Marcin Żyła: Jak to jest – prowadzić pociąg?
Urszula Calik: Tak naprawdę dopiero, gdy ktoś o to pyta, uświadamiam sobie, że na co dzień ciągnę za sobą wagony z pasażerami o masie kilkuset ton. Bo gdy wsiadam do kabiny, najważniejsze jest dla mnie, żeby dojechać bezpiecznie. I, najlepiej, planowo.
Ta praca to ciągłe skupienie i konieczność dużej podzielności uwagi. Obserwujemy szlak przed nami, sygnalizację, wszystkie wskaźniki. Musimy pamiętać, co było na poprzednim semaforze, bo on informuje o tym, co będzie na następnym. Przez radio dyżurni mówią o sytuacji na szlaku, np. ostrzegają, gdy ktoś się kręci przy torach. Pociąg nie zatrzyma się przecież od razu – przy prędkości 160 km na godzinę droga hamowania to aż 1300 metrów. Mamy wprawdzie nowszy tabor, są silniejsze lokomotywy, ale wciąż trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Czy kierowanie takim składem jest trudne?
W starszym taborze nastawnik jazdy ma formę kierownicy. Ona oczywiście nie działa jak samochodowa – wybierając odpowiednią pozycję, można zwiększyć moc i przyspieszyć. W nowych lokomotywach jest joystick. Ale trzeba nim manipulować delikatnie. Gdy jest duże pochylenie, mokro, liście, to jednak szyna i metalowe koło nie zawsze chcą ze sobą współpracować. Pociąg też może wpaść w poślizg.
Często kursuję na linii Kraków–Zakopane. Teraz, po remoncie, nie ma już na niej wielu trudnych miejsc. Wcześniej zdarzało się jednak, że gdy było mokro, leżał śnieg bądź występowały problemy z napięciem, to pociąg nie wyjeżdżał pod górę. Trzeba było się cofnąć i spróbować jeszcze raz. Sytuację utrudniały ograniczenia prędkości. Pamiętam, że przed swoją pierwszą służbą na tym szlaku stresowałam się przez tydzień.
Oczywiście na każdą trasę musimy mieć tzw. znajomość szlaku. Zanim pojedziemy samodzielnie, czterokrotnie towarzyszymy innemu maszyniście. Poznajemy profil szlaku, miejsca, w których trzeba zachować szczególną uwagę.

Jaką Polskę widać z lokomotywy?
Bardzo zieloną. W końcu tory prowadzą najczęściej przez lasy i pola. Zachwycam się widokami zwierząt i natury. Jeżdżę też do Przemyśla, Lublina, Warszawy, Wrocławia. Wszędzie coś się buduje, widać kraj, który się rozwija.
A pasażerowie? Też się zmieniają?
Dużo jest naprawdę zainteresowanych koleją. Kiedy widzą kobietę w lokomotywie, są często zaskoczeni, zagadują. Zdarzają się też pasażerowie zagubieni, którym na peronie służę za punkt informacyjny. No i spóźnialscy, którzy biegną do drzwi, nawet gdy pociąg rusza. Jako maszynistka naprawdę muszę mieć oczy dookoła głowy.
Nasza praca różni się jednak w zależności od rodzaju służby. W Krakowie dwie lokomotywy spalinowe zajmują się np. przetaczaniem pociągów. Mówimy na to: obrządzanie składów. Gdy pociąg zjeżdża z trasy, jest sprzątany, opróżniane są toalety; jeśli w którymś z wagonów coś się zepsuło, jest zastępowany innym, sprawnym. Dla pasażerów to praca raczej niewidoczna, ale właśnie dzięki niej na peron może wjechać pociąg gotowy do drogi.
URSZULA CALIK jest maszynistką w PKP Intercity
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















