Błąd zaniechania

Katastrofa w Smoleńsku wydarzyła się pół roku temu. Wtedy polscy i rosyjscy politycy zapewniali, że miejsce wypadku zabezpieczono, "przeorano". Tymczasem kilka dni temu uczestnicy motocyklowej pielgrzymki do Katynia i Smoleńska przywieźli ludzkie szczątki, m.in. fragment czaszki - znalezione na miejscu katastrofy.
Czyta się kilka minut

Ktoś może powiedzieć: przy takich wypadkach tak bywa. Tyle że kolejne informacje z ostatnich dni każą coraz bardziej wątpić, czy strona rosyjska, ale też polska, traktują to śledztwo, tak jak obiecywano: jako priorytetowe. Słyszymy o wlokących się procedurach (z 6 wniosków o pomoc prawną Rosja zrealizowała jeden; to podobno normalne). O tym, że Rosjanie nie przekazują protokołów z sekcji ani informacji o wyposażeniu lotniska. O tym, że polscy urzędnicy nie umieją ustalić, jaki charakter miał lot: cywilny czy wojskowy. O rdzewiejącym pod gołym niebem wraku, który podobno jest dowodem.

Dwie wieści przygnębiają szczególnie. Bo jeśli przypadkowi ludzie znajdują fragmenty zwłok, to narzuca się pytanie: ile ich tam jeszcze zostawiono? I rzecz druga: ujawniona właśnie treść rozmów, które 10 kwietnia wieża lotniska prowadziła z Moskwą. To obraz ucieczki strony rosyjskiej od odpowiedzialności za decyzję, czy można podjąć próbę lądowania. Tę decyzję po prostu zrzucono na stronę polską. Tyle że po polskiej stronie, tj. w samolocie, decydować musieli piloci, którym wieża nie powiedziała wprost, jak fatalna jest sytuacja. Byłoby więcej niż ironią, gdyby finalizowany raport moskiewskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK-u) winą obarczał tylko pilotów. Tymczasem to właśnie jest możliwe. Choćby dlatego, że badając wcześniejsze katastrofy, MAK - instytucja związana z Kremlem i będąca quasi-firmą, reprezentującą interes producentów samolotów - winą zawsze obarczał pilotów.

Dziś, gdy według sondaży ponad połowa Polaków uważa, że śledztwo idzie źle, politycy PO zmieniają ton. Minister sprawiedliwości żąda wydania wraku; szef MSZ ironizuje, że skoro Rosji nie stać na okrycie go namiotem, MSZ to sfinansuje (trzeba było pół roku na taką deklarację?). Sam premier przyznaje, że coś nie jest w porządku: tak można interpretować jego słowa, iż "nie da się namówić na wypowiedzenie Rosji politycznej wojny" w związku ze śledztwem, które "nie jest prowadzone perfekcyjnie".

Wojny od premiera nikt nie oczekuje. Ale aktywności. Choćby dyplomatycznej interwencji u premiera Rosji. W końcu to Tusk i Putin obiecywali pół roku temu ścisłą współpracę. Wtedy zapewniano, że formuła śledztwa - czyli de facto oddanie prymatu Rosjanom - wynika z konwencji i jest optymalna. Że gdyby prowadziło je jakieś nadzwyczajne gremium polsko-rosyjskie, byłyby kłopoty, bo "nie ma procedur". Dziś okazuje się, że to "procedury" tłumaczą żółwie tempo śledztwa.

Czy ono mogło potoczyć się inaczej? Tego się nie dowiemy. Tusk nie podjął próby wykorzystania polityczno-emocjonalnego "okienka", które otworzyło się na chwilę po 10 kwietnia. Zaniechanie to było błędem. Także dlatego, że gdyby spróbował, nawet bez efektu, nie byłby teraz zakładnikiem dobrej woli Rosji.

Ponieważ nie spróbował, przebieg śledztwa staje się coraz bardziej testem na wiarygodność jego samego i jego polityki wobec Rosji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 40/2010