Żydzi z Wodzisławia

Poruszył mnie tekst Agnieszki Sabor o żydowskich miasteczkach Kielecczyzny ("TP" nr 28/06); w dużym stopniu dotyka on moich wspomnień.
Czyta się kilka minut

Wiosną 1942 r. znalazłem się z bratem w Wodzisławiu koło Jędrzejowa - nasza matka dostała tam pracę w aptece, a my żyliśmy na stancji u państwa Marii i Juliana Szymańskich. Miałem wówczas siedem lat. W Wodzisławiu - jak pamiętam jakąś informację przedwojenną - mieszkało

8 tys. Żydów i 2 tys. Polaków. Kiedy się jechało od Sędziszowa, w panoramie miasteczka górowała synagoga z XVI wieku, zamieniona przez Niemców na magazyn zboża. W Wodzisławiu mieszkali także Żydzi, którzy uciekli z Krakowa przed zamknięciem w getcie. Tacy właśnie uciekinierzy mieszkali niemal w sąsiedztwie; pamiętam, że mieli w domu olbrzymi regał na całą ścianę, pełen najlepszych książek. Bawiłem się z dziećmi żydowskimi, ale szczególnie fascynowała mnie żydowska żebraczka Ciejwe, z którą często i długo rozmawiałem. Moi gospodarze byli filosemitami; trudno mi ocenić, na ile byli wyjątkiem w tamtejszym środowisku. Pani Maria szczególnie oburzała się na posądzenia o picie przez Żydów krwi chrześcijańskiej.

Pewnego dnia, chyba pod koniec lipca, przyszła stara Żydówka, przerażona, z wiadomością o czekających ich strasznych rzeczach. Na początku sierpnia ogłoszono, że w niedzielę Żydzi mają się zebrać na łąkach na zachód od miasteczka, zwanych Wierdonkiem. Przez cztery dni, jakie pozostały do tej niedzieli, Żydzi gorączkowo się naradzali: jedni mówili, że pójdą na miejsce zbiórki, inni, że uciekną do lasu (wielu uciekło do pobliskiej wsi Nawarzyce). Wszyscy zdawali sobie sprawę, że pozostanie w domu grozi śmiercią. W nadziei, że kiedyś wrócą, przynosili Polakom rozmaite rzeczy na przechowanie. Jednego z tych dni wracałem z pola prawie nocą i zobaczyłem Ciejwe, idącą w przeciwnym kierunku. Gdy zapytałem, gdzie idzie, odpowiedziała: "Idę do Działoszyc (było to jeszcze przed zagładą tamtejszych Żydów), a potem będę szła dalej, aż do Palestyny. Tam, w Palestynie, to - Wojtuś - jest raj; otwierasz okno i zagarniasz całe naręcza pomarańczy". Zrozumiałem, że zwariowała. "No, idę" - usłyszałem i zniknęła wśród pól.

W tę straszną niedzielę ulice Wodzisławia były dosłownie zasypane perukami kobiet. Krawiec Kwaśniewski, który miał dom w Rynku, podpalił się i zginął z rodziną w płomieniach. Obok apteki mieszkał Żyd, który mówił matce, że nie może pójść do punktu zbornego, bo ma chorą żonę - oboje zostali zastrzeleni na miejscu. Świadkowie, którzy pojawili się na Wierdonku już po tym, jak Żydów wywieziono ciężarówkami, mówili, że na trawie były ślady krwi, leżały kawałki mózgu, czaszek z włosami, stał dziecinny wózek. Dużą grupę Żydów rozstrzelano na kirkucie - dziś przez to miejsce biegnie obwodnica wodzisławska.

Reakcje Polaków były różne - zastraszenie, czasem płacz, ale był i młody grandziarz, który podśpiewywał: "Hojdy dydy, wyzdychały wszystkie Żydy". Kilka dni po niedzieli Zagłady rozpoczęły się licytacje mienia pożydowskiego. Od domu do domu chodziła komisja licytacyjna ze stołem, ustawianym na ulicy przed drzwiami, na którym licytowano dosłownie wszystko. Do opuszczonych przez Żydów lokali stopniowo zaczęli wprowadzać się nowi lokatorzy, ale wiele domów pozostało opuszczonych i popadło w ruinę. Do domu moich gospodarzy nocą przychodzili Żydzi z lasu: brali prowiant, kąpali dzieci w balii, chętnie rozmawiali. Jeden barczysty Żyd tłumaczył mi znaczenie zdeponowanych u Szymańskich, taniutkich zresztą, przedmiotów sakralnych, ale niewiele z tego pamiętam. Niektórzy mieszkańcy ukrywali Żydów. Złapanych Niemcy, oczywiście, rozstrzeliwali. Szczególnym okrucieństwem w mordowaniu Żydów odznaczał się granatowy policjant Machowski, stracony po wojnie w Kielcach. Mówiono, że niebezpiecznie jest chodzić do lasów, bo pełno tam kryjówek żydowskich i ukrywający się mogą ze strachu strzelać.

Nie przypominam sobie, by po przyjściu Rosjan ktokolwiek z Żydów wrócił do Wodzisławia.

WOJCIECH SKRODZKI (Warszawa)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 31/2006