Reklama

Arcydzieło Andersa Bodegarda

Arcydzieło Andersa Bodegarda

02.12.2009
Czyta się kilka minut
Wyobraźmy sobie kraj o populacji liczącej mniej więcej 9 milionów, z czego milion to emigranci. Wyobraźmy sobie dalej, że jest to kraj, w którym "Pan Tadeusz", mimo trzech przekładów, znany nie jest, a Sienkiewicz, owszem, bardzo, bardzo popularny, ale tylko "Quo vadis?". O Janie Chryzostomie Pasku nawet nikt nie słyszał.
M

Mało tego, ów kraj kulturę szlachecką zmarginalizował przed wiekami, przekształcając się w kraj chłopsko-mieszczański. Pańszczyzna przynależy do jego prehistorii, co z kolei oznacza, że chłopi chłopami w sensie polskim właściwie nigdy nie byli, a i szlachtę bardziej po formie nazwiska czy dodatku "von" niż po określonym stylu da się tam poznać. Co gorsza, kraj ów nie brał udziału w wojnach od co najmniej dwustu lat, jest pragmatyczny, trzeźwy i nader skłonny do kompromisu. W dodatku ma inną pamięć kulturową... więc archaizacja źle tu wypada.

Myślę, że to dobre wprowadzenie do sytuacji Andersa Bodeg?rda, kiedy podejmował decyzję przekładu "Trans--Atlantyku" Witolda Gombrowicza na język szwedzki. Oczywiście, Bodeg?rd to wielkie nazwisko, więc na wiele może sobie pozwolić. Zna polski (i francuski) fenomenalnie, a Gombrowicza prawie na pamięć (przynajmniej "Dziennik", "Ślub" i - teraz - "Trans-Atlantyk", które przełożył). I owo "na pamięć" oznacza tu nie tyle opanowanie tekstów, ile bezbłędne wyczucie stylu autora, tak, wyczucie w swoim, szwedzkim języku. Albo jeszcze inaczej: Gombrowicz w wymienionych dziełach mówi Bodeg?rdem. I nadal jest Gombrowiczem, ba, arcy-Gombrowiczem! Niektórzy z recenzentów właściwie nie zauważyli, że "Trans-Atlantyk" ("Trans-

-Atlantic") jest przekładem... Owszem, piszą o właściwościach stylu Gombrowicza, o wykraczaniu poza granice tolerancji składni, ale przyjmują za oczywistość, że Gombrowicz tę szwedzką składnię tak fenomenalnie umiał rozwalać.

Powieść wyszła w wydawnictwie Modernista, gdzie wcześniej opublikowano "Opętanych" i "Kosmos" (w tłumaczeniu Stefana Ingvarssona), "Bakakaj" (w tłumaczeniu Davida Szybka) i "Czarny nurt" Michała Pawła Markowskiego (w przekładzie zbiorowym). Wszystkie w podobnym wystroju graficznym, zatem jest to Gombrowiczowska seria.

A zaczęło się jeszcze za życia Gombrowicza, kiedy to Jan Stolpe, dzisiaj wielki tłumacz Montaigne’a i Platona, przeczytał "Ferdydurke", zachwycił się i pojechał do Vence, żeby zrobić z Gombrowiczem wywiad. Wywiadu, oczywiście, nie zrobił, ale spotkanie opisał, a przede wszystkim przełożył "Ferdydurke" (niestety, z zaakceptowanego przez pisarza kiepskiego przekładu francuskiego), a potem "Pornografię" i "Testament" (z francuskiego). Inni - na ogół nie z polskiego - przełożyli i wydali dramaty, które grane były w Szwecji z dużym powodzeniem i w najlepszych wykonaniach. Ba, ale to były lata 60. ubiegłego stulecia! Równolegle pojawiły się odczytania Gombrowicza: awangardowe, egzystencjalne, polityczne.

Po wydaniu "Dziennika", a stało się to pod koniec ubiegłego wieku (1992), nastąpił powrót do Gombrowicza już nie tak powszechny jak wcześniej, ale znaczący. Nacisk interpretacyjny kładziono teraz na Gombrowiczu egocentryku, na oryginalnym i prowokującym Polaku-za-granicą. Wydanie "Trans-Atlantyku" poprzedzone jest krótkim i świetnym, opisującym zwięźle konteksty towarzyszące powstaniu powieści, a także podstawowe antynomie ją kształtujące, wprowadzeniem Jana Stolpego ("Z czapką w garści boso pod płotem"), z którego recenzenci czerpią pełnymi garściami.

Przedmowa Stolpego to gest symboliczny: ten, kto odkrywał dla Szwedów Gombrowicza w latach 60. ubiegłego stulecia, otwiera ostatnią nietłumaczoną dotąd na szwedzki powieść pisarza. Nie tylko jednak Stolpe w tej książce Gombrowicza komentuje. Czyni to także sam Gombrowicz w załączonych po tekście powieści trzech przedmowach (z 1951, 1953 i 1957 roku). Można zatem powiedzieć, że wydawca szwedzki lokuje powieść w Gombrowiczowskim raju komentowania, bo i Stolpe przywołuje kolejne autokomentarze pisarza. Cały ten korowód komentarzy przesuwa jednak lekturę powieści o jakieś 50 lat wstecz, pakuje w spory obce i przebrzmiałe. I recenzenci się dziwią, próbują na próżno wcielić się w nacjonalistę polskiego, pojąć groteskowe zawęźlenia polskości i "skandaliczność" powieści. Tyle miejsca poświęcają zdziwieniu nad cudzym i niepojętym, że czasu im nie starcza na odpowiedź na zasadnicze pytanie: co dla nich ta powieść dzisiaj oznacza! Kończą więc na ogół wezwaniem do przeczytania tej zachwycającej, arcygombrowiczowskiej powieści, bo jest ona zdecydowanie inna, niż to z przywołanego kontekstu wynika.

Ach, te polskie konteksty! Łudzą szansą ucieczki przed szaleństwem własnej interpretacji, kuszą łatwymi rozwiązaniami, zwłaszcza tam, gdzie Stolpe niedopowiedział, a wydawca poskąpił objaśnień. Zatem, idąc tropem Stolpego, który wspomina o swoistym autobiografizmie Gombrowicza, jeden z krytyków traktuje powieść jako bezpośrednią reakcję na wybuch II wojny światowej. Inny znów stanowczo twierdzi, że w PRL-u pisarz był surowo zakazany (a bierze się to stąd, że przedmowy Gombrowicza nie zostały opatrzone odpowiednimi przypisami bibliograficznymi; przedmowa z 1957 roku jest, rzecz jasna, przedrukiem z wydania krajowego).

Dość jednak wybrzydzań! Krytycy, zmuszeni dziś do wypowiedzi krótkich i "na czas", pragną naraz poinformować czytelnika (i tutaj konteksty są nieuchronne), przekonać go i zauroczyć, puścić perskie oko do znawcy, i jeszcze coś ważnego powiedzieć. Nie wahają się: "Trans-Atlantyk" to nie tylko i nie głównie satyra czy prowokacja, to powieść światowej klasy - przekraczająca ograniczenia gatunkowe czy wąsko pojętą historyczność, ba, nawet przez siebie samą ustanowioną "absurdalność". To powieść, która parzy, jak rozżarzone węgle pod stopami, choć ustępuje arcydzielnemu "Dziennikowi".

Wszystkie recenzje zgodnie uznają przekład Bodeg?rda za arcydzieło, i akurat w tym miejscu muszę się wtrącić, bo wiem od krytyków więcej: to, co Bodeg?rd uczynił z językiem szwedzkim, jest fenomenalne. Owszem, styl pokryty jest lekką patyną (krytycy zgodnie wskazują na "barokowość"), ale nią nie epatuje, język doprowadza tutaj czytelnika do istnego transu, iskrzy się szaleńczym rytmem, niekiedy zdumiewa arytmią, brzmi, wybrzmiewa, bo "Trans-Atlantyk" koniecznie trzeba czytać na głos. I w ten porywający wir języka wpisany jest kończący powieść arcyśmiech - chwilowy ratunek, lepiej: on z niego wynika. Krytycy szwedzcy zgodnie zauważają, że ratunek czy wolność jest u Gombrowicza chwilowym tylko zawieszeniem grozy. Rozwiązania szczegółowe tłumacza są olśniewające, nawet przyśpiewki, jakieś "hop dziś dziś" naraz podrywają do tańca i tchną pustką.

Jak zakończyć tę apologię Bodeg?rda? I Gombrowicza! Życie jest najlepszym wynalazcą i niechaj ono na koniec wkroczy. Otóż każdy Czytelnik wie, że oj bieda, bieda, kryzys, kiepsko, co się na przyduszonej interlinii omawianego wydania niekorzystnie odbiło. Wydawnictwo szuka, rzecz jasna, sposobów potanienia przedsięwzięcia, przecież niemasowego. Jednym z nich, często opóźniającym promocję książek, jest druk w Chinach. Bardzo porządny! Zgadnijcie jednak, Ferdydurkiści, jak się nazywa drukarnia w Chinach, która "Trans-Atlantyk" wykonała? HAHA PRINT.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]