełnia, ten natomiast, kto postępuje bezbłędnie, z miejsca traci taką okazję.
Podobne momenty – bezradności, niewiadomej, słowem: tragizmu – odsłaniają chyba najmocniej iluzję, jakiej niektórzy z nas ulegali przez ostatnie, bo ja wiem, kilkadziesiąt lat. Że wszystko mamy pod kontrolą. Że w świecie ostatecznie obowiązują reguły sprawiedliwe i szlachetne. I że w życiu jest tak jak w filmach: dobrzy zawsze mają rację i na końcu wygrywają, źli są zaś nie tylko groteskowi, brzydcy i głupi, ale również niezdarni, dlatego prędzej czy później potykają się o własne nogi i upadają na twarz.
Niezależnie od tego, jak bardzo negatywnie oceniamy zachowanie Trumpa i Vance’a, niezależnie od tego, jak prymitywna i brutalna jest ich wizja polityki, nie możemy sobie pozwolić na nieprzyjmowanie tego, co się dzieje, do wiadomości. Musimy zaakceptować fakty: także szlachetni ludzie, walczący w dobrej sprawie, mogą się pomylić.
Źli i cyniczni – na szczęście – też. Czasami trzeba na to tylko cierpliwie poczekać. A w tym czasie wyciągać wnioski i konsekwentnie robić swoje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















