Wypędzenie po niemiecku

W 1939 r. miałem 4 lata. Wspomnienia z pierwszych miesięcy okupacji niemieckiej Łodzi mam skąpe. Wiem jednak, że zimą 1939/40 Niemcy wypędzili wszystkich mieszkańców nowoczesnego wówczas osiedla im. Montwiłła-Mireckiego (kilka tysięcy osób) w typowy wówczas dla siebie sposób: wieczór, otoczenie osiedla, kilka minut na spakowanie się (co tu zabrać?), wrzaski “raus", żadnej litości dla chorych. Zamknięto nas w przerobionych na obóz łódzkich fabrykach. Podobno tamże Niemcy ulokowali własnych rodaków z Wołynia, wśród których grasowały choroby zakaźne. Skutek był taki, że polskie dzieci chorowały prawie na wszystko: od szkarlatyny i odry po zapalenie opon mózgowych i zapalenie uszu. Dotknęło to też mnie i starszego brata. Większość dzieci zmarła, ja z bratem uszliśmy z życiem dzięki opiece polskich pielęgniarek i (chyba) lekarzy, ale skutki tych chorób dotkliwie odczuwam do dziś w postaci znacznego osłabienia słuchu i niemal całkowitego wymazania z pamięci pierwszych lat życia. Uniknąłem też “adoptowania" przez niemieckiego lekarza (miałem ponoć aryjskie rysy), bo dobrzy ludzie z narażeniem życia wykradli mnie ze szpitala i ukryli.
Czyta się kilka minut

Po wypuszczeniu moich rodziców i innych więźniów z obozu tułaliśmy się przez całą wojnę po różnych wsiach i miasteczkach. Moja śp. Matka spędziła ponad trzy lata w więzieniu w Fordonie rzekomo za napaść na Grenzschutza, a naprawdę za próbę obrony aresztowanego Polaka, którego ten Niemiec bił na naszych oczach. Po wyzwoleniu Łodzi w styczniu 1945 r. ojciec z moim bratem wrócili pieszo do Łodzi, żeby ochronić nasze mieszkanie przed okradzeniem. Zastali w nim dwie Niemki z Łotwy, które w 1940 r. wraz z mężem jednej z nich (rzekomo malarzem, a naprawdę esesmanem), dostały to mieszkanie. Wypędzenie tych kobiet odbyło się inaczej niż nasze 5 lat wcześniej - nocowały u nas jeszcze parę dni.

Opisuję to wszystko, bo - jak mi się wydaje - los tych paru tysięcy mieszkańców łódzkiego osiedla nie doczekał się upamiętnienia choćby w prasie. Tyle zresztą było większych i na większą skalę tragedii, także w Łodzi. Przede wszystkim jednak piszę dlatego, że im więcej czytam o projektach rzekomo wypędzonej pani Eriki Steinbach i wspomagających ją niemieckich polityków, tym większe ogarnia mnie obrzydzenie. Dziwię się, że te projekty nie spotkały się ze zdecydowaną reakcją polskiego prezydenta, rządu lub parlamentu.

(dane osobowe do wiadomości redakcji)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2003