Przywrócenie samorządu w Irlandii Północnej i powstanie protestancko-katolickiego rządu przyjęto z entuzjazmem stosownym do okoliczności, jak zwykle - który to już raz? - ogłaszając nastanie złotych czasów pokoju. Gdyby pobożne życzenia miały wpływ na rzeczywistość, w Ulsterze z pewnością od dawna panowałby niezmącony pokój. Ale pokoju ciągle tam nie ma, jest tylko spokój, czyli brak wojny. Wspólny rząd, którym kieruje premier i pastor Ian Paisley z Partii Demokratycznych Unionistów (od pół wieku nieprzejednany przywódca protestantów), z Martinem McGuinnessem z katolickiej Sinn Fein (niegdyś jednym z szefów IRA) w charakterze wicepremiera, mógł powstać, bo obie strony wiedzą, że ani terrorem, ani nieustępliwością niczego już nie zwojują. Trzon rządu stanowią partie radykalne i w tym leży zarazem jego siła i słabość. Siła - bo ich przywódców trudno posądzić o ustępliwość, co samo w sobie daje im sporą swobodę działania. Słabość - bo stały wzrost poparcia dla ekstremistów pokazuje, jak bardzo radykalizują się mieszkańcy Ulsteru. A to przekłada się na oczekiwania. I choć obaj panowie wygłosili po parę gładkich słów pełnych wiary w przyszłość, żaden nie posunął się do tego, by do drugiego wyciągnąć dłoń.
Bo Irlandia Północna nie przestała być beczką prochu. Zadawniona wrogość obu społeczności kwitnie w najlepsze, a betonowe mury, oddzielające dzielnice katolickie od protestanckich, stoją mocno. Jeśli proch nie wybucha, to dlatego, że nikt akurat nie ma powodu, by go podpalić. Być może do czasu.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















