Reklama

Cybermułłowie

Cybermułłowie

06.02.2006
Czyta się kilka minut
W 1997 roku przez pilnie strzeżoną irańsko-iracką granicę raz na kilka miesięcy przekradał się brodacz na mule. Całym jego bagażem była butelka wody, jedzenie i torba. Kilka dni później docierał do świętego miasta szyitów - Nadżafu. Tu kierował się do domu ajatollaha As-Sistaniego, który rozwiązywał podane mu zawiniątko i wydobywał zwitek wydruków z e-mailami zawierającymi istifta'at - zapytania o opinie religijno-prawne od szyitów z całego świata.
B

Brodacz na mule wracał do najbliższego irańskiego miasta z dostępem do internetu - Qom, wioząc ręcznie zapisane odpowiedzi (fatwy). Irakijczyk Abd al-Karim Kazimi zamieszczał je na stronie internetowej , miesięcznie odwiedzanej już wówczas przez około 350 tys. internautów. Z budżetem 100 tys. dolarów rocznie - od szyickich darczyńców z Zatoki Perskiej - strona zatrudniała sekretarzy, projektantów, posłańców i last but not least muła.

Opisywane zdarzenia zbiegły się z początkiem irańskiej rewolucji informatycznej. Kilka miesięcy po wyborze Chatamiego na prezydenta Iranu (w tym samym 1997 roku), rząd zdecydował o zakupie za granicą 200 tys. komputerów dla szkół i uniwersytetów. Jedna czwarta trafiła do instytucji religijnych. Obecnie w samym tylko Qom jest podobno ponad 300 tys. komputerów i ponad 200 kawiarenek internetowych. Wedle oficjalnych statystyk ponad 20 mardża' (wysokich rangą nauczycieli religijnych) oraz 411 wykładowców i duchownych aktywnych w edukacji prowadzi swoje strony internetowe. Jedną z najpopularniejszych jest strona ajatollaha Husajna Montazeriego (z jego najnowszymi opiniami prawnymi - fatwami - i wywiadami); jedną z bardziej szczegółowych - właśnie strona ajatollaha Ali as-Sistaniego.

W skali ogólnoirańskiej właśnie w Qom, siedzibie m.in. Organizacji Propagandy Islamskiej, internet cieszy się bodaj największą popularnością. Choć konserwatywni duchowni obawiają się narażania studentów na dostęp do "zakazanych materiałów", to z drugiej strony "liberałowie" popierają ekspansję sieci. Tylko tak studenci mogą w miarę bezpiecznie zapoznać się z zakazanymi tytułami, tj.: "Szatańskimi wersetami" Salmana Rushdiego, "Zbrodnią i nagrodą" opozycyjnego pisarza Szaqa ad-Dina Szafy czy pamiętnikami byłej cesarzowej Iranu.

Mudżahedin z myszką

Oczywiście najwięcej emocji wzbudza coraz częstsze wykorzystywanie internetu w spełniającym się "proroctwie" konfliktu cywilizacji. Choć wszystkie ruchy zbrojne świata starają się wykorzystywać nowoczesną technikę, koja­rzy się ją głównie z cyber-dżihadem mu­­zuł­mańskich ekstremistów. A przecież działania takie prowadzą też np. przeciw rządowi w Ankarze kurdyjskie i tureckie ugrupowania komunistyczne. Wirusy nie dzielą się na muzułmańskie i nie-muzułmańskie.

Jak pisze nigeryjski uczony z Uniwersytetu Bayero w Kano - Abdallah Uba Adamu - cyberterroryzm można uznać za młodszego brata "tradycyjnego" terroryzmu i - słownikowo rzecz biorąc - oznacza jakąkolwiek działalność terrorystyczną, dokonywaną poprzez lub z towarzyszeniem komputera. Także przeciwko komputerom bądź całym sieciom.

Grupy określane na Zachodzie jako "terroryści", a których na Bliskim Wschodzie często nazywa się "bojownikami" czy "mudżahedinami", powszechnie wykorzystują wirtualną przestrzeń do walki. Odrośl Al-Kaidy w Iraku, której przewodzi Az-Zarkawi, zawdzięcza telekomunikacji dużą część sukcesu. Osama bin Laden jeszcze przed amerykańskim atakiem na Afganistan miał używać telefonów satelitarnych do koordynowania ruchów podkomendnych. Jednocześnie, zapewne by nie powtórzyć błędu Dżohara Dudajewa zabitego rosyjską rakietą po namierzeniu sygnału jego telefonu, Osama bin Laden i Abu Musab az-Zarkawi podobno nigdy nie używają aparatów osobiście. Dyktują treść przekazu adiutantom, którzy nadają już z innego miejsca. W czasie podróży aparaty są przewożone inną trasą niż ta, po której porusza się ich właściciel.

Uważa się, że za wprowadzenie internetu do arsenału Al-Kaidy odpowiada grupa egipskich informatyków - weteranów wojny afgańskiej. Zaproponowali oni takie metody wykorzystania neutralnych stron WWW, poczty elektronicznej i sklepów online, by móc wymieniać informacje bez ryzyka wpadki.

Informacje operacyjne za pomocą internetu przesyłają między sobą także komórki Hamasu. Działacze tej organizacji w USA używali szyfrowanych dyskusji na czacie do planowania swoich działań i wymiany informacji, a e-maili do koordynacji poczynań w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu i w Libanie. Przez długi czas izraelskie służby specjalne nie były w stanie wyłowić informacji Hamasu, gdyż ich autorzy unikali używania wychwytywanych przez wyszukiwarki słów-kluczy.

Internetu nauczył się używać także Hezbollah, prowadząc trzy oficjalne strony w sieci: (organ centralnego biura prasowego), (opis operacji przeciwko Izraelowi) i informacyjny - obecnie stale działa ta ostatnia. Hezbollah stworzył też w Libanie centrum medialne Al-Manar (arab. "latarnia"), które profesjonalnie obsługuje dziennikarzy.

Te i dziesiątki innych ugrupowań atakują domeny wrogów wirusami. Na ich działalność odpowiedzieli m.in. izraelscy hakerzy, wielokrotnie "zapychając" pocztą strony internetowe Hamasu, Hezbollahu, a także Autonomii Palestyńskiej podczas "drugiej intifady". Palestyński kontratak, nazywany tak malowniczo cyber-dżihadem, zanotował na swym koncie czasowe zamknięcia stron Knesetu, izraelskiej armii, MSZ czy giełdy w Tel Awiwie.

Są też i wolni strzelcy. W sierpniu ubiegłego roku przy współudziale FBI zostali aresztowani w swoich krajach Marokańczyk Farid as-Sabbar i Turek Atilla Ekici. Oskarżono ich o stworzenie i wpuszczenie do sieci dwóch "robaków": Mytob i Zotob, które tylko w USA zaszkodziły ponad stu firmom, w tym takim gigantom medialnym jak CNN, "New York Times" i ABC News.

Zjednoczeni w sieci

Ogromna większość muzułmańskich stron internetowych ma pokojowy charakter. Wiele z tych anglojęzycznych czy zaopatrzonych w anglojęzyczną wersję jest nastawionych na działalność misyjną, konwersyjną - próżno by w nich szukać sensacji. Dla postronnego internauty są wręcz banalne. Wielu muzułmanów, zwłaszcza tych żyjących w diasporze na Zachodzie, gdzie brakuje naturalnych przywódców religijnych - poszukuje ich w sieci. Dla pobożnego muzułmanina prawo koraniczne (szariat) reguluje każdą dziedzinę życia. Tam, gdzie nie można udać się do najbliższego meczetu, pomaga - kolejny chwytliwy termin - cybermułła.

W latach 60. kairskie radio "Głos Arabów" elektryzowało miliony zwolenników Nasera ponad pilnie strzeżonymi granicami pokolonialnego Bliskiego Wschodu. Taki jednoczący transgraniczny przekaz był czymś szokującym i ekscytującym. Teraz to internet i panarabskie kanały satelitarne w niezauważalny, lecz rewolucyjny sposób zmieniają Bliski Wschód. Arabowie jednoczą się w sieci i oglądają te same kanały TV. Muzułmanie pozbawieni od likwidacji kalifatu (1924 r.) spoiwa swej społeczności - niepostrzeżenie tworzą wirtualną ummę, gminę. Władze nie są już w stanie izolować swych społeczeństw przed opiniami odmiennymi od oficjalnych.

Oczywiście, jak to w sieci: obok głosów wybitnych, a stłamszonych dotąd czy zmuszonych do emigracji myślicieli pojawia się wielu radykałów i ekstremistów. I to ich wypowiedzi z dziwnym zapałem podchwytuje się na Zachodzie na dowód zbliżającego się rzekomo Armagedonu. Tak zresztą, jak na Bliskim Wschodzie "ciemnogród" w każdym zachodnim przedsięwzięciu widzi knowania Izraela.

I nawet tam, gdzie najłatwiej o fundusze i nowoczesne technologie - czyli w krajach Zatoki Perskiej - głównym problemem pozostaje knebel, jaki swobodzie internetu próbuje nałożyć rodzima władza. W marcu ubiegłego roku władze królestwa Bahrajnu (siedziby wielu banków i dowództwa amerykańskiej Piątej Floty) aresztowały trzech młodych mężczyzn prowadzących krytyczny wobec rządu i rodziny monarszej portal . 27-letni inżynier informatyk Abd al-Imam, zwolniony kilka dni później pod naciskiem opinii publicznej, opowiadał, że przesłuchujący go nie mogli zrozumieć, iż nie może on brać odpowie­dzialności za wszystkie wypowiedzi internautów.

---ramka 407221|strona|1---

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]