Zielona siostra Warszawy. Spacer po Puszczy Kampinoskiej

„Dzika” i „egzotyczna” – to nie są przymiotniki utożsamiane zwykle z mazowieckim lasem. Ale taka właśnie potrafi być podwarszawska Puszcza Kampinoska.
Czyta się kilka minut
Puszcza Kampinowska // Fot. Marcin Mierzejewski / Adobe Stock
Puszcza Kampinowska // Fot. Marcin Mierzejewski / Adobe Stock

Chris Maser, leśnik i badacz ogrodnictwa permakulturowego, napisał kiedyś, że las, jako najwyżej zorganizowana biocenoza na świecie, nie jest ani linearny, ani też racjonalny. Jest za to cykliczny i nieprzewidywalny. A jednak, za każdym razem, gdy próbuję opisać Puszczę Kampinoską, zauważam, jak pomocna jest przy tym liczba „dwa”. Kiedy tysiące lat temu wielka rzeka – nazwijmy ją Prawisłą – napotkawszy na swojej drodze lądolód, skręciła na zachód, wyżłobiła szeroką na kilometry dolinę. Wiatr i woda kształtowały ją potem na swoją modłę. Nawiewając i nanosząc, wypędzając i wypłukując. Równoleżnikowy układ roślinności, który w efekcie tych procesów powstał, to dwa pasy wydmowe i dwa bagienne. Jak w torcie – najpierw ciasto, potem krem, jeszcze raz ciasto i jeszcze jedna warstwa kremu.

Żeby więc pokazać nasz swojski Kampinos na zdjęciu, potrzeba nie jednej, ale dwóch fotografii. Ta pierwsza to gonne sosny ustawione jedna obok drugiej na wydmie. Piach widać tylko na przecinającej to wszystko na pół drodze. Resztę skrywają mchy, wrzosy i jagody. Druga fotografia będzie mokrym rewersem pierwszej. Jeśli drzewa, to olchy i brzozy. Jeśli wrzosowate, to bagno zwyczajne. Jeśli łoś, to właśnie tam.

Piewcy puszczy

Tych dwójek jest w opisie puszczy znacznie więcej. Droga 579 dzieli ją na dwie części. Połówka wschodnia to spacerowy las Warszawy, gdzie ludzie, wbrew przepisom, wyprowadzają swoje psy, a w jesienne weekendy robią hurtowe grzybobranie. Trzeba więc pojechać na zachód od Leszna i Roztoki, by znaleźć się w kniei, w której więcej jest zwierząt niż mieszkańców stolicy. Dwa są również szlaki, którymi przewędrować można przez cały park narodowy. I dwie rodziny wilków, które podzieliły się tą przestrzenią (choć – jak przekonują parkowi biolodzy – na obrzeżach puszczy przyczaiła się już trzecia).

Jednak dwoista natura Kampinosu najlepiej uwidacznia się w parze jej piewców, badaczy i ochroniarzy. Kobendza – podczas puszczańskiej wycieczki łatwiej natknąć się na to nazwisko niż, powiedzmy, tamtejszego rysia. Zawsze mnie frapowało, co było dla nich pierwsze – miłość do lasu czy do siebie nawzajem. Wiemy, że poznali się na początku lat 20. ubiegłego wieku. On, Roman, botanik z otwartym przewodem doktorskim na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego – i dekadą kariery w plecy z powodu protestów na rzecz obecności języka polskiego w szkołach w czasach zaborów. Ona, Jadwiga, dziesięć lat młodsza doktorantka na geografii, z dylematem dotyczącym tematu pracy.

Być może spotykają się na zajęciach profesora Lencewicza, który uczy oboje. Nie wydaje się jednak, by ich pierwszą wspólną wycieczkę do Kampinosu można było nazwać randką. Raczej rozpoznaniem badawczym. Biorą ze sobą za dużo sprzętu, a ich cele są wyraźnie naukowe. Te ich pierwsze kilometry opisuje w „Wiernej puszczy” pisarka Maria Kann: „Na ciemnej powierzchni rozlewisk jak w ogromnym zwierciadle odbijały się ogromne turzyce i żółte kaczeńce. Na łąkach kwitły złote i niebieskie irysy”. Można wysnuć wniosek, że to wiosna pełną gębą na uroczysku Łuża.

Wyposażeni w ciężki aparat fotograficzny ze szklanymi kliszami, koce i prowiant dla dwojga, Roman i Jadwiga, jeszcze wtedy Kaczorowska, wchodzą w mokradło. To raczej są skoki niż kroki – jak człowiek idzie przez mokry ols, to szuka przede wszystkim wystających z wody kęp, z których wyrastają olchy. Wszystko inne jest niewiadomą, którą trzeba sobie wybadać kosturem. Czy ten sus będzie bezpieczny? Czy dno jest równe? Czy nie potknę się o przewróconą i zatopioną kłodę, której nijak nie widać? I dlaczego woda stawia aż taki opór?

W końcu, wymęczeni, po paru godzinach gramolą się na grąd – suchą, mineralną wysepkę wyniesioną ponad to, co mokre. Są oszołomieni i ledwo żywi, ale szczęśliwi. Nie spodziewali się, że będzie tak trudno i jednocześnie tak pięknie. Mają wrażenie, że przebrodzili przez to bagno na drugą stronę równika. Widzą, że Puszcza Kampinoska jest dzika i egzotyczna, bo nawet tutejsza brzoza potrafi zaskoczyć. Mieć korę czarną, a nie białą. To chyba wtedy postanawiają poświęcić się tej puszczy bez reszty.

Puszcza Kampinowska // Fot. Artur Bogacki / Adobe Stock

Krajoznawstwo bliskich dystansów

„Dzika” i „egzotyczna” – to nie są przymiotniki, które zwykle utożsamiamy z mazowieckim lasem. A jednak Kobendzowie, już jako małżeństwo, eksplorowali ją z uwagą godną Alexandra Humboldta w Amazonii. Kulturoznawca Piotr Kubkowski nazwał to „krajoznawstwem bliskich dystansów”, połączonym z ogromną świadomością ekologiczną. Kobendzowie prowadzili bowiem nie tylko rozpoznanie botaniczno-geograficzne Kampinosu, ale jednocześnie wydeptywali turystyczne ścieżki.

Opracowywali logistykę podróży, szukali bram do puszczy. Na przykład pociągiem do Szymanowa, potem pieszo przez Utratę i dalej aż do wsi Kampinos, od której las wziął swoją nazwę. Tam dało się przenocować na zapleczu karczmy i kolejnego dnia kontynuować wędrówkę. Z kolei jeśli od północy, to raczej rzeką. Wiślane statki kursowały do Czerwińska, ale łatwo można było przekonać szypra, by wysadził po drodze w Leoncinie. W drodze powrotnej Czerwińsk dawał przyjazną przystań z jedzeniem i czystą pościelą.

To wszystko były informacje sprawdzone na własnej skórze, zebrane w terenie z taką samą starannością, z jaką zbiera się próbki gleby czy okazy zielnikowe. Zaowocowały pracą opublikowaną tuż po II wojnie światowej, gdy Kampinos stał się areną zmagań partyzanckich, a nie rekreacyjnych. Kobendzowie kreślili w niej turystyczny potencjał lasu z dużym rozmachem. Zastanawiali się choćby nad tym, czy znalazłoby się wewnątrz tam miejsce na zalew przeznaczony do uprawiania sportów wodnych.

Nie mieli za to wątpliwości, że podwarszawski las posiada potencjał, którego świadomi są wyłącznie nieliczni. Pisali: „Sądzimy, że z chwilą udostępnienia puszczy i przeprowadzenia dróg samochodowych byłby to obiekt bardzo frapujący nawet dla zagranicy, gdyż tak piękne kompleksy wydmowe należą w Europie do rzadkości. Wędrówka wzdłuż tego pasa wydmowego z zachodu na wschód to stopniowe, łagodne wznoszenie się na szczyt wydmy i szybkie zejście do zagłębienia międzywydmowego po stromym zboczu podwiatrowym (wschodnim), powtarzające się mniej więcej co pół kilometra”.

Kiedy w 1959 roku przecinana jest wstęga nowego parku narodowego na progu Warszawy, Romana już nie ma. Za to wdowa Kobendzina, bez której to wszystko by się nie udało, przepracuje w puszczy i z puszczą jeszcze kilka dekad. Obok niej, niczym wszędobylskie siewki brzozy, wyrosną inni pasjonaci tego lasu. Również oni poświęcą mu swoje biografie. Wśród nich będzie choćby wielokrotnie wspominany na „Tygodnikowych” łamach Lechosław Herz, warszawski aktor, dla którego puszcza staje się największą ze scen. Będzie inwentaryzował najgrubsze drzewa, wytyczał szlaki, odkurzał stare toponimy i kreował zupełnie nowe atrakcje. Krótko mówiąc: zrobi z Puszczy Kampinoskiej produkt turystyczny, jakim jest ona dziś. Po drodze zarazi puszczą wiele innych osób.

„Gdyby nie było Puszczy Kampinoskiej, musiałbym ją sobie wymyślić” – powie potem przy paru okazjach. Nie ma też wątpliwości, że gdyby nie było Herza, Warszawa musiałaby wymyślić sobie kogoś na jego podobieństwo.

Bliźniaki

„W dowodzie mam inaczej, ale tak naprawdę nazywam się Kampinoski” – usłyszałem kiedyś od Adama Olszewskiego, biologa kierującego zespołem ds. nauki w Kampinoskim Parku Narodowym. Olszewski-Kampinoski kilka tygodni w roku poświęca na monitoring tamtejszej populacji nietoperzy. Zagląda do piwniczek przekształconych w hibernakula, liczy rękoskrzydłe w starych bunkrach i nadrzewnych skrzynkach. Poza tym obrączkuje ptaki i śledzi losy wilczych rodzin, dla których Kampinos jest domem.

Tak naprawdę owych Kampinoskich jest o wiele więcej. Kampinoski jest choćby Przemek, który wychował się na Ławach, nieistniejącej już wsi wewnątrz puszczy, i który wciąż nosi w głowie jej topografię. Dzięki temu potrafi wywoływać ławskie duchy. Albo Sayam, urodzony w Kalkucie fotograf, dla którego warszawski las stał się jednym ze sposobów rozumienia całej Europy. Kampinoscy są wreszcie ci, którzy postanawiają związać się z puszczą choćby za sprawą kursu przewodnickiego organizowanego przez PTTK albo nadzorowanego przez park narodowy wolontariatu.

Gdyby chcieć rozrysować drzewo genealogiczne rodu Kampinoskich, okazać by się mogło, że jego gałęzie i korzenie oplatają całą Warszawę. I to jest chyba najbardziej klarowny przejaw dwoistości puszczy – jeśli jest lasem od wieków kształtowanym przez człowieka i przez niego eksploatowanym, to Kampinos i Warszawa są jak dwujajowe bliźniaki. Choć tak od siebie różne, to jednak nierozłączne. A więc Puszcza Kampinoska to zielona siostra Warszawy.

W czerwcu br. nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się książka „Puszcza domowa” autorstwa Adama Robińskiego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

Artykuł pochodzi z dodatku Mazowsze. Serce Polski