W 1991 r. w warszawskim Muzeum Narodowym miała miejsce wystawa „Artystki polskie”. Przełomowa, bo był to pierwszy w kraju pokaz twórczości kobiet od średniowiecza do współczesności. „Stawiano pytania: sztuka kobiet – co to za kryterium?” – wspominała po latach Agnieszka Morawińska, kuratorka tej wystawy. „Nawet moje muzealne koleżanki nie były przekonane do tego pomysłu”.
Czyje przerażenie budzą polskie artystki
Od tego czasu upłynęło prawie 35 lat. Wiemy o wiele więcej o twórczości polskich artystek. Odbyło się wiele ważnych wystaw, by wymienić tylko niedawne prezentacje monograficzne Julii Keilowej w Muzeum Warszawy, Marii Nicz-Borowiakowej w Muzeum Narodowym w Poznaniu i Anny Bilińskiej w stołecznym Muzeum Narodowym, ekspozycję w tym samym muzeum poświęconą XIX-wiecznym rzeźbiarkom, czy otwartą niedawno w warszawskiej Królikarni wystawę na temat twórczości polskich uczennic wybitnego francuskiego rzeźbiarza Antoine’a Bourdelle’a.
Można by sądzić, że obecność kobiet w polskiej historii sztuki staje się czymś oczywistym. Wzbudza to zresztą dość zabawne reakcje niektórych artystów czy krytyków przerażonych rozpadem status quo, które dawało im uprzywilejowaną pozycję. Jednak dzieła artystek w naszych muzeach i galeriach, zwłaszcza tworzących w przeszłości, to nadal wyjątek od reguły.
Jeżeli nawet niektóre z nich weszły do kanonu, to, jak podkreśla Bożena Kasperowicz, kuratorka „Co babie do pędzla?!”, nadal pokutuje przekonanie, że twórczość kobiet „w zestawieniu z dokonaniami ich kolegów po fachu jest wtórna i raczej nieciekawa”. Przygotowana przez nią ekspozycja podważa obiegowe, niesprawiedliwe przekonanie o braku „wielkich” artystek.

Wyjście z cienia
Muzeum Narodowe w Lublinie przygotowało imponującą ekspozycję: znalazło się na niej ponad 500 prac 133 artystek: obrazów, rzeźb, rysunków i grafik. Pochodzących z polskich oraz zagranicznych kolekcji prywatnych i publicznych. Co więcej, znaczna część tych prac nie była dotychczas eksponowana. To pierwszy w obecnym stuleciu tak obszerny pokaz sztuki kobiet w naszym kraju. Prowokacyjnie, ale też ryzykownie zatytułowany.
Twórcy wystawy sięgnęli po zapomniane już szczęśliwie słowa: „Nie cierpię malujących bab! Dłubie, nudzi, jakby pończochę robiła. Co babie do pędzla!”. Ich autorem jest Kazimierz Sichulski, ceniony malarz Młodej Polski, znany przede wszystkim z dzieł poświęconych Huculszczyźnie. Dotyczyły one Olgi Boznańskiej, artystki, która osiągnęła uznanie, także międzynarodowe, o którym Sichulski mógł tylko pomarzyć. „Obrazy jej przyjmowane są chętnie na wszystkich największych europejskich wystawach” – pisał w 1896 r. Kazimierz Przerwa-Tetmajer.
„Nie cierpię malujących bab! Dłubie, nudzi, jakby pończochę robiła. Co babie do pędzla!”
Kazimierz Sichulski, malarz Młodej Polski, komentujący twórczość Olgi Boznańskiej
Samą ekspozycję podzielono na dwie części. Pierwsza, „Wychodzenie z cienia”, dotyczy lat 1850-1918. Drugą, „Pokolenie wyzwolenia”, zamyka rok 1950, jednak najważniejszą cezurą jest rok 1939, wybuch wojny i dramat wielu artystek, zwłaszcza żydowskiego pochodzenia.
Autoportrety artystek
Obie części otwierają autoportrety. Można zobaczyć, w jaki sposób kobiety kreowały swoje wizerunki. Czasami podkreślały, że są artystkami, przedstawiając siebie z paletą i pędzlem w ręce. Malowały siebie z rodziną, jak Aniela Pająkówna, która sportretowała się ze swą córką, przyszłą pisarką Stanisławą Przybyszewską. Portretowały się wreszcie jako samodzielne, pewne siebie kobiety, bywało, że wyzwolone, jak Wiktoria Goryńska, którą zobaczymy w sportowym stroju, z telefonem w dłoni. Olga Boznańska pozostawiła po sobie ok. 30 autoportretów. Niewielu artystów i artystek tak często, szczerze, a nawet brutalnie studiowało swą twarz.

Kobiety mogły być modelkami w aktach, ale nie mogły uczyć się ich malowania
Linda Nochlin w słynnym tekście „Dlaczego nie było wielkich artystek?” przekonywała, że nie należy pytać o to, dlaczego nie zaistniały kobiece odpowiedniki wielkich artystów-mężczyzn, jak Michał Anioł, Rembrandt czy Picasso. Trzeba natomiast skupić się na społecznych i kulturowych przyczynach tego stanu rzeczy. Znaczenia nie miały bowiem „gwiazdy, nasze hormony i cykl miesięczny, lecz instytucje i system edukacji – edukacji rozumianej jako wszystko, czego doświadczamy od chwili przyjścia na ten świat, pełen znaczeń, symboli, znaków i sygnałów”.
Lubelska wystawa pokazuje, jak ważny był system, w którym artystki funkcjonowały, z edukacją na czele, w której przez stulecia odmawiano kobietom m.in. studiowania aktu, a tym samym nabycia umiejętności, która pozwalałaby tworzyć malarstwo historyczne czy mitologiczne, umieszczane najwyżej w hierarchiach artystycznych, dające prestiż, zamówienia publiczne, dochody.
„Co babie do pędzla?!” jest opowieścią o historii emancypacji kobiet, które zapragnęły tworzyć, pokonując rozmaite ograniczenia. Znalazły się na niej prace Anny Rajeckiej, stypendystki Stanisława Augusta Poniatowskiego, związanej przez większość życia z Paryżem, pierwszej Polki wystawiającej na słynnym Salonie paryskim. Henryki Beyer, autorki kunsztownych martwych natur, założycielki pierwszej w kraju szkoły malarskiej dla kobiet. Pokazano też niewielki portret autorstwa Elisabeth Jerichau-Baumann, mało znanej w Polsce artystki, urodzonej w Warszawie w 1818 r. i uznawanej dziś za jedną z najważniejszych postaci w duńskiej sztuce XIX w. Jednak radykalna zmiana związana jest z artystkami urodzonymi w większości w latach 60. XIX w., jak Olga Boznańska, Maria Dulębianka czy Tola Certowicz, jedna z najciekawszych rzeźbiarek polskich II poł. XIX w.
Polskie artystki na zagranicznych salonach
Było to pierwsze pokolenie kobiet, które zdobyło nie tylko wykształcenie artystyczne, ale też weszło w krajowy i międzynarodowy obieg artystyczny. Szlak przetarła m.in. niewiele od nich starsza Anna Bilińska, która najpierw uczęszcza na lekcje rysunku i malarstwa dla kobiet prowadzone przez Wojciecha Gersona w Warszawie, a potem wyjeżdża do Paryża i wstępuje do tamtejszej prywatnej Académie Julian. Wystawiała z powodzeniem, w tym na paryskim Salonie.
Kluczowe dla pojawienia się większej grupy artystek było właśnie powstanie prywatnych szkół, jak prowadzone od 1867 r. kursy Gersona czy organizowane od 1868 r. w Krakowie Kursy dla Kobiet dr Adriana Baranieckiego. To one dawały podstawy wykształcenia, potem kontynuowanego w uczelniach, przede wszystkim w Paryżu, rzadziej Monachium, Wiedniu czy Petersburgu.
Jednak na dostęp do uczelni publicznych kobiety musiały czekać do następnego stulecia. I to kolejne pokolenie artystek, urodzonych przede wszystkim w ostatniej dekadzie XIX w., jak Katarzyna Kobro, Olga Niewska czy Zofia Stryjeńska. Wtedy też następuje ogromny wzrost liczby artystek – szacuje się, że przed drugą wojną działało ich w Polsce ok. 800. Zmienia się ich status społeczny, także w wymiarze ekonomicznym.

Konserwatywna, progresywna, awangardowa: sztuka Polek była różnorodna
Lubelska wystawa pokazuje, jak ogromnie różnorodna w tym okresie była twórczość polskich artystek. Od przywiązanych do tradycji, wiernych zasadom sztuki akademickiej, czasami odwołujących się do sztuki dawnej, po otwarte na nowe nurty i zjawiska, współtworzące radykalną polską awangardę. Zresztą można odnieść wrażenie, że te ostatnie poszukiwania w Lublinie zostały trochę zepchnięte na ubocze.
Ważne miejsce na wystawie zajmują prace tych, które już weszły do kanonu naszej sztuki: od Anny Bilińskiej i Olgi Boznańskiej po Teresę Żarnower, Hannę Rudzką-Cybisową i Marię Jaremę. Jednak wystawa jest przede wszystkim upomnieniem się o twórczość, która przez całe dekady była pomijana. Szczególne miejsce na niej zajmuje Mela Muter, jedyna artystka, której prace można zobaczyć na obu częściach wystawy. Była swoistym łącznikiem między pokoleniami.
Lubelska wystawa pokazuje, jak ogromnie różnorodna w tym okresie była twórczość polskich artystek
O dekadę młodsza do Olgi Boznańskiej, na stałe osiadła w Paryżu. Wchodzi tam w samo centrum życia artystycznego, ale też literackiego. Otwarta na nowe zjawiska w sztuce, wyciągnęła własne lekcje z malarstwa Paula Gauguina, ale też z eksperymentów fowistów. A jej twórczość była doceniana zarówno przez krytyków, jak i publiczność. Po drugiej wojnie coraz bardziej popadała w zapomnienie – zmarła w 1967 r. W ostatnich dekadach zaczęto ją przypominać, ale może dopiero teraz znajdzie się dla niej miejsce w historii sztuki: niedawno jej obraz znalazł się na stałej ekspozycji w paryskim Musée d’Orsay.
Z kolei Maria Dulębianka była do tej pory przede wszystkim znana jako działaczka społeczna i towarzyszka życia Marii Konopnickiej oraz emancypantka, zabiegającą o prawa kobiet, także pragnących tworzyć. Jej twórczość pozostawała na uboczu. Na wystawie wreszcie można zobaczyć szerszy wybór jej prac. Była bardzo ciekawą malarką, podejmującą tematy społeczne, ale też wrażliwą portrecistką. Jej obraz przedstawiający Konopnicką, intymny, jest jednym z najpiękniejszych wizerunków zgromadzonych w Muzeum Narodowym.
Wystawa wreszcie daje też szansę odkrycia twórczości znanej jedynie wąskiemu gronu specjalistów. Jednym z tych odkryć są obrazy urodzonej w 1871 r. Anny Berent, autorki portretów, ale też monumentalnych kompozycji, jak pokazane w Lublinie „Przebudzenie wiosny”, poświęconych przemijaniu, starości, śmierci. Surowych, chwilami wręcz ascetycznych, pokrewnych malarstwu Duńczyka Ejnara Nielsena i innych skandynawskich twórców. W polskiej sztuce to głos odrębny, wyjątkowy i na pewno zasługujący na zauważenie.
Czy któreś polskie muzeum powtórzy radykalny krok Centre Pompidou?
Wystawa „Co babie do pędzla?!” mówi o rewolucyjnej zmianie, jaka zaszła w polskiej sztuce w latach 1850-1950. Jednak padają na niej gorzkie słowa, poPeryferie w cendsumowujące doświadczenie artystek z „pokolenia wyzwolenia”. Wydawało się, że spełniło się ich marzenie „o poważnym i równym traktowaniu, ocenianiu ich twórczości bez kontekstu płci i protekcjonalnego tonu. Jednak bardzo szybko ci, którzy kształtowali narrację o sztuce najnowszej, konsekwentnie pomniejszali bądź pomijali kreatywną rolę i znaczenie wybitnych postaci kobiecych, spychając je na margines”.
„Bardzo szybko ci, którzy kształtowali narrację o sztuce najnowszej, konsekwentnie pomniejszali bądź pomijali kreatywną rolę i znaczenie wybitnych postaci kobiecych, spychając je na margines.”
Czy za sprawą ekspozycji zmieni się polski kanon sztuki, a przynajmniej zostaną wprowadzone do niego istotne korekty? Trudno powiedzieć. Wiele prac wypożyczonych na wystawę pochodzi ze zbiorów publicznych i jest bardzo prawdopodobne, że wróci do muzealnych magazynów. Będą tam czekały, aż ktoś ponownie postanowi przygotować wystawę sztuki kobiet.
Tymczasem, jak przed laty pisała francuska historyczka sztuki i kuratorka Camille Morineau, trzeba doceniać ekspozycje czasowe poświęcone twórczości kobiet, jednak kluczowe jest to, co jest pokazywane na wystawach stałych. One bowiem nie tylko określają tożsamość muzeum, ale kształtują historię i obowiązujący kanon. Dlatego też Morineau w 2009 r. przygotowała ogromną prezentację „elles@centrecentrepompidou”. Przez dwa lata wielkie paryskie muzeum opowiadało o sztuce XX w. wyłącznie poprzez prace kobiet. To one zajęły miejsce Matisse’a, Picassa, Pollocka i Warhola. Zapewne żadne polskie muzeum nie zdecyduje się na tak radykalny krok, ale być może jest to niezbędne, by przełamać przyzwyczajenia utrwalone przez dekady, a nawet wieki.
Co babie do pędzla?! Artystki polskie 1850-1950, Lublin, Muzeum Narodowe, 26 kwietnia – 5 października 2025 r.
- Zapisz się na nowy newsletter „Moc Kobiet”, wysyłany raz w miesiącu − opowieści o kobietach i sprawach dla nas ważnych: bez lukru, tabu i stereotypów. Niezwykłe bohaterki i autorki z prawdziwą dziennikarską mocą. Prowadzi Ewelina Burda.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















