Po wypuszczeniu moich rodziców i innych więźniów z obozu tułaliśmy się przez całą wojnę po różnych wsiach i miasteczkach. Moja śp. Matka spędziła ponad trzy lata w więzieniu w Fordonie rzekomo za napaść na Grenzschutza, a naprawdę za próbę obrony aresztowanego Polaka, którego ten Niemiec bił na naszych oczach. Po wyzwoleniu Łodzi w styczniu 1945 r. ojciec z moim bratem wrócili pieszo do Łodzi, żeby ochronić nasze mieszkanie przed okradzeniem. Zastali w nim dwie Niemki z Łotwy, które w 1940 r. wraz z mężem jednej z nich (rzekomo malarzem, a naprawdę esesmanem), dostały to mieszkanie. Wypędzenie tych kobiet odbyło się inaczej niż nasze 5 lat wcześniej - nocowały u nas jeszcze parę dni.
Opisuję to wszystko, bo - jak mi się wydaje - los tych paru tysięcy mieszkańców łódzkiego osiedla nie doczekał się upamiętnienia choćby w prasie. Tyle zresztą było większych i na większą skalę tragedii, także w Łodzi. Przede wszystkim jednak piszę dlatego, że im więcej czytam o projektach rzekomo wypędzonej pani Eriki Steinbach i wspomagających ją niemieckich polityków, tym większe ogarnia mnie obrzydzenie. Dziwię się, że te projekty nie spotkały się ze zdecydowaną reakcją polskiego prezydenta, rządu lub parlamentu.
(dane osobowe do wiadomości redakcji)
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














