Gwiazda musi płonąć

Andrzeja Munka wymienia się wśród najważniejszych reżyserów w historii polskiego kina, choć ilościowo jego dorobek jest bez porównania skromniejszy niż Wajdy, Kawalerowicza czy Polańskiego. Szerszej zaś publiczności jego filmy są dziś wręcz nieznane.

12.11.2007

Czyta się kilka minut

O twórcy "Zezowatego szczęścia", "Człowieka na torze" i "Eroiki" mówi się, że jest wielki, lecz ta wielkość zdaje się dziś nieco niejasna. Przedwczesna śmierć w 1961 r. uczyniła zeń legendę, znaną jedynie wybranym. Ich grono może się jednak poszerzyć dzięki wydanej właśnie monografii pióra Marka Hendrykowskiego oraz dwóm płytom DVD mieszczącym dokumentalny dorobek Munka.

Mierzenie się z jego twórczością jest dla krytyka zajęciem ciekawym, ale niełatwym. Pół biedy jeśli na warsztat weźmiemy dzieła fabularne, treściowo spójne, zbudowane na fundamencie demitologizacji i ironii, filmy, które zwyczajowo uznaje się za antykomunistyczne. Więcej interpretacyjnych problemów sprawiają dokumenty autora "Eroiki" - często zanurzone w socrealistycznym decorum, czasem ideologicznie skażone, lecz nieodmiennie ogniskujące uwagę widza na ludzkich dramatach. Filmy te wydają się dziś nie do przecenienia zarówno jako samodzielne utwory, jak i jako preludium do fabularnych prac reżysera. Z dokumentu zapożyczył Munk sposób obserwacji, tu uczył się patrzeć na świat z perspektywy pojedynczego człowieka, dostrzegać jedynie to, co namacalne.

Kariera Munka jako dokumentalisty nie była prosta, a obserwowana dziś staje się świadectwem epoki, w której doktryna socrealistyczna skaziła nawet najjaśniejsze umysły. Do nich bezsprzecznie należał Munk. W czasie wojny wraz z rodzicami opuścił rodzinny Kraków i zamieszkał w Warszawie. Tu imał się różnych prac, będąc m.in. kierownikiem robót drogowych, magazynierem, czasem nawet pisarzem. W czasie studiów wstąpił do PZPR, jednak od początku postrzegany był jako element obcy ideowo, o silnym prawicowym skrzywieniu, które dyskredytowało go jako socjalistę. Ostatecznie został usunięty z partii w 1952 r. Dziś dziwić może fakt, że wyrzucono go niespełna rok po tym, jak zrealizował jeden z najlepszych produkcyjniaków w historii polskiej propagandy. "Kierunek Nowa Huta!" - wołał w nim Andrzej Łapicki do młodych ludzi miast i wsi, którzy spieszyć mieli pod Kraków, by budować miastoideał. Film mógłby być jednym z wielu, jakie powstały na początku lat 50., gdyby nie jego strona wizualna. Już tutaj dało o sobie znać operatorskie wyczucie Munka, który w łódzkiej filmówce ukończył właśnie Wydział Operatorski.

Wyjątkowe pod tym względem były także zrealizowane w 1952 r. "Pamiętniki chłopów". Ideologiczna zawartość filmu budzić dziś może jedynie uśmiech: oto chłopi, którzy w latach 30. przymierali głodem, teraz żyją godnie i dostatnio. Jednak film tylko na pozór wpisywał się w schemat politycznej agitki. Umiłowanie dla kolektywu zastąpione zostało w "Pamiętnikach..." przez jednostkowe portrety mieszkańców wsi. Marek Hendrykowski pisze, że w czasach stalinizmu Munk starał się "nadać sens własnej pracy" - walczył z obowiązującym schematem i przemycał doń elementy mniej pożądane, próbując ocalić "osobisty margines wolności". Realia epoki sprawiały, że ów margines był nadzwyczaj ciasny. Choćby dlatego podejmowane przez artystę próby zabarwiania opowieści osobistą tonacją zasługują na uwagę.

"Pamiętniki chłopów" wprowadziły do kina Munka pierwiastek humanistyczny, który odtąd pojawiał się będzie we wszystkich filmach reżysera. Doświadczenia wojenne, m.in. z racji żydowskiego pochodzenia, sprawiały, że potrafił on dostrzec ludzką niedolę, prawdziwe dramaty bohaterów, także ich osobiste poświęcenie i godność. O tym traktowało "Kolejarskie słowo", kolejny film łamiący socrealistyczny schemat, bliższy raczej klasycznej "Nocnej poczcie" - dokumentowi Watta i Wrighte'a niż zwykłemu obrazowi propagandowemu. Historia kolejarzy, którzy wieźli koks ze Śląska do szczecińskiej huty była oczywiście osadzona w realiach epoki, z jej ideą współzawodnictwa, ale Munk nie skupiał się na politycznym wymiarze opowieści, a ukazywał maszynistów, dróżników i mechaników, którzy pracują ciężko i uczciwie.

Swymi późnymi filmami, "Zezowatym szczęściem" i "Eroiką", Munk wyrobił sobie opinię antyromantyka, kpiącego z polskiej tradycji XIX-wiecznej, przyrodzonej nam bohaterszczyzny i zamiłowania do pustych gestów. Jego wczesne dokumenty zadają jednak kłam tym stereotypom. "Gwiazdy muszą płonąć" są bowiem filmem z ducha romantycznym, ukazującym niebezpieczeństwo, ale i piękno pracy śląskich górników. Po raz kolejny Munk przełamywał bariery socrealizmu, pokazując nie tyle heroizm ludzi pracy, ile koszty, jakie płacą oni za realizowanie gospodarczych planów. "Gwiazdy..." są filmem poruszającym, który po 50 latach wciąż ogląda się z niemałym napięciem.

Podobne napięcie towarzyszy nam podczas lektury "Błękitnego krzyża", jednego z najpiękniejszych dokumentów Munka, w którym rekonstruował akcję ratowniczą GOPR-owców. "Błękitny krzyż" to obraz pięknie sfilmowany przez Sergiusza Sprudina, specjalistę od górskich pejzaży, narracyjnie dopracowany, wciągający niczym fabularny film wojenny. Jest to zarazem dzieło, które sam reżyser oceniał surowo, dostrzegając w nim kwintesencję słabości swego dokumentalnego warsztatu: sztuczność i brak realizmu. Zapewne dlatego w kolejnych utworach wtrącał nutę ironiczną, która z czasem zastąpiła romantyczny paradygmat.

Zrealizowane po 1955 r. dokumenty Munka wprowadzały już znany z fabuł element komiczny. Humorem skrzył się "Niedzielny poranek", autobusowa love story ironicznie grająca z konwencją produkcyjniaka. Także awangardowy "Spacerek staromiejski" - owoc muzycznych fascynacji artysty, zbudowany na rytmie muzyki konkretnej, a zarazem hołd dla odbudowywanej ze zgliszcz Warszawy.

Munka pamięta się dziś głównie jako twórcę fabuł, jednak widziany przez ich pryzmat obraz reżysera jest niepełny. Wczesne dokumenty wprowadzają do jego portretu nutę dwuznaczną, pozwalają (przy odrobinie złej woli) przyporządkować Munka do socrealizmu, ale też nadają jego postaci wymiar ludzki, pokazują wewnętrzną przemianę człowieka i artysty.

O wadze tej dokumentalnej twórczości błyskotliwe pisze dziś Marek Hendrykowski. Zauważa on m.in., że w późniejszych filmach Munka próżno szukać sceny snu, marzenia, fantasmagorii - bo żywiołem tego artysty jest dokumentalna obserwacja i pieczołowity opis realnego świata. Miłośnikom reżysera ten portret może się wydawać zbyt szkicowy, jednak ideą książki Hendrykowskiego jest popularyzacja autora "Eroiki". Nie umniejsza to zresztą intelektualnej klasy autora, który mierzy się także z fałszywymi mitami na temat Munka i stereotypowymi opiniami o jego filmach. Pokazuje artystę, który nie był obrazoburcą, lecz mitoburcą, twórcą trzeźwym, dalekowzrocznym, ale też ludzkim, potykającym się i popełniającym błędy. Dobrze dziś przypomnieć tę postać, by jej prawdziwy obraz zastąpił legendę.

  • Marek Hendrykowski, "Andrzej Munk", przedmowa: Andrzej Wajda, Biblioteka Więzi, Warszawa 2007
  • "Polska Szkoła Dokumentu: Andrzej Munk", 2 płyty DVD, Polskie Wydawnictwo Audiowizualne,
  • Warszawa 2007

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2007