Reklama

Arcybiskup "wypycha" z Kościoła

Arcybiskup "wypycha" z Kościoła

03.08.2015
Czyta się kilka minut
Dziękuję abp. Jędraszewskiemu za kazanie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Otworzyło mi ono oczy. Teraz rozumiem, że tu nie chodzi o kilka kontrowersyjnych zdań, tylko o przemyślaną strategię.
Abp Marek Jędraszewski / Fot. Grzegorz Gałązka / PAP
Abp Marek Jędraszewski / Fot. Grzegorz Gałązka / PAP
G

Gdy po raz pierwszy przeczytałem fragmenty tej mowy, przywoływane w medialnych doniesieniach, pomyślałem, że może dziennikarze wyolbrzymiają, a jeśli nie, to może hierarchę zwyczajnie poniosło i dał upust chwilowym emocjom. Lektura całości wypowiedzi, zamieszczonej na stronach internetowych archidiecezji łódzkiej, potwierdziła jednak doniesienia. Co więcej, trzeba zwrócić uwagę na godzinę publikacji zapisu kazania: 1 sierpnia 2015 r., 13.49. Msza, której metropolita przewodniczył, rozpoczęła się w południe tego dnia. Wniosek jest prosty: słowa wypowiedziane z ambony były przemyślane i przygotowane na piśmie. O emocjonalnym porywie nie może być mowy.

Zatem tak, abp Marek Jędraszewski z rozmysłem wykorzystał Powstanie Warszawskie – jego dramat i krew ofiar – by skrytykować konwencję antyprzemocową oraz ustawy o leczeniu niepłodności i uzgodnieniu płci. Jego zdaniem poparcie dla tych rozwiązań może być „uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło”. Duchowny ma naturalnie prawo do wyrażania opinii o rozwiązaniach legislacyjnych oraz do krytykowania tych, którzy za nimi głosują. Ale wpisywanie tego w historyczny dyskurs o zrywie wyzwoleńczym oraz sugerowanie, że walczący w 1944 r. w stolicy byliby przeciwko obecnie rządzącym, to cynizm najwyższej próby.

Przywołanie poruszającego wiersza pod tytułem „Czerwona zaraza” również nie było tu przypadkowe. Jego autorem jest Józef Szczepański, pseudonim „Ziutek”, który zanim zginął 10 września 1944 r., w poetycki sposób pokazał dramat miasta czekającego na pomoc Armii Czerwonej. Na tym tle kaznodzieja kreślił karkołomne porównanie: tak jak wtedy z radzieckim wojskiem weszła do Polski bolszewicka władza, tak „obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza”. Co naturalnie było odniesieniem do wspomnianych ustaw, obecnego rządu i ustępującego prezydenta.

Można by spierać się w tym miejscu z zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Można by np. dowodzić, że pejoratywne określenia lewicy są mocno nie na miejscu, skoro polska lewica niepodległościowa – jak socjaliści z PPS-WRN – była częścią Polskiego Państwa Podziemnego. Można by próbować wykazać, że przyjmowanie ustaw przez demokratycznie wybrane władze to jednak nie to samo, co dyktat bolszewicki. Można by. Ale po co? Przecież już chyba rozumiemy, że w kazaniu nie chodziło o zaproszenie do rozmowy.

Po uważnym przeczytaniu tego wystąpienia zrozumiałem, że autor po prostu chciał napiętnować konkretne grupy społeczne. Lewica, zwolennicy PO i prezydenta Komorowskiego, to „czerwona zaraza”, która zalewa Polskę, a na dodatek zdradza ideały Powstania Warszawskiego. Wygląda na to, że łódzki metropolita, uzyskawszy wysoką pozycję w Episkopacie, dojrzał do forsowania strategii wypychania części wiernych z Kościoła. Skoro katolicy o poglądach lewicowych, liberalnych czy nawet centrowych tak często krytykują biskupów i w ogóle nie da się nimi kierować, to nie ma sensu o nich zabiegać czy nawet z nimi rozmawiać. Zamiast postawy dialogicznej z tej perspektywy lepsza jest konfrontacyjna. Oskarżać, obwiniać, obrażać – aż przynajmniej część z nich zniechęci się do Kościoła, może odejdzie, oczyszczając pole dla tych bardziej prawicowych i posłusznych. Bo katolicka wspólnota w tej wizji musi być prawicowo-patriotyczna.

Tak rozumiem to, co się kryje za kazaniem arcybiskupa Jędraszewskiego. Pojawił się w naszym Kościele nurt chcący wypłukać wspólnotę wiernych z tych, którzy nie pasują do określonej wizji. I nie jest to wizja ewangeliczna, w której chodzi o głoszenie Dobrej Nowiny każdemu człowiekowi. Coś, co jeszcze do niedawna było marzeniem krewkiego publicysty lub postulatem pojedynczego księdza, wdarło się na szczyty polskiego Episkopatu. ©

 

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz i publicysta, zastępca redaktora naczelnego portalu Aleteia.pl, redaktor kwartalnika „Więź”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

O ile można zgodzić się, że "nauka Kościoła"(traktowana w sposób zawężony jako doktrynalna wykładnia orzeczeń instytucji rzymsko-katolickiej) reprezentuje intencję realizowania najbardziej uniwersalnych wartości(prawdy, piękna i dobra), o tyle nie można przystać na autorytarny sposób prezentowania tej nauki z pozycji władzy. W chrześcijaństwie liczy się nie tylko treść odczytywanego Objawienia, ale przede wszystkim forma przekazania tej swoistej wiedzy (jako pewnej iluminacji "z Bożej łaski", "działaniem Ducha Świętego"-tak to wykłada sama nauka Kościoła). Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest miłość-Boga, bliźniego, siebie samego.Z miłości Boga wynika dogmat o kenozie-uniżonej posłudze tych, którzy otrzymują ową łaskę i namaszczenie Duchem Świętym. Chrześcijanska kenoza odżegnuje się od autorytetu władzy opartej na przemocy-ewangelizacja wymaga świadectwa życia opartego na wierze, a nie autorytarnego zarządzania "trzodą" bez prawa wolnosci wyboru-brak wolności wyklucza miłość, czyli zaprzecza fundamentalnej zasadzie chrześcijaństwa. Niestety, ale chrześcijaństwo już od kilkunastu wieków (tak od edyktu nicejskiego z 313 r.) boryka się z problemem "faryzejskiego zakwasu"-troski o autorytet władzy posiadającej lud na własność.. Osiemset lat temu przeciwko faryzeizmowi wystąpił Franciszek z Asyżu. Gdy to nie pomogło, hierarchicznym kosciołem potrząsnął Marcin Luter-niebawem będzie to 500 lat od jego wystąpienia z tezami reformy. Czy papież Franciszek w nawiązaniu do charyzmatu Biedaczyny z Asyżu, przełamie 500-letni rozłam wśród chrześcijań łacińskiej tradycji? A czy bez wspólnoty z tradycją bizantyjską(grecką) głos koscielnych hierarchów będzie ewangelicznie wiarygodny? Ale są tacy hierarchowie(i chyba są w przewadze), ze bez wsparcia władzy państwowej i forsowania Dobrych Ustaw, nie są w stanie przekazać Dobrej Nowiny o Pasterzu, co oddał życie za swoje owce

Coś w tym z prawdy jest. W niedzielę, a propos Franciszka z Asyżu, ogłoszono odpust zupełny.

...

nie daję. Wystarczy, ze drażnią mnie pielgrzymki ze srebrnikami w Wielki Piątek adoracji Krzyża. Nawet wtedy nie odpuszczą, rzekomo na kwiaty do bożego grobu.

doświadczenie uczy, że każda władza deprawuje, każda która zakłada własną trwałość, władza rodzicielska dla przykładu nie deprawuje tylko w przypadku gdy zakłada własną chwilowość i że jej celem samym w sobie jest wyuczenie kogoś równego sobie i że trwa tylko do momentu ukończenia tej edukacji, gdy tych założeń brakuje nawet władza rodzicielska się deprawuje, zatem intryguje mnie czy jest w ogóle możliwy kościół hierarchiczny który by nie był faryzejski? Osobiście wątpię.

sama wyjdę. Zapytałam na FB-ku(tak to się pisze? nie mam wprawy, bo od niedawno startuję)ile mamy w Polsce polskich teologów, świeckich i co robią, to znaczy czym się aktualnie zajmują. Otrzymałam odpowiedź, iż jest ich 'sporo' i ze dużo ich na FB-ku. Widziałabym Ich także w innych miejscach, w jednym duchu i jednego serca. Myślę, i sądzę że nie jestem odosobniona, czas aby pokazali rzeczywiste oblicze teologii w jej wszystkich aspektach. W obecnym numerze mowa o autorytetach i elitach, więc okazja ku temu dobra. Dziękuję za zabranie głosu, osobiście nie odniosę się do zdarzenia, bo to się już... mnie osobiście, bardzo zmęczyło. Zresztą, co tu komentować?

Z chorym koniem można się kopać. Ale można też po prostu puścić go samopas w stepy. Wypasiony na stajennym obroku - pozostawiony na łasce losu, wcześniej czy później sam zdechnie. Albo go wilki zeżrą.

"Świecki teolog w sprawie Kościoła, który frustruje, może dokładnie tyle samo, co świecki nie-teolog. Niewiele. Może pokazywać Kościół, jaki zna, i Boga jakiego zna. Misja kanoniczna nie jest mu do niczego potrzebna - każdy chrześcijanin ma misję powierzoną w sakramencie chrztu i bierzmowania. To, jaki Kościół jest, zależy ostatecznie od nas. Nawet jeśli nasz wpływ na homilie biskupów jest żaden " Drogi 'Tygodniku", Panie Konradzie wszystko to na nic. Żadnego wpływu nie mamy.

Hierarchia KK, zwłaszcza wyższego szczebla, prezentuje prosty przepis na "szczęście": władza i pieniądze, czyli mieć wpływ na innych, mieć znaczenie, decydować (zwłaszcza za innych) oraz robić na tym dobry interes. Różnią się tylko tym od dorobkiewiczów, karierowiczów, celebrytów, że wmawiają sobie i innym że to Boża misja, że to Boża wola, że są wybrani. To jest ohydne, coraz bardziej mi to przeszkadza ... czyżbym był w grupie wypychanych ?

Jest też problem miłości do swoich, Tych co chętnie słuchają takiego słowa, ba, mienią się szafarzami sakramentów również

ABP A = arogancja B = buta P = pycha. Uchowaj nas Boże od takich pasterzy, jak wyżej wymieniony. W końcu słuchać ich nie musimy. Coraz wyraźniej jednak widać, do czego zmierza polski Kościół hierarchiczny. I coraz wyraźniej widać rozdźwięk między nauczaniem papieża Franciszka a gromkim pouczaniem i pogróżkami do jakich ogranicza się nauczanie wyższych funkcjonariuszy naszego Kościoła. To bardzo niepokojące zjawisko, które zaowocuje z cała pewnością postępującymi pustkami w kościołach.

że przed polską inteligencją katolicką, teologami i wieloma duszpasterzami stoi ogromne zadanie, obowiązek. Wyobrażam sobie, że w trakcie ŚDM na których obecny będzie papież Franciszek dojdzie do spotkania w tej sprawie. Swoje obawy, niepokoje,czy propozycje rozwiązania naszych problemów mógłby również przedstawić ks. W. Lemański który nie godził się na taki stan rzeczy i za co został usunięty.

Ks. Sowy, o. P. Gużyńskiego mogłyby zostać poparte kolejnymi, potrzeba solidarności jest.

Tylko kto będzie reprezentował głos sprzeciwu wobec takiej "polityki" hierarchii KK ? To prawda, my jesteśmy Kościołem, my mamy głos, tylko jak to zrobić, aby skutecznie przekazać nasza troskę, aby ona nie została zmanipulowana, a my zostali uznani za wichrzycieli, buntowników odszczepieńców ? Teologowie świeccy, dziennikarze katoliccy, przedstawiciele ruchów kościelnych (neo, oaza, odnowa w DŚ, itp.); na kler nie liczę bo wiąże ich ślub posłuszeństwa (czytaj: polityka korporacyjna) ? Może warto zebrać w jakąś całość głos troski i rzeczywiście skorzystać z obecności papieża w naszym kraju, by Mu ten "głos" przekazać ?

Trzeba rozesłać wici, przemyśleć co powinien taki list sprzeciwu zawierać, a ponieważ kler też jest Kościołem wpierw udać się z przygotowaną wersją do Episkopatu. Jestem przeciwna robieniu czegokolwiek za tzw. 'plecami'. Jeśli skutków to nie odniesie, żadnych, plan 2, jak wyżej.

bardzo fajnie pisze o tym Hołownia w książce Holyfood

że najskuteczniej jest zagłosować nogami - ten kościół, polski kościół, "katolicki" jest już tylko z nazwy - i na serio potraktować słowa JPII "Nie lękajcie się!...". Uczestniczenie w seansach pogardy i nienawiści do bliźnich, zwanymi wciąż szumnie "mszami" na pewno nikogo do Boga nie zbliża, zaś zignorowanie ich jest być może najlepszą drogą do otrzeźwienia chorych obłędem politykierstwa i chciwości hierarchów.

Przykro sluchac glosow swietego oburzenia wspolczesnych dostojnikow KK, ktorzy uwazaja, ze bycie chrzescijaninem oznacza wypelnianie nakazow i zakazow zawartych w przepisach prawa koscielnego, opieczetowanych i zaaprobowanych przez koscielnych urzednikow. Staje sie instytucja feudalna, uniemozliwiajaca normalna komunikacje oraz nie stosujaca wobec siebie kryteriow, ktorych wymaga od innych. Stosunki miedzy biskupami, ksiezmi i wyznawcami przypominaja czesto relacje miedzy panami a niewolnikami czy wasalami. Promowany jest model ksiedza bmw - bierny, mierny, ale wierny. Czyzby religia miala byc dla nich tylko “wehikulem” do wladzy? Heraklesie czas zrobic porzadek w stajni Augiasza.

W Polsce jest nas w sumie kilkadziesiąt milionów katolików. Ilu z nas podpisałoby się pod słowami abp Jędraszewskiego? Ilu z nas wzięłoby udział w podłej nagonce na Prezydenta w Radiu Maryja sprzed kilku dni? Dziesięć procent? Trzydzieści procent? A gdzie reszta? Wierzę w to, że nas, ludzi wierzących w Kościół pełen miłości i szacunku do drugiego człowieka jest więcej. Zróbmy coś! Piszmy listy do hierarchów, rozmawiajmy z księżmi, czy przynajmniej wychodźmy z kościołów w czasie kazań, w czasie których raczy się nas podobną retoryką. Załóżmy stronę internetową, stwórzmy stowarzyszenie, kłujmy swoją obecnością w oczy. Macie jakieś pomysły? Podzielcie się, proszę. My też jesteśmy Kościołem! Czy to się podoba biskupom, czy nie. Może czas to powiedzieć. Może ktoś dostrzeże w nas ludzi czujących i myślących, a nie posłusznych potakiwaczy. Jesteśmy członkami Kościoła i jesteśmy za niego odpowiedzialni. Mamy go strzec i ochraniać, nawet, przed Jego pasterzami.

Bez problemu znaleźć można w necie numery telefonów do kurii diecezjalnych. Tam, nawet jeśli nie połączą was od razu z konkretnym biskupem, można przekazać swą opinię na dany temat jego sekretarzowi itepe. Jeden telefon, drugi, trzeci... myślę, że już po tysięcznym komuś tam mogłoby się zapalić w głowie jakieś światełko.

o to chodzi, aby COŚ zrobić, a nie tylko pisać. Dość już napisano. Kościoła nie trzeba bronić, sam się obroni świadectwem swoich świadków.

Wystarczyłoby by wierni przestali łożyć na tacę na znak protestu na niegodne zachowania i wypowiedzi księży, efekt murowany, inaczej nic, absolutnie nic się nie wskóra.

Uważam, że hierarchowie powinni również publicznie wyznać, że już wyspowiadali się z publicznie wypowiedzianych słów nienawiści i pogardy. Niech im ulży, niech wiedzą, że wierni doceniają iż postąpili po chrześcijańsku, że odpokutowali swój haniebny wybryk.

Nie trzeba mi, nie żądam pokory. Chcę przyznania, ze jesteśmy traktowani z szacunkiem, jak sobie bliscy-bliźni. Jak brat z bratem,jak brat z siostrą. Nie ma między nami innych barier jak tylko te wynikłe z żądzy władzy i pewności o swej nieomylności. Wszyscy mamy równy dostęp do Boga. A komu się wydaje, ze jest inaczej nie rozumie Kościoła. Nie wie, Kim jest. Dużo traci.

Tak sobie myślę, że hierarchowie KK to ostatnia nadzieja PO. Jedyne co może powstrzymać PiS przed przejęciem władzy w Polsce i powstrzymać upadek i spektakularną porażkę skompromitowanej PO w wyborach to właśnie hierarchowie i co bardzie "wojowniczy" księża KK. Już dzielą skórę na niedźwiedziu, ujawniają coraz bardziej swoją nieprzejednaną nie znoszącą sprzeciwu naturę, coraz bardziej wyciągają swoje ręce po wpływy. Ich pycha może wywołać sprzeciw, może wywołać uzasadniony strach przed "dyktaturą ewangelii", czy tak będzie? się okaże, ale myślałem, że sprawa jest przesądzona, ale jak tak patrzę to sobie myślę, że niekoniecznie, sam nie wiem czy to dobrze czy źle?

Eksplozja biskupiej arogancji, buty i pychy - ale także widok peregrynującego na klęczkach przez Polskę prezydenta-elekta, ten widok porusza chyba najbardziej skukiziałe serca...

religię pomylić z władzą. To już przerabialiśmy po wielokroć. Historia zatacza koło i nie uczy, zwłaszcza dostojników Kościoła. Wciąż szukają swego, daremne żale...

Wasze oburzenie mnie też dotyczy. Zastanawiam się tylko co można zrobić. Jak wyrazić to, że nie zgadzamy się na takie zachowanie biskupów i przede wszystkim, że jest nas więcej niż tych, którzy je popierają. Dla ludzi z zewnątrz kościoła sytuacja wygląda odwrotnie. Kościół dla nich to ci krzykacze. Czas najwyższy żeby coś zrobić. Problem jaki widzę to nie możemy dać się wciągnąć w pyskówkę, w wojnę. To musi być coś co wstrząśnie wszystkimi, ale nie będzie agresywne. 1. Nie pójść na Mszę Św. to strzał w stopę(naszą). Nie dla biskupów tam chodzimy, a z ostatnich wypowiedzi wynika, że pewnie by się ucieszyli, że Kościół pozostał tylko dla tych "najlepszych". 2. Problem w tym, że większość z nas niestety nie ma kontaktu z Kościołem poza niedzielną Mszą Św., a jej świętości lepiej by nie naruszać. Chociaż przychodzą mi do głowy takie obrazki, że na przykład w trakcie kazania wszyscy ostentacyjnie zakładamy słuchawki. Może na tacę rzucać jakiegoś "walkowera", który będzie dawał psychologiczne wsparcie księżom, którzy również się nie zgadzają? 3. Wszystko to puste i próżne. Może powinniśmy na przekór powołać fundację, która będzie wspierać dzieci poczęte z InVitro(od chwili poczęcia). Wiadomo, że samego InVitro nie możemy wspierać, bo kłóci się z naszymi poglądami. Jednak wbrew temu co twierdzi Episkopat każdemu życiu należy się szacunek od poczęcia. Skoro rodzice podejmą taką decyzję to w dalszej perspektywie pozostaje ich już tylko wspierać. 4. Pewnie i tak zaraz wszyscy rozejdziemy się do swoich obowiązków i jak zwykle nic z tego nie będzie, ale to nie szkodzi. Moim zdaniem ta "gorsza" i cichsza część kościoła nie jest widoczna głównie dlatego, że nie ma czasu. Zajęta jest pracą "na froncie" jak Siostra Małgorzata Chmielewska.

nie wytrzymuję kazań pełnych buty, nienawiści i polityki. Sadzę, ze to już długo nie potrwa, pewnej niedzieli po prostu wstanę i powiem co o tym myślę..zrobię raban...

Te wypowiedzi są przemyślane. Wpisują się w trawjący długi czas trend. Ale to już było i dalismy rady się z tym uporać. Teraz też damy rady. Jakieś tam piko% się na to załapią, ale więcej procent się wpisze w nurt odwracania od kościoła (nie Kościoła!). Będą straszenia, będą polityczne naciski etc. Kiedyś proboszcz miał siłę pogrążyć kogoś we wsi. Dzis na wsi mieszka już mniej ludzi, a w miastach to jego siła jest malutka. Teraz jak ide do koscioła, a potem wracam z niego i rozmawiam ze znajomymi, rodziną, po jakimś kazaniu "na czasie" lub plitycznym - nikt nie bierze tego powaznie. Po prostu kolejny wybryk. Dewaluacja. I tak już będzie. Za kilka miesięcy do tej degeneracji dołozy się kolejna - polityczna. Wreszcie kabarety odzyją, ludzie zamiast paść brzuchy zarobionymi pieniędzmi będą się bać kto kogo i kiedy. To też juz było.. Ale nie było otwartych granic, internetu, samorządów, doświadczenia aktywności lokalnej. A to jest poza zasięgiem zarówno hierarchów jak i polityków. Dowody? Prosze spojrzeć jak się degeneruje Gość Niedzielny - ściga się na FB w hejtowaniu z GazetąW a za mistrza ma Rydzyka. I co? I ludzie po prostu lekceważą i opiern*. Idą dobre czasy dla kabaretów, "drugiego obiegu" etc. Ale w drugim obiegu już nie będzie kościoła jak dawniej. Kto to miejsce zajmie? Może Kukiz? Może Owsiak? A prawdopodobnie ktos zupełnie inny.

Załóżmy Ruch Świadomy Kościół, w którym np. pod patronatem medialnym TP będzie można wyrazić swój sprzeciw. Nie opuszczając Kościoła można będzie wyrażać swój sprzeciw przeciw temu, co w Kościele złe. Więcej, Ruch mógłby powodować że wyjaśniane (w postaci konferencji, wykładów, warsztatów, debat) będą sytuacje wątpliwe, sporne, trudne. Będzie szukał prawdy, dobra i piękna, a nie władzy, pierwszeństwa, dominacji.

Ja jestem za. Jest nas więcej?

Tysiące księży i zakonników w codziennym trudzie dają świadectwo wiary i miłości przez swoją służbę a kilka słów biskupa obraca to świadectwo w oczach wielu postronnych w niwecz.

a gazeta, która imputuje swojemu biskupowi skrajny cynizm nie jest katolicka, na śmietnik z nią

bo np. dla mnie podły i cyniczny jest biskup, który w jednym tylko kazaniu imputuje: Prezydentowi RP - "podważanie prawdy historycznej o Powstaniu Warszawskim"; polskiemu Parlamentowi - "zdradę wartości moralnych, dla których Powstanie wybuchło; zwolennikom metody zapłodnienia in vitro - że są "czerwoną zarazą", zaś żywym i martwym Powstańcom Warszawskim - że popierają zdanie episkopatu w tej kwestii... Ten biskup z pewnością nie powinien być zwany katolickim, na przykościelny śmietnik z nim.

Katoliccy posłowie z PO i Komorowski podpisali pozwolenie na dręczenie, zamrażanie i zabijanie maleńkich dzieci przed narodzeniem i pozwalając na te zbrodnie staja się odpowiedzialni za nie, staja się zbrodniarzami i abp. Jędraszewski potraktował ich bardzo łagodnie przypominając im, że zdradzili ethos powstania warszawskiego zogniskowany wokół buntu przeciw niemieckim zbrodniom, na które Hitler pozwolił w ustawach norymberskich dzieląc ludzi na ludzi i podludzi. Nie ma istotnej różnicy między kartelem zbrodni Hitlera i Komorowskiego i obaj "tylko pozwalali", "nikt nie musiał zabijać" czy to Żydów czy dzieci z in vitro. TP stał się ostoją tępoty. A abp. Jędraszewski przypomina zbrodniarzom elementarz etyczny. I wam przypomina.

Ultrakatoliccy fanatycy, judzeni i karmieni przez episkopat nienawiścią do PO i Prezydenta Komorowskiego, sami najwyraźniej uwierzyli w głoszone przez siebie brednie. W zarodkach widzą "maleńkie dzieci przed narodzeniem", a idioteologiczne podstawy dla swych wizji budują na bazie nowego, kuriozalnego kultu Przenajświętszego Zapłodnienia Po Wytrysku W Pochwie - bo według nich w tym i tylko w tym Świętym Akcie Pan Bóg kreuje świętość dwóch połączonych komórek, z dwóch wcześniej nieświętych. Ten chory dogmat próbuje fanatyczny kler narzucić całej społeczności. Od czasów palenia żywcem na stosach czarownic i Giordana Bruno, hekatomby ofiar Inkwizycji, brutalnego zwalczania nauki Kopernika i odkryć medycyny czy nawet szczepień ochronnych i znieczulenia podczas zabiegów medycznych - nic się nie zmieniło w tej lubującej się przez wieki w wytaczaniu rzek krwi i wydawaniu najbardziej niesprawiedliwych osądów instytucji. Wydaje się nie być przypadkiem, że najwięksi zbrodniarze naszych czasów, jak Hitler czy Stalin, formowani byli i wychowywani w środowiskach przesiąkniętych na wskroś wpływami i nauczaniem kościoła - pierwszy wszakże był katolikiem, drugi - prawosławnym. A jednemu z prowodyrów tej bezprzykładnej hucpy, biskupowi Jędraszewskiemu, warto myślę przypomnieć słowa Ewangelii - "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni (Mt 7,1) oraz "pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną" (PS 16,18). I niech o tym nie zapominają, on i jego protegowani.

@eva200 Dlaczego Episkopat – instytucja dbajaca o wartosci chrzescijanskie nie walczy tak zaciekle o dzieci juz narodzone czy o starszych, chorych ludzi. Dlaczego ten problem nie jest przez nich akcentowany jako jeden z najwazniejszych. Przeciez problem ubostwa jest coraz bardziej widoczny w Polsce. Ponad 500 tys. dzieci nie ma na codzien wystarczajacego wyzywienia. W Polsce, gdzie dobrobyt zagoscil na dobre, spotyka sie rodziny, w ktorych brakuje pieniedzy na podstawowe potrzeby. Sa to w szczegolnosci rodziny wielodzietne. Polska zajmuje 24 miejssce na 29 badanych panstw – sa to dane UNICEF z 2014 roku. A dlaczego nie angazuje sie tak bardzo – bo chodzi o pieniadze . Glodnych trzeba przeciez nakarmic …a to KOSZTUJE. Zarodki , to tylko temat zastepczy – socjotechnika. Czyzby brak wyobrazni milosierdzia. Uczy sie nas modlitwy „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Pismo Swiete jasno okresla, na czym ludzkie milosierdzie ma polegac: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem spragniony, a daliście Mi pić, byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie, byłem nagi, a przyodzialiście Mnie, byłem chory, a odwiedziliście Mnie, byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25,35n). Proponuje niektorym naszym hierarchom na nowo i wnikliwie przestudiowac Pismo Swiete.

to ty Stanisławie Perski jesteś odpowiedzialny za głód polskich dzieci, bo to ty głosujesz na złodziejską bandę komoruskich okradającą nas nawet z unijnych funduszy; Kościół może pomagać państwu i robi to hojnie o czym udajesz, ze nie wiesz jak bardzo hojnie, ale nie musi, bo zastępuje instytucje państwowe tylko, gdy to konieczne. To ty masz dbać o głodne dzieci i kiesą i głosowaniem nie na cynicznych złodziei. @eddiwpolo gadasz jak Goebels, który pluł na niemieckich katolików, że śmią Żydów uważać za ludzi a przecież to chory fanatyczne pogląd, nienaukowy (!), że te szkodniki, szczury żydowskie (tak ładnie ich nazywał) nie są niczym innym jak podludźmi. Postudiuj sobie nieuku i mowy Goebelsa i biologię a choćby i zwykłego poczciwego Kuronia, który o zabijaniu dzieci aborcja mówił, że nie rzuca się granatu za mur, za którym mogą bawić się dzieci. Piszesz heyty antykatolickie, więc masz oto swój bumerang.

Zdrowia życzę królowej bumerangów. I niech cię Pani Toruńska ma w swej nieustającej opiece.

wygłoszona w Bazylice Archikatedralnej podczas Mszy świętej w 71. rocznicę Powstania Warszawskiego. W ludziach niemal wszystkich czasów i epok tkwiło pragnienie powrotu do utraconego niegdyś, w zamierzchłych czasach, ładu i harmonii. Pojawiało się ono między innymi w mitycznych ideach złotego wieku, który miał mieć miejsce za czasów panowania Kronosa. W przeciwieństwie do pogańskich mitologii, w Starym Testamencie pragnienie powrotu do pierwotnej sprawiedliwości miało charakter jak najbardziej realistyczny. Przyjmowało bowiem postać świętej instytucji Roku Jubileuszowego, o którym mówiło dzisiejsze pierwsze czytanie mszalne z Księgi Kapłańskiej. Obchodzono go raz na pięćdziesiąt lat. Wyrównywano wtedy najbardziej bolesne społeczne nierówności: każdy Izraelita mógł bowiem powrócić do swej własności i do swego rodu (por. Kpł 25, 10). Obchodom Jubileuszu przyświecały dwie zasady, zawsze wprawdzie obecne w judaizmie, ale które wtedy, w tym roku szczególnym nabierały niezwykłego blasku. Odnosiły się one do relacji z drugim człowiekiem i do relacji z samym Bogiem. Przyjmowały kształt następujących wezwań, jednego wyrażonego w postaci zakazu, a drugiego w postaci nakazu: „Nie będziecie wyrządzać krzywdy jeden drugiemu. Będziesz się bał Boga twego, bo Ja jestem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 25, 17). W nowym Testamencie zostały one uszlachetnione i wyniesione do rangi dwóch przykazań miłości Boga i bliźniego (por. Mt 22, 37-40). W listopadzie 1918 roku dla zdecydowanej większości Polaków nie ulegało najmniej wątpliwości, że odzyskana przez Polskę niepodległość, potwierdzona pokojem wersalskim w czerwcu 1919 roku, była swego rodzaju przejawem sprawiedliwości dziejowej, przezwyciężeniem krzywdy rozbiorów i powrotem do pierwotnego ładu panującego w Europie, a na pewno wyrazem Bożej Opatrzności, która nigdy, nawet w najbardziej trudnych chwilach, Polaków nie opuściła. Z kolei ani Niemcy, ani sowiecka Rosja nie chciały się z tym pogodzić. Uważały, że trzeba za wszelką cenę powrócić do granic z roku 1914, sprzed wybuchu Wielkiej Wojny. Kilkakrotnie podejmowane między nimi negocjacje w tej sprawie trwały właściwie już od czasu zawarcia pokoju w Wersalu, jednakże najbardziej złowieszczą postać przyjęły w podpisanym Moskwie w dniu 23 sierpnia 1939 roku układzie Ribbentrop – Mołotow. To właśnie wtedy wypito toast z okazji bliskiej już śmierci bękarta pokoju wersalskiego, jak wtedy nazwano Polskę. Nie dziwmy się, że obydwom państwom totalitarnym, niemieckiej III Rzeszy i Rosji radzieckiej, niezwykle daleko było do ducha żydowskiego Roku Jubileuszowego czy, tym bardziej, od chrześcijańskich przykazań miłości – to znaczy od gotowości uznania krzywd, jakie poprzez rozbiory Niemcy, Rosja wraz z Austrią wyrządziły w XVIII wieku Polsce i jakie przez cały wiek XIX pogłębiały, krwawo tłumiąc kolejne polskie zrywy powstańcze. Zarówno hitlerowskie Niemcy, jak też Rosja Lenina i Stalina były bowiem w swych najbardziej fundamentalnych założeniach antychrześcijańskie. Bezpośrednim skutkiem układu Ribbentrop – Mołotow stał się napad na Polskę w dniu 1 września 1939 roku ze strony Niemiec, oraz w dniu 17 września ze strony Rosji sowieckiej. Obydwóm państwom totalitarnym bynajmniej nie chodziło tylko o militarne pokonanie państwa polskiego. Chodziło im bowiem o fizyczne zniszczenie narodu polskiego w jego warstwie duchowej i kulturowej, i sprowadzenie go do roli ciemnych, ledwo wykształconych niewolników. Jeden z oficerów Wehrmachtu, hrabia Klaus von Stauffenberg, we wrześniu 1939 roku tak pisał o Polsce w liście do swej żony: „Co najbardziej rzuca się w tym kraju w oczy, to zaniedbanie. Nie tylko bezgraniczna bieda i nieporządek, lecz wrażenie, że wszystko, co wcześniej widziało lepsze czasy, dziś podupadło. Sytuacja na wsi i reforma rolna przyczyniły się w dużej mierze do pauperyzacji większych posiadaczy ziemskich. Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje bata. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni są pilni, pracowici i niewymagający”. Tej postawie pogardy wobec Polaków, której wymownym wyrazicielem stał się wtedy Stauffenberg, towarzyszyło prawdziwie niemieckie, systematyczne niszczenie polskiej kultury. Bynajmniej nie przez przypadek obiektem niemieckich bombardowań we wrześniu 1939 roku stał się, niejako symbolicznie, Zamek Królewski w Warszawie. Samo zaś to miasto miało – w myśl hitlerowskich planów – zatracić swój charakter stolicy i stać się prowincjonalnym miastem Rzeszy, po lewej stronie Wisły zamieszkałym jedynie przez Niemców, a po prawej przez niewielką populację 30-80 tysięcy Polaków, sprowadzonych do roli niewolników. Wprawdzie budowa niemieckiego Warschau miała być podjęta dopiero po zwycięskiej dla III Trzeciej Rzeszy wojnie, jednakże przygotowania do wzniesienia tego „nowego niemieckiego miasta” zaczęto już późną jesienią 1939 roku. Polegały one na systematycznie prowadzonym przez hitlerowców procesie eksterminacji mieszkańców Warszawy. Do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego straty jej ludności wynosiły około 680 tysięcy osób. Ostrze walki z Polakami i z polskością było wymierzone w pierwszym rzędzie przeciwko polskiej inteligencji. Tworzenie jej nowych pokoleń stało się zatem być albo nie być polskiego narodu. Stąd podziemne państwo polskie, które zrodziło się w czasach okupacji, wraz z swym zbrojnym ramieniem, jakim była przede wszystkim Armia Krajowa, ogromną wagę przywiązywało do tajnego kształcenia dzieci i młodzieży na wszystkich jego poziomach – od szkoły podstawowej po uniwersytet. Wraz z wielkim wysiłkiem edukacyjnym szło w parze heroiczne zmaganie o polską kulturę. Działalność konspiracyjnego Teatru Rapsodycznego w Krakowie, założonego w 1941 roku przez Mieczysława Kotlarczyka, w którym szczególnie wyróżniał się młody aktor, jeszcze niedawno student polonistyki UJ, Karol Wojtyła, może być tego najlepszym przykładem i równocześnie symbolem. W czasach okupacji, naznaczonych tak bezwzględną walką z kulturą polską, doskonale zdawano sobie sprawę z tej prawdy, której w 1980 roku, 36 lat po Powstaniu Warszawskim, dał świadectwo na forum UNESCO w Paryżu, odwołując się również do osobistych doświadczeń, Ojciec Święty Jan Paweł II. Wyznawał on wtedy: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć – a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg” (Jan Paweł II, Przyszłość człowieka zależy od kultury. Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO, n. 14). W czasach okupacji za wszystko groziła śmierć: że się było polskim inteligentem, że się było Żydem, że się należało do podziemia, że się pomagało Żydom, że się uczęszczało na tajne komplety, że konspiracyjnie kultywowało się polską kulturę, że się dało pochwycić Niemcom podczas ulicznej łapanki... Tę listę „za co groziła śmierć” można by wydłużać niemal w nieskończoność – a to dlatego, że u podstaw jej tworzenia znajdowała się brutalnie demonstrowana przez „rasę panów” pogarda dla Untermenschów – dla „podludzi”: pogarda bez granic. Odpowiedzią na nią mogło być tylko jedno: honor, który trzeba było wywalczyć i wybronić wraz ze słowem „Polska” na ustach i ze słowem „Bóg” w sercu. Mający zaledwie 21 lat, młody poeta, a równocześnie członek Grup Szturmowych Szarych Szeregów, później żołnierz oddziału „Agat”, „Pegaz” i „Parasol”, Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek”, w noc sylwestrową 1943 roku po raz pierwszy zadeklamował przed gronem kolegów swój słynny wiersz, zatytułowany: Dziś idę walczyć – Mamo!. „Dziś idę walczyć – Mamo!/ Może nie wrócę więcej,/ Może mi przyjdzie polec tak samo/ Jak, tyle, tyle tysięcy/ Poległo polskich żołnierzy/ Za Wolność naszą i sprawę,/ Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę/ I w świętość naszej sprawy/ Dziś idę walczyć – Mamo kochana, /Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,/ Serce mam w piersi rozkołatane,/ Serce mi dziś tak cudnie gra./ To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku /I śmiać się śmierci prosto w twarz,/ A potem zmierzyć – i prać – bez lęku/ Za kraj! Za honor nasz! /Dziś idę walczyć – Mamo!”. Kiedy Jan Nowak-Jeziorański w 1944 roku przybył do Warszawy, aby przekazać dowództwu AK, iż nie ma co się łudzić odnośnie do pomocy z Zachodu i że jakiekolwiek powstanie zbrojne nie ma sensu, szybko zrozumiał, iż jest ono po prostu nieuniknione. Taka była, z jednej strony, niszczycielska moc hitlerowskiej pogardy i terroru, i taka była, z drugiej strony, ogromna determinacja Polaków, zwłaszcza młodych, by choć na krótko doświadczyć błogosławieństwa wolności. Wiersz Dziś idę walczyć – Mamo! był swoistym Credo pokolenia ówczesnych dwudziestolatków. Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek” poszedł walczyć, a wraz z nim tysiące członków AK, we wtorek, 1 sierpnia 1944 roku, gdy wybiła „Godzina W”. Powstanie miało trwać zaledwie kilka dni – a trwało długich dni 63. Każdy z nich był czasem heroizmu i bezprzykładnego bohaterstwa. 4 sierpnia, pośród gradu niemieckich kul, „Ziutek” ułożył tekst pieśni Pałacyk Michla, który szybko stał się hymnem Powstania Warszawskiego. Na przekór dramatycznych sytuacji, budził optymizm wszędzie tam, gdzie go wtedy nucono: na barykadach, w piwnicach, w polowych szpitalach, na podwórkach. „Każdy z chłopaków chce być ranny,/ sanitariuszki morowe panny./ A gdy cię trafi kula jaka,/ poprosisz pannę, da ci buziaka w nos!/ Hej! Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch,/ pracując za dwóch!/ Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch/ jak stal!”. Z czasem, gdy liczba ofiar pośród powstańców i ludności cywilnej, jak również rozmiar materialnych strat Warszawy przerażająco rosły, a pomoc z Zachodu rzeczywiście nie nadchodziła, optymizm powoli słabł. Najbardziej wszakże bolał cynizm wojsk radzieckich, które na rozkaz Stalina stanęły na linii Wisły, biernie patrząc z daleka na łuny ognia i dymu unoszące się nad miastem. Stalin nie chciał widzieć wolnej Warszawy w roku 1920 podczas wojny bolszewickiej, ani tym bardziej nie chciał być witanym w roku 1944 – w wyniku szczęśliwie przeprowadzonej przez AK akcji „Burza” – przez wolnych gospodarzy stolicy Polski. Dlatego też zatrzymał ofensywę swych armii. Wolał, aby w dziele niszczenia Warszawy i Polski wyręczył go Hitler. 29 sierpnia 1944 roku bard Powstania, „Ziutek” Józef Andrzej Szczepański, napisał wiersz Czerwona zaraza. Trzy dni później, 1 września, podczas ewakuacji powstańczych oddziałów ze Starówki został ciężko ranny. Koledzy go nie zostawili. Kanałami przenieśli do Śródmieścia, gdzie 10 września zmarł w szpitalu przy ul. Marszałkowskiej. Pozostał jednak jego wiersz, pełen bólu a równocześnie powstańczej godności: „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą. (...) Miesiąc już mija od Powstania chwili, łudzisz nas dział swoich łomotem, wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy, dla naszych rannych – mamy ich tysiące, i dzieci są tu i matki karmiące, i po piwnicach zaraza się szerzy. Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz, ty się nas boisz, i my wiemy o tym. Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem, naszej zagłady pod Warszawą czekasz. Nic nam nie robisz – masz prawo wybierać, możesz nam pomóc, możesz nas wybawić lub czekać dalej i śmierci zostawić... śmierć nie jest straszna, umiemy umierać. Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły Nowa się Polska – zwycięska narodzi. I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić czerwony władco rozbestwionej siły.” Powstanie Warszawskie było największym zrywem wolnościowym w historii drugiej wojny światowej. Poległo w nim około 16.000 powstańców i około 150.000 ludności cywilnej. Tysiące osób zostało rannych. Po jego upadku około 650.000 ludności cywilnej udało się z Warszawy do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd 150.000 do przymusowej pracy w Niemczech, około 50.000 do obozów koncentracyjnych. Ze względu na ogrom strat osobowych, a także bezmiar zniszczeń materialnych dokonywanych przez Niemców także po jego upadku, od samego początku Powstanie było różnie komentowane i oceniane. Niekiedy wyrażano wykluczające się wręcz opinie: jednym jawiło się ono jako heroiczny zryw, przez drugich jako przejaw politycznej głupoty i skrajnej nieodpowiedzialności. Niejednokrotnie nie brano pod uwagę tego, czego w 1944 roku doświadczył Jan Nowak-Jeziorański. Częstokroć przy ferowaniu wyroków brano całkowicie w nawias wydźwięk moralny tego dramatycznego wydarzenia. Tymczasem – jak mówił Jan Paweł II na forum UNESCO w 1980 roku – „istnieje podstawowa suwerenność społeczeństwa, która wyraża się w kulturze narodu. Jest to ta zarazem suwerenność, przez którą równocześnie najbardziej suwerenny jest człowiek” (tamże, n. 14). Przy tym dodawał: „nie ulega też wątpliwości, że pierwszym i podstawowym wymiarem kultury jest zdrowa moralność: kultura moralna” (tamże, n. 12). Inaczej mówiąc, nie ma kultury bez moralności, jak nie ma moralności bez prawdy – zarówno historycznej, jak i antropologicznej. Powstania Warszawskiego nie można uczciwie ocenić bez uwzględnienia wymiaru moralnego, który od samego początku dogłębnie go przenikał. Podobnie jak nie możemy – po tylu już latach – nie patrzeć na Powstanie jako wielkie zobowiązanie moralne, które spoczywa na kolejnych pokoleniach Polaków, aby strzec tego, co najważniejsze w życiu poszczególnych ludzi i całego naszego narodu. Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni i dni, z bólem trzeba nam, niestety, stwierdzić, że pewne osoby, które z demokratycznego mandatu aktualnie sprawują władzę w naszym Kraju, tego moralnego zobowiązania albo nie dostrzegają, albo je w pełni świadomie lekceważą. W dniu 8 lipca tego roku prezydent RP włączył się w niemieckie obchody poświęcone uczczeniu wspomnianego wcześniej płk. Klausa von Stauffenberga. To prawda, był on sprawcą, nieudanego zresztą, zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku, ale przecież nie wyrzekł się wtedy swych poglądów na temat Polaków i ciągle domagał się, aby po zakończeniu drugiej wojny światowej granice wschodnie Niemiec były dokładnie takie same, jak granice z czasów zaborów, sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej. W naszym powszechnym odczuciu, zrównanie przez prezydenta RP „polskiego zrywu niepodległościowego 1 sierpnia 1944 roku” z niemiecką „tradycją zamachu na Hitlera” uwłacza pamięci tych, którzy mieli dość traktowania siebie jako „podludzi” i którzy właśnie dlatego chcieli „śmiać się śmierci prosto w twarz”, a potem ze Stenów „prać bez lęku” w „aryjskich nadludzi” – „za kraj, za honor nasz!”. Jak berlińskie wystąpienie prezydenta RP podważyło prawdę historyczną o Powstaniu Warszawskim, tak ostatnio uchwalone przez polski Parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja „anty-przemocowa” i ustawa o in vitro, oraz przyjęta przez Sejm ustawa „o uzgodnieniu płci” mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło. W 1980 roku na forum UNESCO Jan Paweł II przestrzegał przed taką formą alienacji człowieka, która polega na tym, że przyzwyczaja się on do tego, iż „jest przedmiotem wielorakiej manipulacji”: ideologicznej, politycznej, medialnej, ekonomicznej. Dotyczy to zwłaszcza sfery ludzkiego życia, jego godności i jego poszanowania. Celem tej manipulacji jest odebranie człowiekowi jego podmiotowości i „nauczenia” go życia jako także swoistej manipulacji samym sobą. Jak mówił Papież, zwłaszcza społeczeństwa „o najwyższej cywilizacji technicznej (...) stoją wobec swoistego kryzysu człowieka, polegającego na rosnącym braku zaufania do własnego człowieczeństwa, do samego sensu bycia człowiekiem, do płynącej z tego afirmacji i radości, która jest twórcza. Cywilizacja współczesna stara się narzucić człowiekowi szereg pozornych imperatywów, które jej rzecznicy uzasadniają prawem rozwoju i postępu. (...) W tym wszystkim wyraża się pośrednio wielka systematyczna rezygnacja z tej zdrowej ambicji, jaką jest ambicja bycia człowiekiem. Nie łudźmy się, że system zbudowany na fundamentach tych fałszywych imperatywów, system takich podstawowych rezygnacji, może tworzyć przyszłość człowieka i przyszłość kultury” (tamże, n. 13). W świetle tych papieskich stwierdzeń, nie ulega żadnych wątpliwości: powstańcy warszawscy nie rezygnowali z prawdy o swoim człowieczeństwie i nie chcieli budować przyszłości Polski na fałszywych imperatywach. Odnosząc natomiast przemówienie Jana Pawła II do wspomnianych ustaw, trzeba uznać je jako jedno wielkie kłamstwo o człowieku, jako poważny błąd antropologiczny, wynikający z odrzucenia klasycznej prawdy o człowieku na rzecz współczesnych, skrajnych, lewackich ideologii. Nawiązując do wiersza Józefa Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem Czerwona zaraza, będącego jednym wielkim oskarżeniem czerwonego bolszewizmu, musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza. Dlatego też z całą powagą musimy zadać sobie szereg pytań, inspirowanych utworem bohaterskiego „Ziutka”: Ilu z nas widzi w tej zarazie zbawienie dla siebie, a ilu „wita ją z odrazą”? Ilu z nas wie, jak „znowu będzie strasznie potem i powie sobie, że znów z nas zakpili”? Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, „byśmy legli tu wszyscy pokotem”? Ilu jeszcze naprawdę wierzy, że „nowa zwycięska Polska [mimo wszystko] się narodzi”? Patrząc na medialną przemoc stosowaną wobec nas i na powszechny głos tak zwanych „autorytetów”, można niekiedy zwątpić w dobrą przyszłość naszego narodu. Pozostaje nam jednak ostateczny fundament – wiara w Boga, który jest Panem dziejów i historii. Naszą refleksję zakończmy więc wierszem księdza Tadeusza Burzyńskiego, który zginął dokładnie 71 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, dosłownie w pierwszej godzinie Powstania Warszawskiego, gdy szedł z posługą kapłańską do rannych powstańców, i którego relikwie od roku spoczywają w naszej łódzkiej Katedrze – wierszem Bezsilny ból: „Wzlecę na skrzydłach w tę dal wysoką/ wzlecę w te błędne, niezmierzone strony/ w zawrotny bezmiar, gdzie mi wskaże oko/ gdzie bytu zagadka – Ten Nieskończony./ Wiara i miłość skrzydłami mi będą/ w locie do słońca, w niebieskie przestworze/ przemierzę przestrzeń w szalonym zapędzie/ przed Tobą padnę, wiekuisty Boże”. „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my...”.

tam konczy sie czlowiek. Zwykla demagogia - jakos nie slyszalam tak glosnych i czestych wypowiedzi biskupow, krytykujacych rzad za pojawiajaca sie biede w wielu rodzinach . Natomiast o in vitro slyszymy na okraglo. Koscielna filantropia ma prawie zawsze zrodlo w dotacjach panstwowych i zwolnieniach podatkowych. Parafrazujac powiedzenie - „ryba psuje sie od serca.“ To ty eva200 - jestes odpowiedzialna....
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]