Reklama

Żadna zmiana

Żadna zmiana

w cyklu STRONA ŚWIATA
29.03.2019
Czyta się kilka minut
Dobiegający osiemdziesiątki Mohammadu Buhari wygrał wybory prezydenckie w Nigerii i nadal rządzi afrykańskim mocarstwem, gdzie średnia wieku mieszkańców nie przekracza 18 lat.
Zwolennicy prezydenta świętują jego zwycięstwo w wyborach, Kano, północna Nigeria  27 lutego 2019 r. / FOT. LUIS TATO/AFP/East News
Zwolennicy prezydenta świętują jego zwycięstwo w wyborach, Kano, północna Nigeria 27 lutego 2019 r. / FOT. LUIS TATO/AFP/East News
D

Do walki o tytuł prezydenta najludniejszego, bo liczącego 190 mln obywateli kraju Afryki stanęła rekordowa liczba ponad 70 pretendentów. Nigeryjczycy narzekali jednak, że nie mieli spośród kogo wybierać. I nie wierzyli – co im się wcześniej nie zdarzyło – aby wybór nowego przywódcy miał coś zmienić. Głosować pofatygowała się zaledwie jedna trzecia wyborców. W stołecznym 20-milionowym Lagos zagłosowało niewiele ponad milion.

Apatia Nigeryjczyków brała się też stąd, że choć chętnych zgłosiło się tak wielu, od początku było wiadomo, że liczy się dwóch. Buhari, dawny generał, władał już przed laty Nigerią jako wojskowy dyktator, a cztery lata temu, jako pierwszy w historii kraju przywódca opozycji, pokonał w wyborach urzędującego prezydenta. Tym razem to 76-letni Buhari walczył o reelekcję, a jedynym, który mógł mu przeszkodzić, był 72-letni Atiku Abubakar – były wiceprezydent, ubiegający się o przywództwo państwa już po raz czwarty.

Bez wyboru

Jeszcze niedawno Buhari uchodził za człowieka stanowczego i surowego, niemal pustelnika. Kiedy cztery lata temu obiecywał, że zaprowadzi w kraju koszarowy dryl, Nigeryjczycy, choć się go bali, uznali, że takiego właśnie prezydenta im trzeba.

Ale ubiegając się o drugą kadencję, Buhari składał wciąż te same obietnice, bo żadnej nie dotrzymał. Korupcja wciąż toczy państwo, dżihadyści z Boko Haram wrócili na wybrzeża jeziora Czad, piraci z roponośnej delty Nigru rabują tankowce i rurociągi, Ibowie z dawnej Biafry nadal śnią o secesji. Na domiar złego spadek cen ropy sprawił, że uzależniona od petrodolarów gospodarka wpadła w recesję. Buhari tłumaczył, że miał za mało czasu, a rządzenie jest bardziej skomplikowane, niż to się komu wydaje.

Nigeryjczycy stracili jednak w niego wiarę. Już w drugim roku rządów zaczął jeździć do Londynu, do lekarzy. Tak długo był poza krajem, że zaczęto plotkować, iż umarł i zastępuje go sobowtór (mężczyzna znaleziony rzekomo w Sudanie). Jedno, co się w Buharim nie zmieniło, to uczciwość: nawet wrogowie przyznają, że on jeden, może jedyny, na polityce się nie wzbogacił.


CZYTAJ WIĘCEJ:

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne za darmo. CZYTAJ TUTAJ →


O jego rywalu Atiku Abubakarze wiadomo zaś było, że dorobił się majątku właśnie dzięki polityce i uosabia wszystko, co w niej najpaskudniejsze. Nie ma chyba liczącej się partii politycznej, do której by nie należał, i nie ma ważnego polityka, z którym by się nie sprzymierzył i go nie zdradził. Jeszcze półtora roku temu należał do partii Buhariego, a w poprzednich wyborach wspomagał go pieniędzmi i pomógł mu zdobyć władzę. Teraz chciał mu ją odebrać.

Nigeryjczycy nie mieli więc nadziei ani złudzeń co do zalet, wad i intencji obu głównych pretendentów, a ich rywalizacji nie towarzyszyły emocje, lecz zwątpienie. Trudno się zresztą dziwić, skoro o przywództwo kraju ludniejszego niż Rosja, którego dwie trzecie mieszkańców stanowią młodzi (podobnie wyglądają metryki pozostałych krajów Afryki, najmłodszego kontynentu), ubiegali się politycy zgrani i starsi niż sama Nigeria.

Kiedyś dyktator, dziś prezydent

Ponad połowa wyborców zagłosowała w końcu na Buhariego, ale nawet jego najgorętsi zwolennicy nie widzą już w nim zbawcy. Młodsi znali ten czas tylko z opowiadań, ale ich ojcowie i dziadkowie pamiętali jeszcze, gdy rządził jako wojskowy dyktator (w latach 1983-85), nieznoszący nieposłuszeństwa i nieporządku.

Setkami wtrącał wtedy ludzi do więzień, a wielu posłał przed plutony egzekucyjne. Liczyła się tylko dyscyplina. Rozkazał, by pasażerowie na przystankach autobusowych ustawiali się jeden za drugim w równych rzędach, a żołnierze pilnowali porządku w kolejkach. Nakazał, by za spóźnienie do pracy karać urzędników robieniem przysiadów, żabek i pompek. Takie metody okazały się za surowe nawet dla jego towarzyszy broni, którzy odebrali mu władzę, by bez przeszkód pławić się w przywilejach.

Gdy wraz z ubiegłym stuleciem zakończyła się także epoka wojskowych dyktatur w Nigerii, Buhari trzykrotnie stawał do wolnych wyborów, ale rodacy nie odważyli się powierzyć mu władzy (do wizerunku tyrana i ascety dołożył religijną gorliwość). Zrobili to dopiero za czwartym razem, w 2015 r. Sprawy w kraju miały się już tak źle, że uznali, iż jeśli on nie położy kresu złodziejstwu i beznadziei, to nie uda się to nikomu, a dla Nigerii nie będzie już ratunku.

Wzór dla Afryki

Nigerię stworzyli Brytyjczycy, którzy podbili sto lat temu zebrali w jedno ziemie dawnych królestw Mali, Songhaju i Borno, kalifatu Sokoto, państwa-miasta Jorubów i krainę Ibów z delty Nigru.

Gdyby nie oni, Nigeria nigdy by nie powstała. Podległość wspólnemu kolonialnemu władcy była jedynym spoiwem, które połączyło wyznających islam mieszkańców północy z nawróconymi na chrześcijaństwo ludami z południa. Tak powstała zresztą większość państw współczesnej Afryki. Granice rozgradzały afrykańskie posiadłości Europejczyków, a nie terytoria afrykańskich królestw.

Jednak gdy w 1960 r. ogłaszała niepodległość, Nigeria zdawała się mieć wszystko, co potrzebne, aby stać się potęgą: rozległe terytorium, dziedzictwo wielkich kultur i starą, choć osobną dla każdego z ludów historię. W przeciwieństwie do reszty Afryki, miała też stare miasta – nie tylko portowe, pobudowane przez kolonizatorów do wywożenia zagrabionych skarbów i niewolników, ale państwa-miasta Jorubów i stolice dawnych imperiów z północy, wraz z żyjącymi w nich uczonymi, szejkami i emirami. Mieli stanowić elitę Nigerii. Pieniądze nowemu państwu na dobre życie zapewnić miała ropa, której nieprzebrane złoża niedługo przed niepodległością odkryto w delcie Nigru.

Nic dziwnego, że kiedy ogłaszała niepodległość, Brytyjczycy z dumą zapowiadali, że Nigeria będzie wzorem dla afrykańskich sąsiadów.

Wszystko poszło nie tak

A jednak nic nie poszło wedle tego planu. Hausańczycy, Fulanie, Jorubowie i Ibowie, muzułmanie i chrześcijanie, nie zlali się w nowy naród czy choćby zgodną społeczność. Nieufni, trzymali ze swoimi, tylko z nimi zakładali partie, a narzuconych sąsiadów uważali za obcych. Nie poczuwając się do wspólnoty, traktowali władzę i państwo jak wojenne łupy, którymi po zwycięstwie należy podzielić się z towarzyszami broni, krewnymi, ziomkami.

Między muzułmańską północą a chrześcijańskim południem, które rozpadło się na zachód (Jorubowie) i wschód (Ibowie), wciąż dochodziło do konfliktów. W rozdzieranym sporami kraju panoszyły się kumoterstwo i korupcja. Już w szóstym roku niepodległości władzę przejęli wojskowi. Młodzi oficerowie tłumaczyli, że dyktatura jest jedynym lekarstwem na warcholstwo i złodziejstwo cywilów. Ale gdy okazało się, że wśród pierwszych wojskowych władz większość mają Ibowie, pół roku później doszło do kolejnego zamachu, a rządy przejęli oficerowie wywodzący się z muzułmańskiej północy.

Kością niezgody była władza i zyski z ropy. Zyski tak łatwe i niewyobrażalnie wielkie, że ogarnięta petrodolarową gorączką Nigeria porzuciła inne sposoby zarobku. „Czarne złoto”, które mogło się stać błogosławieństwem dla młodego państwa, okazało się przekleństwem, a w siódmym roku jego niepodległego istnienia doprowadziło do wybuchu pierwszej ludobójczej wojny współczesnej Afryki. Nigeryjski wschód, na którego terenie leżały roponośne złoża, ogłosił secesję republiki Biafry. W trzyletniej wojnie zginęło lub zmarło (z chorób i głodu) ponad milion ludzi, głównie zbuntowanych Ibów.

Wojskowi nie oddali władzy do końca XX stulecia. Pierwsi dyktatorzy w mundurach próbowali jeszcze coś zmieniać, ratować kraj. Generał Olusẹgun Ọbasanjọ w 1979 r. zwrócił nawet władzę cywilom, ale eksperymentowi położył kres kolejny zamach, któremu przewodził Buhari. Jego następcy zajmowali się już tylko plądrowaniem skarbca. Szacuje się, że w ciągu pierwszych 40 lat istnienia rządzący Nigerią okradli ją z 400 mld dolarów – tj. zrabowali kilkakrotnie więcej, niż USA wydały po II wojnie światowej na odbudowę Europy w ramach Planu Marshalla.

Nigeria wydobywała ropę, ale nie dorobiła się choćby jednej rafinerii. Benzynę sprowadzała z zagranicy, a dygnitarze rozdzielający za łapówki rządowe licencje zarabiali podwójnie – na eksporcie ropy i na imporcie benzyny.

Na dnie

Gdy Nigeria ogłaszała niepodległość, nie była biedniejsza od Indonezji. Pod koniec XX w., przeżarta przez korupcję i złodziejstwo, znalazła się na dnie. Nazywana z powodu licznej ludności „afrykańskimi Chinami” (szacuje się, że w 2050 r., z prawie 400-milionową ludnością, będzie trzecim – po Chinach i Indiach – najludniejszym krajem świata), bardziej przypomina Indie, bogaty kraj biednych ludzi.

Nigdzie w Afryce nie spotka się tylu milionerów, ale i nigdzie na świecie nie ma tylu nędzarzy. Bank Światowy obliczył, że za biedaków, muszących sobie radzić za dolara czy dwa dolary dziennie, należy uznać w Nigerii prawie 90 mln ludzi, ponad połowę ludności (w prawie półtora-
miliardowych Indiach doliczono się ponad 70 mln takich osób). Przepaść między bogaczami i biedakami cały czas się pogłębia, a nie widząc przyszłości w ojczyźnie, Nigeryjczycy – jak ich sąsiedzi – wyruszają w świat za chlebem i godnym życiem.

W innych krajach Afryki wojskowi też przejmowali władzę, ale w Nigerii sprawowali ją aż 30 lat i oddali jako ostatni, gdy rozkradzione państwo znalazło się na granicy bankructwa. Zamiast świecić przykładem, stało się przestrogą, pośmiewiskiem, symbolem upadku i grozy – jak Kongo, inny afrykański kolos. „Czy to możliwe, że pański kraj jest aż tak przeżarty korupcją?” – pytali przed trzema laty dziennikarze Buhariego w Londynie. Ten się zamyślił, a po dłuższej chwili odparł: „Tak”.

Układ zamknięty

Chinua Achebe, jeden z największych nigeryjskich pisarzy, twierdził, że nieszczęściom kraju winni są fatalni przywódcy. Zdaniem najsławniejszego nigeryjskiego muzyka Feli Kutiego, winni sobie są sami Nigeryjczycy, którzy mając wolność wyboru, wybierają złodziei – w nadziei na udział w podziale łupów.

Z kolei Claude Ake, największy nigeryjski filozof polityczny, uważał, że wszystkiemu winien jest system, przypominający układ zamknięty. Nigeria, podobnie jak większość współczesnych państw Afryki, została utworzona wyłącznie po to, aby Brytyjczykom łatwiej było wyzyskiwać ich afrykańską kolonię. Nigeria – powiadał Ake – choć niepodległa, nie stała się państwem, ale wciąż pozostaje machiną do wyzysku. Zmieniają się tylko jej właściciele: po brytyjskich kolonizatorach nastali rodzimi wojskowi tyrani. Po nich zaś bogacze, którzy się przy wojskowych dorobili majątków, a także byli generałowie, którzy w nowych czasach pościągali mundury i zamienili je na cywilne przyodziewki.

Pierwszym cywilnym prezydentem po epoce wojskowych dyktatur został w 1999 r. były generał Ọbasanjọ – ten sam, który jeszcze w generalskim mundurze, rządził państwem pod koniec lat 70. Dyktatorem był Buhari. Szarą eminencją nigeryjskiej polityki od lat pozostaje były dyktator Ibrahim Babangida (1985-93). Utworzone przez oligarchów i byłych wojskowych dwie partie zdominowały polityczną scenę, a rzeczywistymi władcami kraju pozostają oligarchowie – w Nigerii nazywa się ich „ojcami chrzestnymi” – którzy, opłacając polityków i partie, wynoszą do władzy gubernatorów i prezydentów.

Żeby zapewnić trwałość systemu, „ojcowie chrzestni” postarali się nawet, by wyeliminować z polityki zabójcze waśnie regionalne. Ustalili, że wyznaczani przez nich przedstawiciele muzułmańskiej północy i chrześcijańskiego południa będą rządzić na zmianę, po dwie kadencje (Buhari i Abubakar rywalizowali właśnie o drugą kadencję północy; w 2023 r. nastanie prezydent z południa).

Bez zmian

Wyrosły na korupcji i petrodolarach system nie toleruje zmian. Rywalizujące elity walczą o władzę, ale jeszcze zażarciej bronią systemu, który zapewnia im rządy, a te – bogactwo i potęgę. Wszechwładne państwo wszystko kontroluje i rozdziela. Kto ma dostęp do władzy, ten ma wszystko, a kto dostępu do władzy nie ma, jest nikim i nikim zostanie na zawsze. Walka z systemem, nawet w wolnych wyborach, skazana jest na porażkę, bo elekcję wygrywają ci, którzy mają pieniądze. Pieniądze zaś mają ci, którzy sprawują władzę.

„Nikt nie twierdził, że te wybory będą jakimś przełomem, początkiem czegoś nowego – napisał Fergal Keane, dziennikarz BBC i znawca Afryki. – Wygrana Buhariego dowodzi jednak, że Nigeryjczycy wolą na przywódcę kogoś, kto ich nie okradnie, od kogoś, kto jak Atiku podpowie, jak zarobić pieniądze. Wiedzą też już, że wybór uczciwego człowieka na prezydenta nie wystarczy, żeby się uczciwie żyło”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]