Audiobooki i podkasty to coś dla ludzi o zajętych rękach – w tym matek. Ratują mi dzień

Z ulgą stwierdzałam, wciąż w szoku porodu i nowego stanu życia, że dopóki podpięta do laktatora słucham audiobooka matki-feministki, jestem sobą.
Czyta się kilka minut
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara

Nie przypuszczałam, że do ścieżki dźwiękowej mojego urlopu macierzyńskiego będę mogła dołączyć najnowszą papieską adhortację „Dilexi te”. Jeszcze się nawet porządnie nie zmartwiłam, że będę do tyłu w papieskich dokumentach. Dopiero przebiegłam ją wzrokiem, by stwierdzić, że potrzeba na to chwili skupienia, której brak. Ale oto pierwszy raz dokument papieski trafia do nas też w wersji dźwiękowej. Audiobook przygotowała sekcja polska Vatican News, a można go znaleźć na jej stronie oraz na kanałach podkastowych i YouTubie. Doceniam tę formę, inkluzywną wobec osób ze słabym wzrokiem i tych o zajętych rękach, w tym matek. „Chodź, zabierzemy papieża Leona z nami do parku” – śmieję się w duchu, zapinając dziecko w wózku.

Podkast i macierzyństwo – para idealna

Zwykle nie odbieram tekstów przez dźwięk najlepiej. Wolę skupienie nad papierem. Inne formy traktuję jako przymus prędkiego dostępu, kiedyś sięgałam w ten sposób tylko po rzeczy błahe, mogące towarzyszyć w sprzątaniu i zakupach. Jednak macierzyństwo zajmuje ręce i często wymaga długich seansów przy zgaszonym świetle, więc nauczyło mnie pokory wobec tej formy odbioru treści. I tak bezprzewodowa słuchawka stała się niezbędnym atrybutem. Zwykle jedna, w lewym uchu. Prawe zawsze czuwa.

Dzięki temu w codziennym szybkim usypianiu towarzyszy mi dźwiękowy dziennik „New York Timesa”, przez co czasem aż za wiele wiem o tym, co dziwnego słychać za oceanem. A że wykonanie dziennikarskie i dźwiękowe ich podkastów jest tak profesjonalne, zaś aplikacja tak prosta w obsłudze, niosąc zmęczone niemowlę najłatwiej mi dyskretnie odpalić właśnie je. Lubię też, gdy autor artykułu we wprowadzeniu do jego wersji dźwiękowej pokazuje tło jego powstawania. Bywa, że takie dzielenie się warsztatem, pytaniami i przygotowaniami jest ciekawsze niż sam tekst.

Uruchamianie odtwarzacza...

Jednak królową ścieżki dźwiękowej mojego wczesnego macierzyństwa została Gloria Steinem, która przeczytała mi do ucha gruby zbiór swoich esejów. Słuchałam zaczarowana. Akurat miałam ją pod ręką, zaczęłam słuchać pod koniec ciąży. Dlatego w szpitalu, gdy już zaczęły się nocne pobudki i dłuższe karmienia, sięgnęłam po rozpoczęty plik. Potem noce stały się jeszcze bardziej poszatkowane, nawał pokarmu i chudnące dziecko kazały mi wstawać co dwie godziny i podpinać się do dojarki.

Matki-feministki i amerykańska powieść

Zatem w ciemne i zimne lutowe noce, pod kocem, z kłączami kabli laktatora i miską orzechów (bo byłam wciąż głodna) słuchałam Glorii Steinem opowiadającej pradzieje amerykańskiego feminizmu, swoje młodzieńcze podróże do Indii, pierwsze doświadczenia dziennikarskie, działanie w kampaniach wyborczych. Również życiorysy swoich przyjaciółek-działaczek, trudną relację z ojcem i tragiczne życie matki. Z ulgą stwierdzałam, wciąż w szoku porodu i nowego stanu życia, że dopóki podpięta do toczącej mleko maszyny słucham matki-feministki, jestem sobą.

Zapamiętałam, z jaką czułością Steinem portretuje inne kobiety i ich zmagania. Dotyczy to nawet jej trudnej matki. Taki jest też proroczy esej o jej przyjaciółce z feministycznych bojów Alice Walker, w której wyczuwa wielką pisarkę. Gdy Steinem pisała ten tekst, Walker dopiero wydała (w 1982 r.) „Kolor purpury”, który stał się ważną, XX-wieczną amerykańską powieścią.

Od Steinem poszłam więc dźwiękowym szlakiem do Walker, bo czemu nie. Skoro świat twierdzi, że jestem „na urlopie”, to mogę sobie halsować między książkami, jak chcę. I przez długie godziny jej głos towarzyszył moim dniom, usypianiu, spacerom, przewijaniu i niektórym nudniejszym zabawom. Co za błogosławiony pomysł, by swoje teksty czytały autorki! Robi się od tego intymnie i blisko. Jakbyśmy siedziały w jednej kuchni.

Księżniczki, klauny, smoki i papież Leon

Żeby nie było, ścieżka dźwiękowa urlopu macierzyńskiego to też niezadowolone pojękiwanie, radosny pisk oraz niekończące się czytanie tego samego. „Kim jesteś?” – zaczynam, a przez kolejne kartonowe strony Tutu rysowany przez Piotra Karskiego zastanawia się, czy jest lemurem, czy słoniem. „Nasze auto jest czerwone jak truskawka” – mówię, sięgając po odziedziczony po dzieciach znajomych hit ilustrowany przez Jana Bajtlika. A chwilę później liczymy klaunów, smoki, księżniczki i torciki w książce po innej dziewczynce. „Dwa, pięć... jak to, ma być ich osiem?” – liczę, pokazując palcem rysunki, by zabić monotonię popołudnia.

I wtedy mieć w uchu nową książkę Arundhati Roy (niby o trudnej matce, a tak naprawdę to przy okazji autobiografia Arundhati) albo nawet dźwiękową wersję papieskiej adhortacji, to uratować dzień.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Coś na ucho