W zasadzie nie jest to miejsce na pisanie o moich prywatnych odznaczeniach i honorach, jednak uroczystość 5 czerwca była szczególna. Otrzymałem honorowe obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. To duży zaszczyt, bo tego tytułu nie nadaje się masowo. Myślę też, że ten tytuł przyznano mi dlatego, iż większą część życia związałem z „Tygodnikiem Powszechnym” wychodzącym w Krakowie. Zaszczyt to dla mnie, ale też należy się tym, którzy naszych czasów nie dożyli i takiego uhonorowania nie doznali. Jerzemu Turowiczowi przede wszystkim. Historia jego wyróżnienia, które nie doszło do skutku w wyniku sprzeciwu bodaj jednego człowieka działającego – można sądzić – według oczekiwań ówczesnych władz, jest bardziej wymowna niż uhonorowania zrealizowane.
Ówczesny „Tygodnik” przez długie lata borykał się z cenzurą. Tym, którzy pamiętają ostatni okres, w którym jej ingerencje były w tekstach zaznaczane, chcę przypomnieć długie lata cenzury, której oznaczać nie było wolno. Dziś trudno sobie wyobrazić, że każdy numer był przed drukiem dostarczany cenzorowi, który według regularnie aktualizowanych wytycznych wykreślał teksty (często fragmenty artykułów), które nie mogły się ukazać.
Bywało, że redakcja zdejmowała wtedy cały tekst, bo bez skreślonych fragmentów tracił on znaczenie. Bywało też, że poharatany przez cenzurę tekst jednak drukowała. Ludzie zresztą uczyli się tak pisać (i czytać), że treści nieprawomyślne były formułowane w sposób nie do zaczepienia. Nawet jeśli czasem cenzor dostrzegał zasadzkę, musiał jej istnienie jakoś udowodnić. A udowodnić nie był w stanie. Tak było czasem, niestety raczej wyjątkowo. Należy wyznać i to, że niekiedy cenzura była przeczulona i ingerowała, przewidując ewentualne skojarzenia czytelników. Wreszcie, udawało się też zamieszczać teksty tylko pozornie niewinne, a dla odbiorców jednak czytelne.
Chociaż jest to historia ponurej przeszłości, nie należy o niej zapominać. Żyliśmy w takim systemie przez długie lata. Dla niektórych cenzura należała do rzeczy oczywistych, co więcej, byli tacy, którzy optowali za jej utrzymaniem. W każdym razie „Tygodnik” był zawsze pod szczególnym nadzorem i podobno bił rekordy cenzorskich interwencji. Z drugiej strony, naprawdę starano się tak pisać, żeby teksty dało się drukować w całości.
Cenzura jest sprzeczna z tym, co można określić jako wierność linii pisma. Jednak bardzo łatwo można linię pisma zdradzić i bez cenzury zewnętrznej. Grozi to także pismom zajmującym się tematyką wiary i religii. Łatwo bowiem, pisząc teksty poświęcone religii, zręcznie omijać trudne problemy. Zwłaszcza że w Polsce czytelnicy pism z przymiotnikiem „katolickie” do tego rodzaju zabiegów przywykli. Jakby „katolickie” znaczyło „wolne od krytycznego myślenia”. „Tygodnik Powszechny” nie jest pełen tekstów religijnych, te jednak, które w nim są (a zawsze są), na ogół skłaniają do myślenia. Dlatego w podtytule naszego pisma widnieje słowo „katolicki”. Przecież to określenie nie jest ani synonimem łatwości, ani – zwłaszcza – bezmyślności.
Wracając do otrzymanego przeze mnie wyróżnienia, pragnę wyraźnie zaznaczyć, że takie wyróżnienie miał (słusznie) otrzymać Jerzy Turowicz. Miał otrzymać i nie otrzymał, bo takie były czasy, nie dlatego, że czegoś zabrakło. Wdzięczny za to wyróżnienie, zdaję sobie sprawę, że „Tygodnik” miał i ma ludzi, którzy na to zasłużyli i zasługują. Dziękuję, że padło na mnie, choć świetnie zdaję sobie sprawę, że godnych tego zaszczytu jest wielu. Ja czuję się ich reprezentantem i w tym duchu składam podziękowanie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















